ATV Polska
A A A

PDV 2006 czyli na wyścig przez pół Europy

Krzysztof Wolny (Tippo) 30.08.2006
Czterech młodych facetów jedzie razem do Francji. Wypocząć na wybrzeżu? Nie. Zwiedzić Paryż? Też nie. Obejrzeć największy quadowy wyścig w Europie? Otóż to.
Czwartkowy wieczór 17 sierpnia, z Bielska Białej już w komplecie, zaopatrzeni w kanapki, red bulle i herbatę lipową by Michał M. Ruszamy w drogę. A było gdzie ruszać, bo przed nami 15 godzin jazdy przez Polskę, Niemcy i docelową Francję.


Jednakże warunki sprzyjały i dzięki skromnej pomocy GPS o 11 przed południem byliśmy na miejscu.
Miasteczko Pont de Vaux - tyle wiedzieliśmy - ale gdzie ten wyścig? Długo szukać nie musieliśmy. Nie da się wszak przeoczyć położonego tuż przy drodze, długiego na kilkaset metrów pit stopu, morza samochodów i jeszcze większej ilości reklam.
Nie zważając na znużenie ruszamy na podbój boxów. Tutaj niejednego rozbolałby palec od robienia zdjęć. Przedsmak tego co tam się dzieje, można zobaczyć w [l=http://www.atvpolska.pl/index.php?s=galeria&album=181]naszej galerii[/l]. Wszyscy dopieszczali już swoje maszyny, ekipy są tutaj już od środy. My powoli, bacznie oglądając każdego ATV przygotowanego do wyścigu, udajemy się do boxu ATV Polska. W serwisie ruch i gorączkowe przygotowania do odbioru technicznego. Mark Spaeth, Paweł Sobczyk i ledwie osiemnastoletni Paul Holmes, nawiasem mówiąc wszyscy bardzo sympatyczni. To nasza ekipa która zmierzy się z torem PDV. Z pomocą mechaników wybierają odpowiednie ustawienie manetek i kierownicy. Objawy szału quadowego zaczęły powoli słabnąć, udajemy się na kemping by rozbić namioty obok naszego teamu. Atmosfera i powitanie bardzo gościnne. Nareszcie upragniony prysznic i posiłek. Marta Bubak obdarowała nas okolicznościowymi koszulkami. W końcu przestajemy być anonimowi. Posileni i nieco wypoczęci, wracamy na tor, teraz pora na odbiór techniczny maszyn.
Danielowi, jednemu z nas, przypadła zaszczytna funkcja poniesienia gaśnicy do kontroli, jakaż wtedy przepełniała go duma  Tutaj był mały zgrzyt. Otóż Mark nie mógł odpalić naszej Hondy z powodu zatyczki w wydechu, która ciut za mocno zdławiła quada. Jednak w końcu jakoś się udało. Ruch w stanowiskach serwisowych, tak dziennikarzy jak i mechaników gęstnieje, zaczynają się sesje zdjęciowe najpopularniejszych ekip. Największe zainteresowanie wzbudzało Banshee ubiegłorocznego mistrza, Douga Eichnera, wyglądające jakby przed chwila wyjechało od jubilera. Sesje przed Boxami dobiegają końca, pora zabrać quady do centrum miasteczka, gdzie odbędzie się prezentacja ekip oraz ich mocno tuningowanych perełek.
Wracamy cała ekipa na kemping, by zaopatrzyć się w insygnia narodowe. Tak oto uzbrojeni ,ładujemy się wszyscy na olbrzymiego pick-upa Rafała, każdy gdzie może i jedziemy do centrum. Cały ten show prezentacyjny trwał ładnych kilka godzin, każda ekipa stojąc grzecznie w kolejce, czekała by wjechać na scenę. Tutaj kilka słów o sobie i następny ma swoje pięć minut sławy.
Zanim więc nadszedł nasz czas, można było podziwiać uroki francuskiego miasteczka. Było widać, że mieszkańcy Pont de Vaux, po prostu kochają quady, choć naukę angielskiego kochali już troszkę mniej. Kolejka do sceny zaczyna się kurczyć, nadchodzi czas naszej prezentacji. Postanowiliśmy, że quada wszyscy wniesiemy na scenę. Tak też się stało, a zdziwienie prezentera było zaiste spore, gdy skromna 20 osobowa grupka w barwach bieli i czerwieni weszła z TRX-em na plecach. Zdecydowanie mieliśmy najlepsze wejście i pozytywnie wpłynęliśmy na wizerunek polskiej braci quadowej.
Pora udać się spać, dla zawodników jutro najcięższy dzień. Wiec krótka odprawa, omówienie szczegółów i zawodnicy z mechanikami, zostali „wygnani” do spania.
Wstajmy skoro świt, jemy z chłopakami lekkie śniadanko i udajemy się na tor. Przed południem mają odbyć się treningi to ostatni dzwonek na dopieszczenie maszyn. Tutaj znów przygoda, Paweł owinął sobie na ośce taśmę bezpieczeństwa. Po treningu ekipa udała się na obiad. Ostatnie chwile na kempie przed wyścigiem, a tu znów kuku, ulewa. Z toru dosłownie na pól godziny przed startem zrobiło się bagno, jednakże organizator przesuwa ów start tylko o 15 minut później. Atmosfera gęstnieje, wyścig tuż tuż, a prawie nikt nie przygotował maszyn na deszcz. W ruch poszły taśmy, siatki, i różne inne przedmioty potencjalnie chroniące przed błotem. Ponoć prowizorka zawsze jest najtrwalsza, taką mieliśmy z chłopakami nadzieję, widząc co wyprawiają nasi mechanicy. Nadeszła chwila prawdy, na PDV jak w Le Mans czyli; do biegu, gotowi, start. Bieg do quada, kop, gaz, ryk i ruszyli. Morderczy tor z nawierzchnią o konsystencji budyniu, fontanny brunatnej wody, wszechogarniający huk i zapach rajdowego paliwa, sporo zawodników już po starcie wyrzuciło gogle. Wtedy próżność mą połechtała ma własna zapobiegawczość, każdy z naszej czwórki posiadał nauszniki. Mimo ton błota, jeźdźcy walczą dzielnie. Zrywek w goglach brakowało już po kilku okrążeniach, Paweł wpadł jednak na genialny w swej prostocie pomysł, bowiem gogli założył dwie pary na raz.
Jednak nic nie trwa wiecznie i błoto w stanie „lotnym” po prostu wyleciało na nieużywane fragmenty trasy. Już po około dwóch godzinach zrobił się „szybki tor”. Etap pierwszy ma się ku końcowi, nikt nie spuszcza z tonu, mimo odpadających kół, tłumików i łamanych osi. Było też kilka groźniejszych wypadków. Sędzia podnosi flagę i wszyscy zjeżdżają do zamkniętego parku maszyn, tam będą one stać aż do nocnego etapu.
W malowniczej scenerii zachodzącego słońca, znów odgrywa się ten sam scenariusz. Zawodnicy bogatsi w doświadczenie , usypują ścieżki ze słomy, po których będą biegli do swych quadów.
Jako iż troszkę już obyliśmy się z realiami PDV start nie powala już z nóg, lecz powoduje już tylko lekkie ich ugięcie. Nasza ekipa zaczyna pokazywać pazury, pnie się w górę. Nadeszła pora zjazdu do boxu, zmienić zawodnika, zgarnąć błoto i włączyć światła. Tutaj mały problem, coś nawaliło, lampa nie działa, na szczęście pod nią jest awaryjna, działa! Mimo gorszego oświetlenia, ekipa pnie się do góry, by w końcu dojść aż do drugiej pozycji! Obserwacja samego toru z racji kiepskiej w takich warunkach widoczności, niewiele daje, dlatego połowa ekipy w tym ja, siedzi przy ekranie z bieżącymi wynikami. Około północy zajmujemy pozycję w pierwszej 10 - na quada wsiadł Paweł, zaczął nadrabiać serwisowe straty i szybko wędrować w górę tabeli. Zaczynamy się jednak martwić ponieważ od ładnych kilku minut, numer 63 nie pojawia się z pomiarem czasu na ekranie. Coś musiało się stać, biegniemy do boxu. Najgorsze obawy się potwierdziły, Hondę trzeba było wepchnąć z toru do pit stopu, coś nawaliło! Straszna nerwówka, rozbieranie maszyny, niestety… Dalej nie pojedziemy, bardzo poważna awaria. Mała, pęknięta sprężynka, spowodowała duże uszkodzenia w silniku. Dla naszej ekipy to koniec rywalizacji, ostatnią godzinę nocnego etapu oglądamy już bez emocji, konsternacja…
To koniec zarówno etapu jak i największych emocji. Udajemy się na miejsce spoczynku, atmosfera nie jest już tak napięta, wszak nie ma się przed czym denerwować, razem ze sporą częścią teamu dywagujemy do późnych godzin nocnych. Pozostały nam już tylko dywagacje. W niedziele wszyscy późno wstajemy, gorycz porażki wydaje się przełknięta, pozostał już tylko niedosyt. Wszyscy, łącznie z mechanikami i zawodnikami na torze są już tylko w roli obserwatorów. Tor pod koniec wyścigu zrobił się już asfaltopodobny, z kolorem tego materiału włącznie. Powoli już klaruje się sytuacja w tabeli, wszyscy walczą zaciekle do samego końca, który był jak wiemy zaskakujący. W międzyczasie zwiedzamy z chłopakami quad expo. Nadszedł koniec wyścigu, koniec tego po co tu przybyliśmy. Nasza czwórka musi wracać, reszta składu zostaje jeszcze na noc. Żegnamy się z wszystkimi, życząc sobie tego, by znów spotkać się tutaj za rok. Wsiadamy w samochód, odjeżdżamy, za plecami zostawiając jedno z ciekawszych doświadczeń w moim życiu.

Autor: Krzysztof Wolny (Tippo)


Zobacz galerię