ATV Polska
A A A

Test Suzuki QuadSport Z400

Piotr Dziewulski (Hiro, www.hiro.pl) 06.11.2007
Prognozy pogody nie zapowiadały się zbyt ciekawie na ostatnią sobotę. Deszcz ze śniegiem zgasiłby zapał nawet największego
zapaleńca i kazałby mu zostać w domu przed telewizorem oglądać jakieś brazylijskie telenowele. Jako iż zapał w naszych ciałach był nieograniczony, postanowiliśmy nie przejmować się takim lekkim deszczykiem i zaplanowaliśmy testy czterokołowego potworka jakim jest Suzuki QuadSport Z400. Jedyne co nam pozostało to organizacja i znalezienie ludzi, którzy będą na tyle kompetentni, by przeprowadzić takowy test i pod koniec dnia wypowiedzieć się na jego temat. Po krótkiej naradzie doszedłem do wniosku, że wszystko zaczyna nabierać pięknych, jesiennych barw.



Termin ustalony, telefon do Michała z Suzuki wykonany, ludzie poumawiani. Czas na zabawę, ale wszystko po kolei, jak Bozia przykazała- od A do Z.

Piątkowe popołudnie było lekko deszczowe, nastrajało do melancholijnych rozważań, a nie lataniu po całym mieście i dopinaniu wszystkiego na ostatni guzik. Ale co zrobić, jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Najpierw do redakcji, skończyć kilka ważnych spraw, a potem to już same przyjemności. Trzeba było odebrać quada i sprawdzić czy wszystko jest z nim w porządku. Nie mogło być inaczej. Piękny żółty czterosuw ukazał się moim oczom, wyjeżdżając z magazynu i już wiedziałem, że pogoda będzie ostatnim powodem, dla którego nie będę mógł go jutro przetestować. Szybki montaż na przyczepę, kilkakrotne sprawdzenie czy pasy są odpowiednio naciągnięte i w drogę. Po kilkunastu minutach byłem już pod domem, szybki test czy zaskoczy. Kolejno: kluczyk, blokada zapłonu, ssanie, sprzęgło i starter. Zagadał od razu, piękny dźwięk czterosuwowego silnika o bardzo przyzwoitej pojemności 400cm był jak muzyka Chopina dla Japończyków, którzy już od dawna czczą pamięć tego wielkiego kompozytora, startując w konkursie jego imienia. Nie miałem więcej pytań.

Załatwiwszy wszystko udałem się jeszcze do pubu porozmawiać z ludźmi, którzy to następnego dnia mieli ze mną wojować na treningowym torze motocrossowym pod Warszawą. Omówiliśmy całą strategię następnego dnia. Nie było co czekać na popołudniowe słońce zważywszy na to, że pogoda miała nie być wcale przyjemna.

Umówiliśmy się chwilę przed dziewiątą rano i po zapakowaniu odpowiednich asortymentów jak grill, pawilon (co by nam na głowę nie kapało), zapas kawy i herbaty, ruszyliśmy na miejsce przyszłej „zbrodni” jaką mieliśmy popełnić. Droga minęła szybko, wszyscy byli bardzo pozytywnie nastawieni nie tylko samym testem, ale jeszcze piękną, słoneczną, lecz mroźną pogodą, jaka zastała nas tego sobotniego ranka.

Kolejną niespodzianką był fakt, iż na torze nie było kompletnie nikogo. Mieliśmy całą przestrzeń dla siebie. Nikt nie wjeżdżał nam pod koła i mogliśmy jeździć dosłownie wszędzie, gdzie tylko akurat mieliśmy ochotę. Szybko przebraliśmy się w odpowiednio przygotowane ubrania i zabraliśmy się za rozgrzewkę zarówno nas samych jak i silnika owego małego potworka. Wszystko szło jak w zegarku. Kolejne przejazdy utwierdzały nas w przekonaniu, że jazda na tego typu maszynie to nie tylko wyłącznie przyjemność, ale i kawał ciężkiej roboty. By jeździć na pełnym gwizdku należało pracować całym ciałem. Ręce i nogi dawały o sobie znać z kilometra na kilometr torowego testu. Nie myśleliśmy nawet o tym, gdyż celem całej wyprawy był wnikliwy i dogłębny test. Nie mogliśmy zawieść czytelników i samych siebie. Należało dać z siebie wszystko, choć przez te kilka godzin poświecić się dla społeczeństwa, by wiedzieli co tracą, nie jeżdżąc na tej maszynie.
Sportowa wersja Z400 nie dość, że charakteryzuje się agresywnym wyglądem, posiada jeszcze wszelkie sportowe akcenty. Manualna pięciostopniowa skrzynia biegów, zawieszenie oparte na trzech amortyzatorach z dużym skokiem i co ważniejsze niewygórowana masa. Ciężar tego urządzenia w stanie suchym to 160kg. Wszystko co mogło być zbyt ciężkie zastąpione zostało lekkim aluminium, a podpórki pod nogi zostały zastąpione elastycznymi pasami. Jedyne co zwiększa masę pojazdu to paliwo, płyn chłodniczy, oleje wszelkiej maści no i oczywiście sam kierowca.

Zastanawiać można by się nad spalaniem takiego urządzenia. Tutaj okazało się to być drugorzędne. Zatankowany przepisowymi jedenastoma litrami nie pochłaniał ich jak smok owieczki, lecz jak najedzony miś sennie liżący miód. Było to dla nas bardzo miłe zaskoczenie, gdyż wiele litrów paliwa jeszcze zostało w zapasie.

Owy nadmiar paliwa zaczął przemawiać do nas coraz głośniej, kiedy to wskazówki na naszych zegarkach wybiły godzinę drugą po południu. Wtedy w miarę normalni ludzie przerywają wszelkie czynności, by zjeść obiad. Starając się utożsamiać właśnie z tą grupą naszego społeczeństwa, zabraliśmy się za rozpalanie grilla. Tu pojawiły się pierwsze problemy. Jak quad nie stanowił żadnego kłopotu tak grill zaczął powoli przerastać możliwości uczestników naszego małego przedsięwzięcia. Węgiel jest, ale co się stało z rozpałką? To było pytanie, które pojawiało się na naszych twarzach z wartością, która wzrastała równomiernie z coraz to większym uczuciem głodu. Może polejemy to trochę benzyną? Nie będzie to zbytnio zdrowa rozpałka, ale kto mówił, że te wszystkie szybkie dania, czy batony energetyczne są zdrowe. Wszystko to jedna i ta sama chemia. Kilka kropelek i już wszystko żarzyło się jak powinno. Szybko nacięta spadochroniarskim nożem kiełbasa znalazła się na ruszcie, a my usiedliśmy dookoła coraz to spoglądając na jedzenie i na motor. Zaczęły się luźne debaty na temat tworu Suzuki. Liczne pojawiające się opinie były do siebie zaskakująco podobne. Wszyscy byli zachwyceni. Pojawiały się tylko słowa sprzeciwu w kwestiach prowadzenia. Michał, mój redakcyjny kolega, spierał się nad wyższością motocykla crossowego, lecz jak na fanatyka motoryzacji przystało, ugiął się pod opiniami znajomych z ekipy Szarak Bike Racing Team i naszą żeńską częścią ekipy- Matyldą. To właśnie ona otworzyła nam oczy na wiele istotnych spraw. Jako kobieta dostrzegła wiele elementów, na które my „gruboskórni faceci” nie zwracaliśmy uwagi. Były to takie kwestie jak wygoda czy charakterystyka pracy silnika.

Po posiłku, który ograniczał się do kiełbasek, kawy, herbaty i wody wróciliśmy do tej jakże miłej czynności jaką była jazda. Zaoferowani piękną pogodą i dźwiękami płynącymi z silnika naszego małego „ciągniczka” nie zwróciliśmy uwagi na to że powoli zaczynał padać zapowiadany wcześniej przez panią pogodynkę deszcz. Z prędkością żółwiego kroku zorientowaliśmy się, że powoli zbliża się do nas całkiem spora ulewa. Nie chcąc niszczyć sobie wrażeń tak wspaniałego dnia, zaczęliśmy zwijać cały piknik i ładować quada na przyczepkę. Usta nam się nie zamykały, rozmowy toczyły się nieprzerwanie i z chwili na chwilę żałowaliśmy, że trzeba oddać ten sprzęt. No ale co poradzić. Wszystko co dobre szybko się kończy. Teraz pozostaje nam czekać na wiosnę kiedy to zabierzemy się za dalsze i co ważniejsze dłuższe testy równie ciekawych urządzeń technicznych.

Dane techniczne:
Silnik w Suzuki QuadSport Z400 to czterosuwowa jednostka o mocy 28kW co daje nam około 36KM. Jest to moc która w zupełności wystarcza do tego by osiągane prędkości zdumiewały nawet największych twardzieli. Pięciostopniowa manualna skrzynia biegów jest świetnym uzupełnieniem dla tej jednostki napędowej. Pracując w duecie wyniki są naprawdę zadowalające. Dobrze ustawione zawieszenie daje komfort z jazdy zarówno przy powolnych przejażdżkach jak i przy naprawdę sportowej jeździe. Dodatki jak elektryczny rozrusznik powodują, że przyjemności z jazdy zakosztują wszyscy nie tylko sportowcy ale i turyści też.

Przygotował: Piotr Dziewulski (Hiro, www.hiro.pl)