ATV Polska
A A A

Wywiad z Pawłem Sobczykiem – zdobywcą Pucharu Europy w Supermoto Quadów

Arek Kwiecień 09.11.2005
Startował niemal seryjną Yamahą YFZ 450, dysponując bardzo ograniczonym budżetem. Na finałową rundę przyjechał mocno poobijany i z niedoleczoną kontuzją. Mimo to okazał się najlepszy w Europie! Paweł Sobczyk zdobył Puchar Europy 2005 w Supermoto Quadów. W udzielonym specjalnie dla nas wywiadzie opowiada o kulisach jego rywalizacji z zagranicznymi zawodnikami.

Osiągnąłeś jeden z największych sukcesów w historii polskiego sportu ATV. Na czym polegały zawody Pucharu Europy i z kim rywalizowałeś?
W tym roku początkowo planowano cztery eliminacje, ale ostatecznie odbyły się trzy: na Węgrzech, w Bułgarii oraz Serbii. Na koniec sklasyfikowano blisko 30 zawodników. Trochę żałuję, że tylko tylu – rywalizacja z większą liczbą konkurentów byłaby jeszcze bardziej interesująca, a zwycięstwo bardziej by smakowało. No ale cóż – nie moja wina, że nie znalazło się więcej chętnych...
Moimi rywalami byli kierowcy specjalizujący się w supermoto, dysponujący niesamowitymi maszynami. Najgroźniejsi byli dwaj Węgrzy, którzy startowali quadami zbudowanymi na podzespołach KTM-ów. Pojazd mojego najgroźniejszego rywala - Attili Bucsi ważył zaledwie 120 kilogramów i miał silnik KTM-a 520 rozwiercony do 540 cm³; inny zawodnik miał w swoim quadzie silnik 650, którego pojemność zwiększył do 700 cm³.
A jakim quadem Ty startowałeś?
Jeździłem oryginalną Yamahą YFZ 450, która została tak perfekcyjnie przygotowana przez mojego mechanika – Stanisława Radwańskiego z wałbrzyskiej firmy Motorrad, że nikt nie chciał uwierzyć naszym zapewnieniom, że jest to prawie seryjny model. Wszyscy podejrzewali nas, że silnik rozwiercony jest do 520 cm³, ale to nie prawda – w rzeczywistości to oryginał o pojemności 430 cm³, tyle że perfekcyjnie przygotowany. Poważniejszemu tuningowi poddaliśmy jedynie amortyzatory, ale i one są oryginalne, a jedynie samodzielnie przerobione przez mojego mechanika i dostosowane do specyfiki supermoto. Dzięki zastosowanym zmianom świetnie trzymają mnie na zakrętach i doskonale sprawują się w skokach.
Ile kosztowało przygotowanie Twojego quada do startu w Pucharze Europy?
Nie uwierzysz – wydaliśmy na to około 20 tysięcy złotych. Dla profesjonalnych zawodników z zagranicy jest to kwota niewyobrażalnie mała. Nam jednak – jak widać – w zupełności wystarczyła.
Jak wyglądały zawody?
Każda eliminacja trwała trzy dni. W piątek odbywały się 2 jazdy treningowe. W sobotę od rana trwały treningi (w sumie 4 jazdy) oraz kwalifikacje; w niedzielę po rozgrzewce jeszcze raz jeździliśmy w kwalifikacjach, a potem czterech najlepszych rywalizowało o superpole – najlepsze miejsce startowe. Walka odbywała się wtedy na jednym okrążeniu, a zawodnicy, którzy później byli rozstawieni na pozycjach 1-4, ruszali na tor co 15 sekund. I dopiero po tym pojedynku odbywały się właściwe zawody, składające się z 2 wyścigów, trwających 15 minut + 2 okrążenia. Start przypominał Formułę 1 – zawodnicy byli ustawiani po dwóch w liniach i ruszali w tym samym momencie.
Organizacyjnie zawody stały na najwyższym poziomie. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Oprócz nas, rywalizujących o Puchar Europy, na tych samych eliminacjach walczyli o Mistrzostwo Europy motocykliści z klasy 250 i 450 cm³. Na zawody przyjeżdżały więc ogromne ekipy, nierzadko przewożące swój sprzęt TIR-ami. Najlepsi zawodnicy miewali do swej dyspozycji nawet po 3 motocykle.
W pucharze miałeś bardzo udany debiut...
Tor w Tököl, na którym zorganizowano pierwszą eliminację na Węgrzech, bardzo mi odpowiadał swym ukształtowaniem – był kręty, nieustannie hamowaliśmy, robiliśmy nawroty, proste były krótkie, więc quady z dużymi silnikami nie były w stanie mi uciec. Warunki pasowały mi więc znakomicie, a lepszego debiutu nie mogłem sobie wymarzyć.
Druga eliminacja rozegrana została w Pleven, w Bułgarii na torze zlokalizowanym na lotnisku. Dominowały długie proste i szykany, które można było pokonywać, niewiele zwalniając. Przed zawodami udało mi się wywalczyć superpole i mimo nacisku rywali udało mi się zwyciężyć pierwszy z biegów. Konkurenci dysponujący mocniejszymi quadami byli jednak w uprzywilejowanej pozycji, co udowodnili w czasie drugiego biegu, który nie udało mi się już wygrać. Na prostych, które miały po 400 metrów, moja Yamaha nie była w stanie dogonić KTM-ów.
Na sierpniowym Mundialu Quadów nabawiłeś się kontuzji, która stawiała pod znakiem zapytania Twój start w finałowej rundzie...
Było jeszcze gorzej. Wkrótce po powrocie z Pont de Vaux, po błyskawicznej kuracji, startowałem w krajowych zawodach supermoto w Radomiu. Pech mnie nie opuścił – podczas treningu miałem poważną kraksę – z dużą prędkością wypadłem z toru, quad kilkakrotnie przekoziołkował. Podobno wyglądało to bardzo groźnie. Ale najgorsze było to, że o ile z wypadku wyszedłem obronną ręką, o tyle... nabawiłem się kontuzji mojej drugiej nogi, która spuchła jak bania. Trafiłem do szpitala, a quad w ręce mechaników. Lekarze dokonali cudu – od razu postawili mnie na nogi! Odwieziono mnie z powrotem na tor, a tam czekał już na mnie quad po reanimacji. Nie miałem więc wyboru – wystartowałem w zawodach i... zwyciężyłem w obu biegach!
Po zawodach w Radomiu na kilka dni zaszyłem się w domu, by wylizać rany. Zbyt wiele czasu na rekonwalescencję jednak mi nie dano – kilka dni po zawodach wyruszaliśmy już na wyprawę do Serbii. Jadąc, spodziewaliśmy się najgorszego, ale ośrodek w Kuli, na którego terenie rozegrano zawody, bardzo mile nas zaskoczył. Organizator stworzył nam wspaniałe warunki, doskonale przygotował trasę. Tor, na którym mieliśmy się ścigać, znów przypadł mi do gustu – był bardzo kręty i przypominał trasę z... Radomia. Pierwszy bieg poszedł mi bardzo dobrze – niemal na każdym okrążeniu zyskiwałem nad rywalami 2,5 sekundy. Potem warunki bardzo się pogorszyły z powodu oberwania chmury. Drugi bieg rozpocząłem katastrofalnie – spadłem na 7. pozycję. Później odrobiłem jednak straty i ostatecznie ukończyłem go na 2. miejscu, tym samym zdobywając Puchar Europy! Generalnie więc na 6 wyścigów, w których uczestniczyłem w trakcie 3 eliminacji, w 4 zwyciężyłem, a w 2 plasowałem się na miejscu 2.
Tytuł najlepszego mechanika Supermoto w Europie zdobył także Twój mechanik...
Wyróżnienie to trafiło w godne ręce. Stanisław Radwański, mój przyjaciel, wkładał całe serce w przygotowanie Yamahy i to w dużej mierze jego zasługa, że udało mi się wygrać z KTM-ami i triumfować w Pucharze. Muszę też przyznać, że był to pierwszy sezon w mojej karierze, kiedy przyjeżdżając na zawody, mogłem być w stu procentach pewien, że czekać będzie na mnie perfekcyjnie przygotowany sprzęt.
Sukces na skalę europejską trudno jest odnieść bez pomocy finansowej sponsorów. Kto wspierał Twoją ekipę?
Podziękowania należą się przede wszystkim Panu Krzysztofowi Miaśkiewiczowi, prezesowi firmy PetroEnergoRem, Pawłowi Kędzierskiemu z firmy Intermedia Płock, a także Tomkowi i Agnieszce z agencji reklamowej ARCO, ponadto firmom Bel-Rey oraz Nitro i oczywiście firmie Yamaha. I jeszcze firma LKJ Motoskóry z Radomia - ich kombinezon uratował mnie przed dość dotkliwym „porysowaniem”. Swój wkład finansowy miał również Stanisław Radwański, który reprezentuje firmę Motorrad z Wałbrzycha. Bez pomocy finansowej moich sponsorów ciężko byłoby zrealizować nasz plan startów. Mój sukces otworzył sporo furtek – choć i tak wciąż nie jest łatwo. W przyszłym sezonie wspierać nas będzie Mitsui Motor Polska – oficjalny importer Yamahy. Wszelka pomoc bardzo mi się przyda – w 2006 roku oprócz obrony pucharu planuję starty w krajowych zawodach rozgrywanych we Francji, Szwajcarii, Niemczech i oczywiście Polsce.
Zobaczymy Cię w Pont de Vaux?
To zależy od Rafała Sonika, bo to w jego ekipie startuję, ale zapewne tak. Starty w supermoto to chyba najlepszy trening przed Mundialem Quadów – hamowanie, wchodzenie w zakręt, wyjście na prostą stanowią specyfikę zawodów w Pont de Vaux, ale i także wyścigów supermoto. A francuskich „hopek” zawsze można się nauczyć na miejscu.
Od lat świetnie sobie radzisz nie tylko w supermoto, ale i motocrossie. Czy planujesz jeszcze powrót do tej dyscypliny?
Obecnie koncentruję się na supermoto – nie stać mnie na starty w motocrossie. Oczywiście bardzo chciałbym, ale nie mam odpowiedniego sprzętu. Nie ukrywam, że supermoto wybrałem także ze względów finansowych – to tańszy sport od motocrossu. Główną inwestycją są opony; quad rzadko się psuje...
Bardzo zachęcam wszystkich, aby brali ze mnie przykład. Wiele osób nie decyduje się na starty w zawodach, twierdząc, że to pochłania ogromne pieniądze. W supermoto można jednak startować na niemal seryjnym pojeździe – wystarczy go tylko dobrze przygotować. Mój pierwszy sezon w Pucharze Polski przejeździłem na oryginalnych amortyzatorach, z odwróconymi felgami i zamontowanymi dystansami. W supermoto – w odróżnieniu od motocrossu, który także w Polsce ma niesamowicie wyśrubowany poziom – wszystko jest możliwe!
(Rozmawiał: Arek Kwiecień)

Zobacz także: Paweł Sobczyk - sylwetka zawodnika

Zobacz galerię