ATV Polska
A A A

4 x K czyli Kieleckie Kamienie, Kielecki Kurz... enduro Kielce 2005

Jacek Konieczny Jacek Konieczny 14.09.2005
Przydał się ten miesiąc przerwy w endurowym kalendarzu: jedni wykorzystali go na zaleczenie odparzeń poustrzyckich, drudzy na reanimację sprzętu, a jeszcze inni na „relaksacyjne” wypady do PdV lub Bartoszyc... Dość powiedzieć, że w dniach [b]3-4 września na 11/12 eliminacji Mistrzostw Polski i Pucharu PZM [/b]zjawiło się towarzystwo wypoczęte, wyposzczone i... wyczynowe.
Jak wiadomo powszechnie klub [b]KTM „Novi” Kielce[/b], odpowiedzialny za tę imprezę nie zajmuje się organizowaniem przejażdżek po parkowych alejkach dla dziewcząt z Nowolipek! Ich specjalność to ...


Bazę rajdu zlokalizowano w [b]Piekoszowie[/b], na terenie zapewniającym w odpowiednią ilość wolnego miejsca, trawniczki i chodniczki, osłonięty park zamknięty i grill-bar dymem przesiąknięty... Sobotni, słoneczny poranek wypełniał śpiew lokalnego ptactwa i głos niezawodnego [b]Rencza Andrzeja[/b] – już w czasie odprawy zaczęliśmy podejrzewać, że coś się święci... No bo jak inaczej zinterpretować słowa: „czasy ustawione są niezbyt luźno – raczej na tempo r a j d o w e”?!

Start. Na początek, w celu wyprowadzenia przeciwnika w pole, trasa wiodła asfaltem. Ale zaraz za wiaduktem ostry skręt w prawo, a następnie w lewo przez rów i wzdłuż torów. I te natrętne myśli: „skąd PKP bierze pieniądze na wykopanie tych wszystkich dziur?!” Tłuczeń chrzęści pod kołami, stawy rozgrzane do czerwoności, a zawieszenie skrzypi o litość! Wreszcie skręcamy w krzaczki, potem kawałek polnej dziurawizny, następnie szutrówka wzdłuż szosy i pierwszy Punkt Kontroli Przejazdu. I pierwsze chwile refleksji na temat globalnego ocieplania się klimatu i jego wpływu na ilość kurzu wiszącego nad kieleckimi dróżkami...

Po dziesięciu kilometrach dojeżdżamy do pierwszej próby szybkościowej. Miło jest: słoneczko świeci, gawiedź roześmiana czeka na swych ulubieńców. A ulubieńcy nie mają pojęcia co ich czeka za linią startu! A tam zwykły, suchy step! Tyle tylko, że otaśmowany i dość (!) rozległy. Po pokonaniu sześciusettrzydziestusiedmiu zakrętów stuosiemdziesięciostopniowych osiągnęliśmy półmetek i w podobnym stylu (żując czerwony pył...) rozpoczęliśmy planowy odwrót w stronę mety. Na samym końcu wystarczyło pokonać tylko jeden „drobny” uskok terenu (nachylenie 82 stopnie, wysokość 147 centymetrów), oraz „beczkę śmierci” (czyli nawrót na prawie pionowej ściance) i już wpadaliśmy w objęcia kibiców. Niestety ze względu na upał, hałas i małą ilość powietrza w wiszącym kurzu wszystkie zgrabne masażystki gromadnie dały nam kosza i nie pozostawało nic innego jak tylko kontynuować jazdę...

Po kilku kilometrach dotarliśmy do żelaznego punktu wszystkich imprez w tym rejonie – przejazdu przez błotko między górkami w lesie bukowym. Publiczność dopisała, a jakże! Oni doskonale wiedzą, że to błoto dowożone jest potajemnie ze szkockich torfowisk ze względu na swą wyjątkową quadożerność! I nie zawiedli się - niezbyt głęboka maź o konsystencji masy szpachlowej C-45 skutecznie unieruchamiała wszystko co się na czterech kołach porusza! Na szczęście kilku mało bojaźliwych młodzianów oddało nam nieocenione usługi (poświęcając swoje jeansy i ciżemki) i wspólnymi siłami przeciągaliśmy się na drugą stronę tego megazasysacza. Następnych kilka kilometrów to leśne ścieżynki wśród buków z wolna rudziejących, wijące się to w górę, to w dół... Ale za drugim PKPem czekało nas nagłe otrzeźwienie – podjazd! Nachylenie prawie jak na ustrzykowej nartostradzie, tylko nawierzchnia inna - zamiast wymuskanej trawki, korzenie, kamienie, drzewa, doły i muldy! I ta świadomość, że wystarczy jeden nieopatrzny ruch manetką, jedno mocniejsze podbicie przodu i .... ([i]ze względu na drastyczność tych wyobrażeń postanowiono je wyciąć![/i]).

Dalszy odcinek do pierwszego PKCa prowadził z góry, lub pod górę; w prawo lub w lewo; polem lub lasem... Ale zawsze po wertepach! Skąd oni tu mają tyle tych nierówności?!
Na 27-mym kilometrze odmeldowaliśmy się przed zegarem (choć nie wszyscy o czasie...) i zapuściliśmy się w jeszcze głębszy las, pokonując po kilkuset metrach symboliczną bramę do niego w postaci zwalonego w poprzek drogi drzewa. I niejeden jeździec (ze szczególnym uwzględnieniem bractwa 2k) musiał wykazać się prężnymi muskułami aby móc jechać dalej...
Początkowo głazy wszelkich maści i rozmiarów zdarzały się tylko co jakiś czas, potem co raz częściej, by wreszcie na większości pagórków przyjąć formę (niemalże!) gołoborza. Koła klinowały się między kamolkami lub z nich ześlizgiwały, elementy zawieszenia i podwozia krzesały snopy iskier, kierownica wyłamywała nadgarstki lub odciskała odciski! Trzęsło nami tak okrutnie, że aż błoto z quadów pospadało, a u niektórych zawodników było słychać rzegotanie kamieni nerkowych...
Zaraz za lasem wjechaliśmy do...Mauretanii. Takie tumany drobnego, czerwonego pyłu wiszące w powietrzu jeszcze kwadrans po przejechaniu poprzedniego zawodnika występują tylko po drodze do Dakaru! Tak samo jak te „kozograssy” migające po bokach drogi i karawany „błe-duinów” ciągnące do wódopoju...

Przejazd tunelikiem pod torami, kilka kilometrów lasopolem i dojeżdżamy do drugiego OSa. Pikanie zegara, opór guzika i już jesteśmy na trasie. Początkowo jest to zielona trawka, kilka garbików i rów z wodą i betonowymi płytami. Ale po chwili zza zakrętu wyłania się najpiękniejszy widok tego sezonu – jeziorko w piaskowej obramówce, otoczonej lasem. To zapewne tutaj były kręcone „Noce i dnie” - podświadomie zacząłem wypatrywać owego młodzieńca w białym surducie śmiało wkraczającego w toń po nenufary dla swej wybranki... Dobrze, że pierwszy przejazd nie był mierzony! Ciąg dalszy to taśmy kierujące jeźdźców w różnych kierunkach – czasami przez wydmy, czasami przez las, innym znów razem po plaży (niektóre paliki były wbite w wodzie, spory kawałek od brzegu...). Ku uciesze zebranych tłumów [b]Krzychu Miech [/b]z 4k postanowił nawet wykonać pokazową jazdę desantowo-nurkującą w poszukiwaniu Wodnika Szuwarka, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie i na nieco tylko mokrych oponach dokończył przejazd. Bardzo ciekawą okazała się inicjatywa lokalnego tartaku, który w poszukiwaniu oszczędności postanowił zlecić okorowanie młodych pniaczków sosnowych endurowcom – czterdzieści cztery drągale o średnicy radzieckiego szampana położone w poprzek trasy zostały ogołocone przy wtórze wysypujących się plomb zębowych i śrubek zawieszeniowych. Po ponad pięciu minutach (!) zmagania się z pięknem tego zakątka i początkami paraliżu kończynowo-płucnego upragniona meta. A na mecie Marta z notatnikiem. Krótka konfrontacja z rezultatami poprzedników i dalej w drogę. I to szybko bo czas się kończy...

Pozostała część trasy była dowodem na ścieranie się różnych frakcji w łonie organizatora imprezy – nie mogąc zdecydować się czy poprowadzić ją po lewej czy po prawej stronie torów zawarli zgniły kompromis: trochę tu, trochę tam. A nam, biednym, przyszło spełniać ich zachcianki! No więc pałętaliśmy się tymi tunelikami to w jedną, to w drugą stronę jak potępieńcy... Aż trafił się taki przejazd, który wprawił zawodników w osłupienie – w przekroju wyglądał jak grzbiet osła, miał ok. 160 cm wysokości i praaawie 140 cm szerokości w podstawie. Biorąc pod uwagę, że szerokość niektórych sprzętów przygotowanych do ścigania wynosi mniej więcej tyle samo, a najlepiej dopasowanym kaskiem byłby zwężany u góry hełm strażacki, większość uczestników pokonała go ze ściśniętymi pośladkami, wciągniętymi policzkami i na wydechu... Dalej już tylko trochę gonitwy po dziurawej łące, efektowny skok przez poprzeczną szutrówkę (na oczach licznie zebranej publiczności), ostre wejście między betonowe słupki zdemontowanego ogrodzenia i meta.

Cała impreza miała niezaprzeczalny urok i pomimo, że nie była najeżona trudnościami technicznymi to pozostanie w pamięci startujących jako trudna i wymagająca. Tak dla startujących jak i ich maszyn. Już pierwszego dnia „poległo” trzech zawodników z 2k (w tym największy pechowiec ostatnich trzech edycji [b]Robert „Kendżo” Nabrdalik[/b], który jednak się „zreanimował” i wystartował drugiego dnia). Lotem asynchronicznym w duecie (quad + kierowca) popisał się [b]Paweł Chibowski[/b] z 4k po raz kolejny udowadniając, że jego nowiutki (!) Rincon niejedno potrafi i wiele wytrzyma... Dyżurny kaskader zawodów [b]Romek Eliasz[/b] wykonał rolowanie na pierwszym OSie drugiego dnia, ale kontynuował jazdę, choć z uszkodzonym wahaczem. Zgięcie doprowadziło jednak do pęknięcia i jego czerwone Grizzly dotarło do mety z prawie dwugodzinnym opóźnieniem, wioząc swojego pana i władcę wiszącego, w iście żeglarskim wychyleniu, na lewym podnóżku.

I tylko szkoda, że znowu znalazło się kilku „dowcipnisiów” wśród okolicznej ludności, którzy poprzez zrywanie lub zmianę oznaczenia trasy, wprowadzili pewne zamieszanie. Ale i tak uwielbiamy przyjeżdżać w kieleckie ( choć czasami... wieje ;-) ) i z niecierpliwością będziemy czekać na kolejne zaproszenie.

Zobacz galerię