ATV Polska
A A A

ATV Maroko 2005 - Pustynia czeka

Michał Majchrowicz "Off Road Pl" 08.02.2006
Mijają długie zimowe miesiące, a ja zawsze odliczam czas do wyjazdu w miejsce, które niekoniecznie o tej porze roku musi być smutne i monotonne. Chore pomysły rodzą się z nudów, a czasami z przeświadczenia, że musimy zrobić coś niezwykłego, by oderwać się od szarej rzeczywistości. W milczeniu wyznaczyłem sobie cel, absurdalny i niedorzeczny dla wielu, ale jakże pociągający...


Tym sposobem ja - właściciel paromiesięcznego quada, którego przywiozłem z Holandii i moja dziewczyna - właścicielka motocykla enduro z drugiej ręki znaleźliśmy się na najprawdziwszej pustyni. Tym, co nas łączyło w tym szaleństwie, poza chęcią zobaczenia czarnego lądu, był totalny brak umiejętności obsługi naszych pojazdów w ekstremalnie ciężkim afrykańskim terenie. Jeżdżę już trochę motocyklem enduro, ale nigdy wcześniej nie jeździłem quadem, podczas gdy moja druga połowa jeździła motocyklem, ale po szosie... Przygotowania były szybkie i gdyby nie pomoc tajemniczego Mr Quada i własne ciężko zdobyte umiejętności, trzeba by było poddać się przed startem. Zestaw składał się z fabrycznie nowego Suzuki King Quada 700, wiernej, choć niemłodej Hondy XR250L oraz samochodu z przyczepą marki Citroen C3, która miała pociągnąć sześćsetkilogramową górę żelastwa przez prawie 11000 km.

[h3]Przez Europę[/h3]
O drodze przez Europę nie napiszę wiele, bo co można powiedzieć ciekawego o ponad trzech tysiącach kilometrów autostrad? Chyba nic poza tym, że złapałem gumę przy 120km/h w przyczepie, o mało nie niszcząc całego dobytku już na samym początku. Po niewielkich kłopotach udało nam się dotrzeć do Hiszpanii. Przeprawa była szybka, a Maroko przywitało nas deszczem i piaskiem, tworzącym śliską maź na powierzchni asfaltu. Efekt - masa ciężarówek w rowach i co za tym idzie, całkowicie zablokowana droga.

[h3]Maroko[/h3]
Cel naszej podróży, Maroko, to miejsce, które przyciąga od lat podróżników szukających przygód i egzotyki, oferując wiele atrakcji: średniowieczne miasta, rzymskie ruiny, berberyjskie fortece i islamskie zabytki, a liczne łańcuchy górskie kuszą miłośników trekkingu, wspinaczki, zafascynowanych szczytami Atlasu Wysokiego, jak i półpustynią Dżebel Sarhro. Wspomnieć także warto o odcinkach specjalnych Rajdu Dakar i Rajdu Maroka w naszym przypadku.
Pustynia na nas czekała. Droga znad Morza Śródziemnego wzdłuż granicy z Algierią jest dość monotonna. Płaskie pustynne tereny i nitka asfaltu prosta jak strzała na odcinkach prawie dwustukilometrowych potęguje to wrażenie. W przypadku awarii możemy liczyć tylko na siebie, ruch lokalny praktycznie w tym obszarze nie istnieje, a miasta występują sporadycznie. W ostatnim mijanym przez nas sporym mieście zwanym Oujda nie zdążyłem się zorientować, dlaczego wszyscy nagle zwalniają i afrykańsko-arabska drogówka złapała nas na radar... Nie pierwszy raz jestem na czarnym lądzie, więc jak prawdziwy biały mięczak wyciągam kartę kredytową i udaję otępiałego turystę. Dostaję „first warning” i wymowną pogróżkę od marokańskiego policjanta. Jedziemy dalej, mijając małą mieścinę Bouarfa i odbijamy na wschód w kierunku na Errachidję - mekkę motocyklistów i bazę słynnego Rajdu Maroka. Sporadycznie w tej okolicy da się zobaczyć roślinność, może z wyjątkiem gajów palmowych czy miejsc, w których występują quedy - suche w okresie letnim koryta rzek. Krajobrazy są niesamowite: oceany kamieni i trawy pustynnej (camel grassu). Barwy zmieniają się jak w kalejdoskopie od szarości po czerwień i zieleń skał i pyłu zwanego fesz-fesz.

[h3]Kiedy Allah śpi[/h3]
Postanawiamy spędzić nocleg w przydrożnym kempingu osiem kilometrów przed miejscowością Erfoud. Nazwa Bel-Air i ręcznie malowany szyld dają do myślenia. Mimo późnej pory wraz z właścicielem i jego kolegą zasiadamy do stołu. Nie może oczywiście zabraknąć charakterystycznego w tych rejonach napoju: whisky marok - tradycyjnej marokańskiej herbaty parzonej z liściem mięty zerwanej w przydrożnym rowie oraz kolosalną ilością cukru. Na deser nieśmiało zaproponowałem gorzką żołądkową, co początkowo z racji religii (islamu) zostało nieco chłodno przyjęte, ale chwilę później miejscowi pytali, czy nie posiadamy więcej tego wspaniałego napoju. Kiedy Allah nie patrzy, a zwłaszcza nocą, kiedy śpi, nie ma problemu... Nazajutrz docieramy do Zagory, bazy wypadowej do najpiękniejszych miejsc na Saharze Południowej. Niech nas nie zmyli lokalizacja tego miejsca, drogich hoteli jest tu więcej niż można się spodziewać po skromnych rozmiarach miasteczka. Zabieram się za przygotowanie sprzętu i opracowujemy wstępną trasę. Od zaprzyjaźnionych arabskich mechaników dostaję najprawdziwszą rolkę z roadbooka - OS trasa Zagora-Merzouga 230 km, przerzucam koordynaty do GPS-a.

[h3]Afrykański extrem[/h3]
Pierwsza rozgrzewka i zjeżdżamy z asfaltu. Niestety, błądzimy wśród okolicznych wiosek. Przedmieścia wielkich miast pełne są biednej ludności zamieszkującej gliniano-piaskowe slumsy. Sytuacja pogarsza się, kiedy trafiamy do gajów palmowych, gdzie zmuszeni jesteśmy manewrować sprzętem w wąskich uliczkach okalających sady. Następnego dnia jakimś cudem znajduję drogę. Po wjechaniu na kamienisty płaskowyż okazuje się, że quad radzi sobie znacznie lepiej niż motocykl. Jazda motocyklem w tych warunkach jest po prostu wyczerpująca i niebezpieczna, zwłaszcza dla pilota bez doświadczenia, jakim jest moja dziewczyna. Niskociśnieniowe koła ATV z łatwością połykają kamienie, nawet jeśli droga jest taka, że dużym wysiłkiem jest przejście po niej. Temperatura dochodzi do ponad czterdziestu stopni w otwartym terenie, pijemy straszne ilości wody z camelbacków. Wpadamy w rytm: przeskakuję poprzeczne nierówności, łagodne łuki pokonuję uślizgiem, średnia prędkość obu maszyn oscyluje w granicach 70km/h. Droga usiana jest kamieniami i uskokami skalnymi, zbyt duża fantazja może zakończyć się nieciekawie. W końcu przód Hondy trafia na duży luźny kamień, zaczyna się rodeo, zakończone efektownym kiss of death w terminologii freestylowej. Kierowniczka zalicza glebę, trafiając po drodze kaskiem w kierownicę. Pada kontrolne pytanie po zdjęciu kasku - mam przednie zęby? Wszystko jest na miejscu, oprócz przednich świateł i zegarów z kawałkiem elektryki. Żar leje się z nieba, narzędzia pozostawione na ziemi po około 5 minutach są już tak gorące, że nie da się wziąć ich do gołej ręki. Za pomocą paru opasek elektrycznych, młotka i kamieni motocyklistka odpala zmasakrowany motocykl. Niestety, sytuacja powtarza się parę kilometrów dalej, droga jest prawie nieprzejezdna, a totalne pustkowie nie wróży nic dobrego. Trzeba pamiętać, że na tej szerokości geograficznej zmierzch zapada w ciągu paru minut. Najczęstszym błędem jest próba dotarcia do celu za wszelką cenę. Mam na to prostą metodę: zatrzymuję się i patrząc na zachód słońca, rozkładam śpiwór i parzę marokańską herbatę.

[h3]Prawa Koranu [/h3]
Postanawiamy wrócić, motocykl nie nadaje się do dalszej jazdy, zostanie na pustyni. Przepakowujemy graty na quada i jedziemy nim we dwójkę. Po powrocie wsiadamy w leciwego Land Rovera Santanę serii 90 z krótką paką i wracamy po motocykl. Podróż trwa wieczność, po drodze spuszczamy powietrze z opon, bo szarpie niemiłosiernie, samochód pamięta chyba jeszcze czasy wojny, a załoga w postaci dwóch Arabów - kierowcy i tłumacza - zdaje się nic sobie nie robić z otaczających warunków. Dobrze zrobiłem zapisując waypoint w GPS-ie, gdyż tu drogi przeplatają się ze sobą w szalonym tańcu i może się okazać, że w morzu kamieni pomylimy trasę. Zabieramy motocykl z powrotem, ze zgrozą zauważam, że z chłodnicy Land Rovera leje się woda. Daję znak kierowcy, on uśmiechając się pod nosem wyjmuje za siedzenia 10-litrową bańkę z wodą. Na działającym silniku uzupełnia płyn jakby nigdy nic. Wracamy. O kosztach i targowaniu się z upartym muzułmaninem nie chcę wspominać. Kiedyś byli moją rodziną - teraz nie są. Ot, takie prawa Koranu. Motocykl zakończył przygodę, ale ja na quadzie się nie poddaję, chciałem przejechać tą trasę jeszcze raz. Niestety, ukochana nie chce puścić mnie samego. Opuszczamy Zagorę i jedziemy z quadem na przyczepie. Droga do Merzougi jest kręta i znacznie dłuższa niż ta przez pustynię.

[h3]Oaza z klimatyzacją [/h3]
W okolicach Merzougi znajduje się jedyny w Maroku pustynny erg - Erg Chebbi, czyli olbrzymia, ruchoma wydma piaszczysta, typowa dla algierskiej części Sahary. Wokół roztacza się cudowny krajobraz. Już same wydmy są urzekające - w zależności od pory dnia zmieniają kolor z różowego na złoty lub czerwony. Wybieramy dużą oazę pod samym piaszczystym kolosem, właścicielką jest starsza francuska dama. Miejsce jest bardzo urokliwe i solidnie wyposażone, sala obiadowa jest klimatyzowana(!), a pośrodku terenu znajduje się częściowo osłonięty basen z bieżąco filtrowaną wodą. Nie należy zapominać, że jesteśmy na pustyni, więc jest to prawdziwy luksus. Do wyboru mamy także deski snowboardowe i narty, jeśli ktoś chce pozjeżdżać z wydm.

[h3]Śladami Tomcatów[/h3]
Ponownie nakładam kask, moim celem jest najwyższy szczyt Ergu Chebbi, który według moich obliczeń ma około 800-900 m n.p.m. Pikanterii dodaje fakt, że tego samego dnia będą ćwiczyć zawodnicy Rajdu Dakar na trzech fabrycznie nowych Land Roverach Tomcatach. Nigdy wcześniej nie jeździłem czterokołowcem po prawdziwych wydmach. Obniżam ciśnienie w oponach i zabieram swoją ukochaną pasażerkę. Okazuje się, że quad stworzony jest do takich warunków, napęd na obie osie tylko ułatwia zadanie, reduktor okazuje się zbędny, a nawet niebezpieczny, bo powoduje tylko zakopywanie pojazdu. Jazdę utrudnia zmienność twardości podłoża. Wydmy od strony, z której najczęściej wieje wiatr, są najbardziej zbite. Wierzchołki wydm to najlepsze miejsce do przemieszczania się w danym kierunku, mają tylko jedną wadę - potrafią niebezpiecznie zakończyć się 30-metrową pionową, piaskową ścianą, co okazało się pułapką dla jednego z dakarowskich Tomcatów. Stopień wydzielania się adrenaliny potęguje fakt, że światło słoneczne operuje z tak wielką mocą, że nie jesteśmy w stanie określić ukształtowania terenu. Pozornie gładkie wypłaszczenie kończyć się może sporym zagłębieniem, a ocena odległości jest mocno zaburzona. Jak wcześniej wspomniałem, w odległości 1000 metrów dostrzegam nietypowy w tym monotonnym krajobrazie widok. Jeden z samochodów stoi na szczycie olbrzymiej wydmy, a drugi leży na dachu tuż pod nią. Ruszamy w tamtym kierunku. Okazuje się, że jedna z załóg przeleciała przez szczyt ze sporą prędkością, wykonując efektowne salto przez przednią oś. Wylądowali nieszczęśliwie na dachu, tam gdzie dakarówka ma chłodnicę cieczy. Krótka ocena sytuacji i zjeżdżam quadem w dół wydmy, podaję holenderskiej załodze linę wyciągarki i próbujemy ściągnąć samochód do podnóża góry piachu, żeby ustawić go na kołach. Niestety, różnica mas i brak jakiegokolwiek drzewa lub punktu zaparcia powoduje, że jest to trud daremny. Z pomocą przychodzi drugi Land Rover, panowie pożyczają ode mnie jedną posiadaną szeklę, a w miejsce drugiej montują śrubokręt, przekładają linę... W międzyczasie dzwonią do serwisu znajdującego się w oazie, podając teamowi mechaników koordynaty GPS. Automatyczny system odcinania paliwa zamknął obieg po dachowaniu, więc połamana felga czy dziurawe chłodnice to tego dnia zupełny szczegół. Jeden z pilotów zabiera się za zmianę koła używając hydraulicznego high-lifta i specjalnej maty. To już drugi skasowany w ten sposób samochód w ciągu 2 dni. Zostały im niecałe trzy miesiące do Dakaru, a mają jeszcze tylko jedno auto, żeby poćwiczyć...

[h3]Koniec przygody[/h3]
Czas wracać. Jest początek września i zmuszeni jesteśmy wracać wybrzeżem, gdyż droga przez góry może być nieprzejezdna. Niestety, góry Atlasu Wysokiego rządzą się swoimi prawami i nie da się ich pokonać. Żałuję tylko, że w tym roku nie było mi dane przeprawianie się górskimi szlakami na 3000 m n.p.m. Z doświadczenia wiem, że ta część najstarszego pasma górskiego na świecie, pełnego przepaści, skalnych półek i kamienistych wąwozów to niezapomniany kawałek terenu, do którego wrócę, by zmierzyć się z nim w przyszłym roku.
Przygoda się kończy, jeszcze tylko 10 Euro łapówki, aby przekroczyć Gibraltar, noc na przystani promowej, bo jakimś nieszczęśliwym trafem prom dopłynął bez pasażerów i już jesteśmy w domu.