ATV Polska
A A A

Błękitny Squadron - Władysławowo 2005

Krzysztof Wronowski - 2can 04.10.2005
W dniach 30 września -1 października 2005r. odbył się [b]Rajd "Błękitny Squadron"[/b], i ja tam byłem , miód i wino piłem oraz Quadem jeździłem...
Władek czyli [b]Władysławowo[/b] zawsze kojarzył mi się z Zatoką Pucką , morzem i wakacyjnym luzem, tym razem dzięki [b]Michałowi Delingowi[/b] mogliśmy zobaczyć kaszubskie krajobrazy z innej perspektywy.


W piękny słoneczny sobotni poranek na starcie Rajdu [b]Błękitny Squadron[/b] stanęło dziesięć quadów, zapowiadało się ponad dwadzieścia załóg, ale jak to zwykle bywa pewnie trzeba było zostać w domu i liczyć kasę . Niech żałują ci, co nie przyjechali .
Trasa początkowo wiodła rozległymi kaszubskimi łąkami które klepały nam siedzenia w rytm kolein. Podziwialiśmy widok na pustą już tej porze roku Zatokę, skoszone pola i leniwie kręcące się wiatraki.

Kiedy już zaczęliśmy się przyzwyczajać do rytmu leniwej przejażdżki pojawiła się pierwsza próba która poruszyła krew w żyłach i dała kopa w postaci zastrzyku adrenaliny – wyrobisko po starej żwirowni. Pieczątkę złośliwi organizatorzy umieścili na stromym zjeździe i ci o słabych nerwach oraz hamulcach musieli się solidnie nagimnastykować, by odbić w karcie drogowej upragnioną jedynkę . Pobudzeni ruszyliśmy tropem zaznaczonym na mapie w poszukiwaniu dalszych atrakcji.

Następne kilka kilometrów spędziliśmy na podziwianiu Kaszubowa w całej krasie czyli „przez łąki i pola pędzi fasola".
Z powątpiewaniem patrzyliśmy na mapę , czyżby była to wycieczka emerytów? Tylko uśmiech Rafała drugiego organizatora zdradzał co za chwilę się będzie działo. A działo się, i to sporo, po dojechaniu do wąwozu w którym ukryto aż pięć z dziewięciu prób. Już pierwsza próba wycisnęła siódme poty z drajwerów ATV. Krótko powiązane pieczątki zmuszały do bardzo dokładnej jazdy i wręcz trialowych manewrów. Dzięki temu mogliśmy obejrzeć podwozia w naszych quadach i sprawdzić jakie widoczki mają robaczki kiedy je rozjeżdżamy.

Peleton wyraźnie się rozciągnął, sprawniejsi ruszyli z kopyta a właściwie z czterech kopyt, by za chwilkę potaplać się w błotku przy pokonywaniu następnej próby, którą tym razem perfidnie umieszczono za olbrzymią kałużą mniamiuśnego błotka. Naoliwieni i wysmarowani borowinowym kompresem zaatakowaliśmy stromy, techniczny podjazd trawersując tyłkami na jednej stronie maszyny i ryzykując zsunięcie się w przepaść. Wąwóz obfitości- tak można w skrócie nazwać to piękne miejsce, każda z prób była wymagająca i każda była inna. Dość powiedzieć że raz udało mi się wywrócić Foremana do góry kółkami, a nie byłem jedyny , poleżał na plecach też Bombardier Outlander .

Na końcu wąwozu czekała nas niespodzianka w postaci przeprawy linowej . Z bijącym sercem powierzaliśmy w ręce alpinistów nasze rumaki z nadzieją, że lina się nie urwie i nie polecą na łeb z wysokości kilku metrów. Ale fachowcy od linowej plątaniny sprawnie przemieszczali drogą lotniczą quady które zadowolone najwidoczniej z takiego obrotu sprawy radośnie kręciły sobie w powietrzu kółeczkami.

Znaki na niebie , ziemi i mapie poprowadziły nas dalej pięknym wiekowym starodrzewem do jedynej ponoć w Europie atrakcji stworzonej przez lodowiec czyli [b]Grot Mechowskich[/b]. Labirynt korytarzy podświetlonych żarówami stuwatowymi nie wzbudził w quadowej braci zachwytu. Pani przewodnik poradziła by poprosić kamiennego misia o spełnienie marzeń i założę się że misio ma teraz problem skąd wziąć tyle nowych quadów.
Jedynie Zenek chyba zbyt mocno przejęty rajdem szukał w zakamarkach jaskiń misiów i był srodze zawiedziony że nie wyszły do niego.

Kilkanaście kilometrów dalej ponownie potaplaliśmy się w bajorku zdobywając następne punkty i kolejne kilogramy błota na sprzętach .
Każdy patrząc na mapę myślał jeszcze tylko jedna próba i upragniony obiad. Późnym popołudniem cała nasza grupa ubłoconych do granic przyzwoitości traktorzystów wbiła się do bardzo ekskluzywnej restauracji celem wyjedzenia zapasów z kuchni. Nie wiem jak Michał to załatwił ale nie wyrzucono nas mimo tego że błoto było wszędzie w całym lokalu. Pyszny obiadek z deserkiem rozleniwił nas i odprężył , mimo trudów uśmiech był na wszystkich twarzach.
Aby sadełko się nie zawiązało organizatorzy wymyślili jeszcze jedną atrakcję – kulę do której wchodziły dwie osoby , przypinały się pasami a następnie były puszczane w dół jakieś trzysta metrów na łeb na szyję. To cud ,że obiad został na swoim miejscu.

Tajemnicą dla mnie pozostaje jak Michał i Rafał za 150 zł wpisowego zapewnili dwa noclegi w bardzo fajnym pensjonacie, obiad, ognisko z kiełbaskami i napojami oraz zorganizowali trasę rajdu, ba nawet były nagrody rzeczowe o pucharach , medalach i dyplomach nie wspominając. Może podzielcie się panowie wiedzą jak to zrobić, z resztą organizatorów, bo to rzadko spotykane - tak dużo za tak niewiele.

Jeszcze z kronikarskiego obowiązku wymienię zwycięzców:
W klasie 4x4 –
1. [b]Piotr Krajewski[/b] Team Extreme Płock Yamaha Grizzly 660
2. [b]Zbigniew Ciemiński[/b] Warszawa Honda Foreman 350
3. [b]Krzysztof Wronowski[/b] Team Extreme Płock Honda Foreman 450
W klasie 2x4 -
1. [b]Piotr Wójcik[/b] Team Extreme Płock Suzuki Z 400

[i]Krzysztof Wronowski (2can)[/i]