ATV Polska
A A A

Chorwacki skandal – relacja z rajdu Croatia Trophy 2007

Maciej Kwaśniewski 16.05.2007
- Uwielbiam jeździć na „Croatię” – gdy w Polsce dopiero zaczyna się zielenić, tam na początku maja wiosna jest już w pełni, wszystko kwitnie, temperatury sięgają trzydziestu stopni, choć w nocy zdarzają się jeszcze przymrozki i aby wytrwać w śpiworze, trzeba się jeszcze dobrze doubierać... Nie ma to jak przyspieszyć sobie nadejście lata... – relacjonuje Jacek Bujański, który przed tygodniem po raz trzeci z rzędu zwyciężył w klasie quadów rajd Croatia Trophy.

- Na rajd jechałeś w roli faworyta. Na swoim koncie miałeś już dwukrotne zwycięstwo w dwóch ostatnich edycjach „Chorwacji”. Kto w tym roku podjął rzuconą przez Ciebie rękawicę?
- Gdy wraz z moim tegorocznym partnerem, Krzyśkiem Kretkiewiczem (vel „Krecik”), dotarliśmy na start do obozu, od razu pomyślałem, że w tym roku czeka nas bardzo ciekawa rywalizacja. Jednym z naszych rywali okazał się zwycięzca ubiegłorocznego rajdu Berlin-Wrocław – Francuz Emerich Labat. Choć jest to prawdziwy profesjonalista, do startu w Chorwacji podszedł na luzie – na quada (z wyczynowymi amortyzatorami Öhlinsa, o których odtąd śnię każdej nocy...) wsiadał w zwykłych dżinsach, bez dodatkowych ochraniaczy i rajdowego ekwipunku. Przeprawa przez chorwackie lasy była dla niego dobrą zabawą, zmierzeniem się z własnymi słabościami. Rywalizacja była dużo mniej istotna. Mówił mi zresztą, że po raz pierwszy bierze udział w tak trudnej przeprawówce. Berlin-Wrocław to rajd dużo szybszy i łatwiejszy technicznie, choć na pewno równie wymagający.
Oprócz Francuzów na stracie stanęły jeszcze dwa teamy niemieckie – jeden jechał na KingQuadach, a drugi na nowiutkim Bombardierze i Hondzie. Nie było wątpliwości, że Polacy będą więc walczyć o najwyższe lokaty. Oprócz mnie i „Krecika” na rajd przyjechała mocna ekipa z Płocka – Krzysiek „2Can” Wronowski i Darek Wyszyński oraz moi dwaj dobrzy znajomi – Jarek Witas i Paweł Ratyński.
- Rajd w Chorwacji rozpoczął się od prologu, który jak co roku bardziej przypominał terenowy piknik niż start poważnego rajdu...
- To już tradycja. Pierwszy dzień zmagań organizowany jest z myślą o publiczności i mediach, którzy później będą mieli utrudniony do nas dostęp. Przez większą część rajdu przemierzamy dzikie i często niedostępne dla zwykłych śmiertelników góry i lasy. Klasyfikacja prologu nie ma żadnego znaczenia dla dalszej rywalizacji, dlatego wszyscy się świetnie bawią, jedziemy na luzie. W tym roku nasze zadanie polegało na zjechaniu z wysokiej skarpy wprost do rzeki, którą pokonywaliśmy wzdłuż, jadąc miejscami wodą o głębokości blisko metra. Na koniec trzeba było wydostać się na brzeg po niemal pionowej, śliskiej skarpie. Oczywiście mieliśmy dużo „szczęścia” i wylosowaliśmy numer pierwszy, tak więc przecieraliśmy trasę dla wszystkich. Najpierw sprawdziliśmy ją pieszo, żeby nic nas nie zaskoczyło. W jednym miejscu nie było innej możliwości – jeden z quadów musiał się „przytopić”, ale drugi ratował go przy pomocy kinetyka. Ostatecznie poszło nam całkiem nieźle – przejechaliśmy dość sprawnie odcinek w czasie niecałych trzech minut. Następni zawodnicy po nas spisali się już trochę gorzej. Na przykład kierowca Bombardiera rolował na zjeździe, a potem quad zgasł mu w wodzie i długo nie chciał odpalić... W tym momencie już chyba mu się już odechciało dalszej jazdy...
- Prawdziwa rywalizacja rozpoczęła się od etapu pierwszego...
-Na 65-kilometrową trasę ruszyliśmy ze startu wspólnego. Początek rajdu jest zawsze bardzo trudny, bo trzeba złapać rytm jazdy i sprawnej nawigacji, „rozgrzać się”, przypomnieć sobie jak się jeździ. Ponieważ tego dnia było dużo wymagającej nawigacji, sporo skrzyżowań, na początku trochę pogubiliśmy się. Później szło nam już lepiej – trasa była bardzo „szybka”, nie było zbyt wiele błota, praktycznie nie było potrzeby korzystania z wyciągarki.
- A więc poczułeś się jak na Berlin-Wrocław...
- Przez pewien czas miałem takie wrażenie. Organizatorzy postarali się jednak o kilka „rozrywek”. Ciężkim momentem był na przykład przejazd zarośniętą trasą nieczynnej linii kolejowej. Mocno nas wytrzęsło na podkładach, a ponieważ jechaliśmy jako pierwsi musieliśmy ponadto zmierzyć się z takimi atrakcjami jak wystające tu i ówdzie pieńki. To właśnie zaraz za tym miejscem w Hondzie Jarka Witasa urwała się połowa kierownicy i dalej, przez kilkadziesiąt kilometrów, Jarek musiał jechać kierując tylko jedną połówką. O 11 szczęśliwie dotarliśmy do końca roadbooka. No tak – ale mety nigdzie nie było widać! Krążyliśmy, czas płynął, a organizatorów nie ma. Postanowiliśmy więc wrócić po trasie, aby sprawdzić, czy na pewno czegoś nie pomyliliśmy, ale wszystko się zgadzało. Wróciliśmy znów na metę. Kilkanaście minut po nas z lasu wyjechały „2Cany”, ale pojechali w całkiem innym kierunku niż meta i oni też zaczęli krążyć. Wreszcie na mecie pojawił się wóz medyczny i dopiero kilka minut po nim nadjechali – zdumieni naszym zawrotnym tempem – organizatorzy. Była 11.25. Ku naszemu zaskoczeniu obu polskim zespołom sędziowie chcieli wpisać ten sam czas – uważałem to za niesprawiedliwe. Wyprzedziliśmy naszych rywali przynajmniej o kilkanaście minut i to nie moja wina, że mety jeszcze nie było... Ostatecznie sędziowie wpisali nam czas o 4 minuty lepszy, ale okazało się, że to i tak jeszcze nie koniec. Wieczorem zespół WW złożył protest, który - nie wiem czemu - został uwzględniony i nasze czasy ponownie zostały zrównane.
- To zapewne mocno podziałało na Waszą mobilizację...
- Faktycznie motywacji nam nie brakowało.... Drugi etap okazał się dużo trudniejszy. Na trasie było znacznie więcej błota, wąwozów, trasa stała się dużo bardziej wymagająca. Niemal nieustannie jechaliśmy w kontakcie wzrokowym z teamem z Płocka i tak aż do mety. Tu niestety znów doszło do starcia między nami. Ostatnią przeszkodą przed finiszem był ostry zjazd w dół wąwozu. Gdy do niego dotarliśmy, Darek opuszczał się tyłem na wyciągarce. Nie czekając, aż skończy, postanowiliśmy zjechać obok – okazało się, że bezpiecznie można to zrobić również bez asekuracji. Gdy byliśmy już na dole, quad Darka przewrócił się i przygniótł kierowcę. Pomogliśmy mu wydostać się spod pojazdu i ruszyliśmy dnem wąwozu do niedalekiej mety. Pech sprawił, że mój quad zgasł w błocie, zaledwie kilka metrów od sędziów. W tym samym momencie na mecie pojawił się Darek, skutecznie blokując „Kreta”, który tym samym nie mógł mi pomóc wydostać się z pułapki. Więc chociaż na mecie byliśmy o tym samym czasie, to w podziękowaniu za pomoc w wydostaniu się spod quada nam zapisano wynik o 2 minuty gorszy.
Nasi rywale postąpili nie po dżentelmeńsku, ale nie to akurat było wtedy dla nas ważne. Dużo poważniejszym problemem okazał się wyczerpujący się zapas opon na zmianę. Etap drugi obaj kończyliśmy z jednym kapciem, Gdy zmieniliśmy koła okazało się, że opon nie da się już naprawić – chociaż minęły tylko dwa dni, my pozostaliśmy bez tylnych kół zapasowych. Została nam już tylko rezerwa na przód. Pojawiła się wprawdzie szansa na sprowadzenie kurierem nowych opon z Polski, ale szybko okazało się, że taka usługa kosztowałaby nas – bagatela! – 2900 zł. Trochę dużo jak na nasze prywatne kieszenie wydrenowane wpisowym 1400 euro... Na szczęście z pomocą pospieszył nam miejscowy wulkanizator, który obiecał załatwić odpowiednie opony. I rzeczywiście już 2 dni później mieliśmy nowe Sawy w całkiem przyzwoitej cenie.
Po tym etapie na prowadzeniu znajdowała się ekipa z Płocka, za nimi my, a na trzeciej pozycji – „Ratysie”. Zagraniczni zawodnicy sporo już do nas tracili – schlebiało mi, że Francuzi – w końcu wysokiej klasy zawodnicy – sporo już tracili do naszych trzech teamów. Zauważyłem też, że zazdrośnie spoglądali na nasze osłony Ricocheta. Oni codziennie mieli kłopoty z manszetami na przegubach, które w żaden sposób nie były zabezpieczone przed uszkodzeniem.
- O trzecim etapie zapewne chciałbyś szybko zapomnieć, ale Ci na to nie pozwolimy. Opowiedz o dramatycznych wydarzeniach, jakie Was wtedy spotkały.
- Zgadza się - trzeci etap był dla mnie jednym z najtrudniejszych dni w historii moich występów na Chorwacji. Wystartowaliśmy jako drudzy. Tuż za startem była szutrówka, z której w pewnym momencie należało odbić w bok pod kątem 90 stopni. Jechaliśmy spokojnie, uważając, by nie przegapić tego skrętu, prowadził „Krecik”. Nagle zza zakrętu wyskoczył pędzący pod prąd (!) Darek, który zgubił gdzieś swego kolegę. Na jakikolwiek manewr było za późno – Honda jadąc środkiem drogi, czołowo uderzyła w pojazd „Kreta”, który wyleciał jak z procy w powietrze i wpadł w krzaki. Mocno się nie poobijał, ale widocznie ma jeszcze miękkie kości, bo na szczęście niczego sobie nie połamał. Wolę nie myśleć, co by się stało, gdybym to ja akurat znajdował się na prowadzeniu...
- W czołowym zderzeniu zapewne mocno jednak ucierpiały quady...
- Hondzie Darka w zasadzie niewiele się nie stało – po krótkiej naprawie mógł kontynuować dalszą jazdę. Z Yamahą Krecika było znacznie gorzej – oba wahacze przy lewym przednim kole były złamane. Zdecydowaliśmy się wrócić do bazy, która znajdowała się kilka kilometrów od miejsca wypadku. Przy pomocy Francuzów wystawiliśmy przednie koła „Krecikowej” Yamahy na tylny bagażnik mojego quada i taką małą kawalkadą ruszyliśmy z powrotem. Wypadek ten spowodował, że strasznie się zdenerwowałem – było o krok od prawdziwego nieszczęścia! Naprawa zupełnie mi nie szła, więc zajął się nią sam „Krecik”, a ja mu tylko asystowałem. „Ty ojciec sobie odpocznij i nie nerwujsia się” - rzekł Krecik - i już! Po kilkudziesięciu minutach wahacze były wymienione i mogliśmy wrócić na trasę. W sumie – wraz z dojazdem – straciliśmy jednak blisko 2 godziny. Etap ten pokonaliśmy w ekspresowym tempie, odrabiając prawie godzinę do zwycięzców, ale strata mimo wszystko była ogromna. Wieczorem napisaliśmy pismo do organizatora, w którym opisaliśmy całe zdarzenie, licząc na zwrócenie uwagi na stosowanie się do regulaminów. Miałem już ochotę zrezygnować z dalszej rywalizacji, ale „Kret” nadal chciał walczyć. Warto wspomnieć, że po powrocie odwiedził nas – poczuwający się do winy – Darek i przeprosił za zdarzenie, które spowodował. Wszystko byłoby OK., ale zaraz po nim nadszedł „2Can”, który zaczął na nas przerzucać winę, choć nawet nie był świadkiem zdarzenia. Tego moje nerwy nie wytrzymały i powiedziałem mu coś łacińskiego do słuchu.
- Wasze kontakty stawały się coraz mniej przyjacielskie, ale następnego dnia mieliście trochę czasu, by ochłonąć, podreperować morale i quady.
- Nazajutrz rywalizowaliśmy w tradycyjnym Trophy Day, który nie ma większego znaczenia dla końcowej klasyfikacji. Rywalizowaliśmy w zespołach, wszyscy mieli do wykonania kilka zadań sprawnościowych, jak choćby zjazd w uprzęży po rozciągniętej linie wyciągarki czy pokonanie rzeki w pontonie. Była dobra zabawa, nie zabrakło publiczności, największą pożywkę miały media, dla których konkurencje te były bardzo widowiskowe.
Wakacji jednak nie mieliśmy – wieczorem zaplanowano start do etapu nocnego. W roadbooku trasa miała tylko pięć kilometrów, ale znając „Croatię” mogły to być bardzo ciężkie kilometry – zwłaszcza nocą... Na trasie dość szybko dogoniliśmy naszych konkurentów z Płocka – akurat opuszczali jeden z pojazdów w dół zbocza. Robili to bardzo ryzykownie, my zaś asekurując się wozem organizatora poradziliśmy sobie z tym zdaniem szybko, korzystając z wypróbowanych technik alpinistycznych. Ostatecznie do mety dojechaliśmy razem i tam znów powtórzyła się sytuacja z drugiego etapu. Quady naszych rywali zablokowały linię mety, przez co staliśmy z tyłu nie mogą jej przekroczyć, a czas nadal leciał. „Krecik” w końcu nie wytrzymał i popchnął zderzakiem pojazd ”2Cana”, a ten zaczął miotać pod naszym adresem przekleństwa, co to nam zrobi, jak świadków nie będzie. O mały włos nie doszło między nami do rękoczynów...
- Meta rajdu była tuż tuż... Czy wierzyliście jeszcze w zwycięstwo?
- Teoretyczne szanse nadal były... W sukurs poszedł nam organizator, który w ostatnich dniach zmagań zaaplikował nam to co lubimy z „Kretem” naprawdę bardzo ciężkie etapy. Po nocnych potyczkach czekał na nas etap bardzo trudny pod względem nawigacji. Udało nam się dość sprawnie z nim rozprawić; w strategicznym miejscu – w wąwozie, gdzie wszyscy stracili orientację i nie wiedzieli, jak się z niego wydostać, my dość szybko znaleźliśmy wyjazd i jako jedni z pierwszych dotarliśmy do linii mety. Oczywiście nasi bezpośredni rywale – nie potrafiąc pogodzić się z porażką – zaczęli nas oskarżać o oszustwo. Nie przejmowaliśmy się tym, zgłaszając fakt jazdy obok wąwozu, ale cieszyliśmy się, że udało nam się odrobić do nich ponad 20 minut straty i nie musieliśmy jechać za fikającym kozły Darkiem. Zostało jeszcze 25...
Przedostatni etap był z kolei jednym z najtrudniejszych na tym rajdzie. Nie mając wiele do stracenie zapowiedziałem „Krecikowi”, że teraz to się trzymaj chłopie, bo będziemy jechać jak Intercity po lesie. Na szczęście część trasy była identyczna jak w ubiegłym roku i udało nam się dość sprawnie i szybko ją pokonać. Przeszkody były jednak najwyższej próby – kleiste bagno, wykroty, które wyrywały kierownicę z rąk... Szło nam całkiem nieźle - na trzecim CP mieliśmy ponad godzinę przewagi nad rywalami! Potem zaczęły się jednak nerwy. Trasa w roadbooku nijak nie zgadzała się z rzeczywistością, a azymut prowadził do bazy rajdu. Gorączkowo krążyliśmy w miejscu, szukając charakterystycznych znaków, które miały nas pokierować w odpowiednim kierunku. Jakież było nasze zdziwienie, gdy oto nagle znaki te pojawiły się w miejscu, przez które chwilę wcześniej przejeżdżaliśmy, a gdzie ich na pewno wtedy nie było. Prawdopodobnie już w trakcie trwania etapu ustawili je organizatorzy, których widzieliśmy, jak przejeżdżali obok nas autem. To kolejny dowód na to, że tegoroczne edycja rajdu było dużo gorzej przygotowana od poprzednich... Kierując się nowymi znakami, szybko dotarliśmy na metę, na której przez kolejne 40 minut po nas nikt się pojawił. Byliśmy już pewni, że prowadzimy w rajdzie! W obozie zrobiliśmy przegląd quadów i kręciliśmy głowami ze zdumienia, że mimo wszystko wciąż się jakoś trzymały. Ja miałem m.in. wygiętą tarczę hamulcową, a nasze osłony Ricocheta były prawie przepiłowane na wylot. Cud, że w ogóle wytrzymały takie tempo! Problemy techniczne mieli także „Ratysie”, którzy zajmowali trzecie miejsce w klasyfikacji. Od kilku dni quad Pawła jechał wyłącznie na reduktorze i nikt nie miał pojęcia, jak go naprawić.
- Na finałowym etapie mieliście postawić kropkę nad „i”, ale nagle wydarzenia przybrały niespodziewany obrót...
- Zgadza się, w piątek miał się odbyć etap finałowy – rano obudziliśmy się bardzo zmobilizowani i gotowi na ostateczne starcie. Na trasę jednak w ogóle nie wyjechaliśmy... Okazało się bowiem, że organizatorzy, którym widocznie nie w smak było drugie z rzędu zwycięstwo polskiego kierowcy w klasyfikacji samochodów (po awarii Luberdy na prowadzenie wyszedł Zbigniew Popielarczyk), postanowili nałożyć taryfę na „Zibiego” za rzekomo niebezpieczne zachowanie na trasie dwa dni po fakcie. Ich zarzut dotyczył podniesienia przez linę jego wyciągarki jednego z niemieckich quadów, który nierozważnie stanął na niej okrakiem. Oczywiście był to zarzut wyssany z palca – jeśli ktoś tu zachował się niebezpiecznie, to właśnie kierowca niemiecki, który nie powinien „parkować” na rozciągniętej linie. Protesty Polaków na nic się nie zdały – sędziowie byli nieprzejednani i nie chcieli anulować kary Zibiemu, który w jej rezultacie spadł z pierwszej na dziewiątą pozycję. Na znak protestu wszyscy polscy zawodnicy postanowili nie wystartować do ostatniego etapu. My także zbojkotowaliśmy finałowy etap, ale postanowiliśmy zaczekać do wieczora, bo według naszych obliczeń mieliśmy wystarczającą przewagę nad zagranicznymi rywalami, aby nawet w razie otrzymania taryfy zwyciężyć w rajdzie. Okazało się, że faktycznie – mieliśmy rację, choć organizatorzy sugerowali naszą dyskwalifikację. Rajd ukończyliśmy więc na pierwszej pozycji w klasie quadów. Reszta Polaków została jednak zdyskwalifikowana.
- Czy czujesz satysfakcję z odniesionego w tych okolicznościach zwycięstwa?
- Mimo wygranej, na którą zasłużyliśmy, nie czuję się całkiem zadowolony. Organizatorzy rajdu nie stanęli na wysokości zadania - najgorszy obrazek widziałem na samym końcu rajdu, kiedy to między nimi wybuchła ogromna awantura. Odnoszę wrażenie, że była to ostatnia „Chorwacja”, której współorganizatorem był Austriak Herbert Pöltl. W przyszłym roku przygotowaniem rajdu zajmą się już zapewne sami Chorwaci. Mam również moralnego kaca, gdy pomyślę o naszej wewnętrznej rywalizacji pomiędzy teamami z Polski. Nasi konkurenci niestety nie pogrywali fair, a to spowodowało, że nasza rywalizacja obfitowała w kłótnie i podważanie naszych wyników poprzez składanie protestów. Nic dziwnego, że na jednej z odpraw po zniszczeniu nam quada poproszono nas o więcej spokoju. Mam żal do „2Cana”, że fajną zabawę zamienił w walkę niemal na śmierć i życie. Szczerze współczułem Darkowi Wyszyńskiemu, że musi mu partnerować, bo wydawało mi się, że – kontynuując wojenną nomenklaturę – traktowany jest przez swego kolegę jak mięso armatnie. Widziałem jak kilka razy był ryzykownie opuszczany niemal bez asekuracji po zboczu, na naszych oczach kilkakrotnie Darek rolował swym pojazdem (nam nie zdarzyło się to ani razu) i naprawdę niewiele brakowało, aby ta przygoda skończyła się dla niego niezbyt szczęśliwie. No cóż, rok temu mój partner zostawił mnie w środku nocy w lesie, by udowodnić swoją wyższość, ale miał pecha, bo zaraz zgubili się wszyscy i ja wspólnie z Holendrami odnalazłem drogę.
- No, ale przyznaj szczerze – masz chyba kilka powodów do zadowolenia...
- Oczywiście! Jak zawsze. Przede wszystkim bardzo się cieszę z wytrwałości naszych Gryzlaków i doskonałej współpracy i wsparcia firmy Mitsui Motor Polska, która patronuje naszemu Grizzly Team i m.in. użyczyła nam pojazdu jako „dawcy” części zamiennych. Wiele wskazuje na to, że z takim mecenasem dużo łatwiej będzie nam przygotować się do występu w rajdzie Berlin-Wrocław, do którego pozostał już tylko miesiąc. A skoro już zacząłem dziękować – słowa wdzięczności należą się firmie Motostyl, która odwaliła kawał dobrej roboty, perfekcyjnie przygotowując nasze Grizzly do walki. Wsparciem służyli nam również m.in. Andrzej Gawroński z firmy Lucky Star oraz Tomek Kasprzak, który pożyczył nam swoje ostatnie opony. Specjalnie ekspresowo na „Chorwację” przygotowano nam również metromierze Explony, które wyśmienicie się sprawdziły i ani razu nas nie zawiodły. Chciałbym również podziękować „Markusowi” , z którym niedługo przed Croatią Trophy razem startowałem w rajdzie. Tych dwadzieścia kilka godzin wspólnie spędzonych w błocie i chłodzie było doskonałym treningiem przed występem na Chorwacji. The last but not the least – ogromne wyrazy uznania dla mojego partnera – Krzyśka Kretkiewicza, który udowodnił, że jest doskonałym off-roaderem, a jednocześnie okazał się świetnym kumplem. Pozostaję również pod wielkim wrażeniem poziomu naszych najlepszych załóg samochodowych: Darek z Szymkiem już w zeszłym roku pokazali najwyższą klasę, spokojnie, bez napinania pokonując rywali z całej Europy. Teraz podziwiałem „dynamicznego” Zibiego – to też kierowca wielkiego formatu. To dlatego oni nas się tak boją w tej Europie...

Zobacz galerię