ATV Polska
A A A

Croatia Trophy 2005

Jacek Bujański "Off Road Pl" 24.02.2006
Ponad rok temu, wertując off-roadowe strony internetowe, ze zdziwieniem dopatrzyłem się, że do startu w słynnym rajdzie samochodów terenowych Croatia Trophy 2004 zostały dopuszczone także quady.
Tego typu łączenie pojazdów o mocno odmiennych cechach terenowych wydawało się zawsze ryzykowne jak próba łączenia dwóch różnych żywiołów.
Jednak oglądając relacje z udziału naszych samochodów w poprzednich latach wzrastał mój apetyt na spróbowanie sił w zmaganiach z chorwacka naturą i legendą imprezy sięgającą lat 90-tych zwanej wtedy Transylvania Trophy.


Późne planowanie
Plan startu zawisł na włosku kiedy pod koniec września w czasie jazdy pokazowej przesadziłem z jazdą na ograniczonej ilości kół tak skutecznie, że zakończyłem na stole operacyjnym w szpitalu na Szaserów ze złamanym obojczykiem. Jednak szczęście nie opuściło mnie całkiem, bo trafiłem (nie pierwszy już raz) na dyżur dr. Piekarczyka.
Kolejne dwa miesiące spędzone w gipsowej kokilce z parą wystających z ramienia drutów, pilnujących prawidłowego zrastania, dołożyły mi jeszcze 10 kilo nadwagi.
Jednak co doktor to doktor - bezbłędnie naprawił kościec, chyba nawet poprawiając naturę i pozostało się zrehabilitować.
Z tym jednak nie było lekko i dopiero lutowy pobyt w sanatorium w Gołdapi z okładami borowiny i tysiącami ćwiczeń przywrócił sprawność ręki, ale za to w 100%.
W zimowe wieczory obserwując poprawę działania rehabilitowanej ręki powróciły marzenia o starcie w Croatii i trzeba trafu, że odwiedzający mnie Paweł (Ratyś) podchwycił ten zamiar. Graniczyło to trochę z absurdem skoro do rozpoczęcia imprezy pozostawało niewiele ponad dwa miesiące. Nastąpiła ożywiona korespondencja z organizatorami i decyzja o zakupie dwóch jednakowych quadów. Wybór padł na Suzuki King Quad 700.
W tym czasie dotarła do nas wiadomość, że będzie nam raźniej, bo do startu szykuje się zespół Mariusz Kulak / Jarek Witas.

Przygotowania
Do pracy przystąpił Janek zwany przez nas „żelaznym” modyfikując bagażniki, montując uchwyty do szekli, koło zapasowe i wzmacniając co się uda w tak krótkim czasie.
Pojazdy w ekspresowym tempie uzyskały wyposażenie drogowe, wyciągarki Warn 3000 Cdi i opony z homologacją drogową Kenda K299 Bear Claw.
Tak naprawdę były gotowe na 15 minut przed wyznaczonym wyjazdem.

Kierunek Chorwacja
Po przebyciu 1100 km docieramy przez Słowację i Węgry w okolice Karlowaca.
Na polu namiotowym pod tym co zostało z wieży telewizyjnej rozkładamy się jako ostatnia ekipa quadów. Jarek i Mariusz zdążyli się przez dwa dni zaaklimatyzować w obozowisku i poznać organizatorów, my robimy to w pośpiechu dzień przed startem.
Okazuje się, że naszymi rywalami będą dwa zespoły niemieckie, które startowały rok temu i już przy zapoznaniu ich zawodnicy dali nam do zrozumienia, że w zeszłym roku byli zdobywać doświadczenie, a teraz interesuje ich wygrana.
Z marszu przystępujemy więc do prologu wyznaczonego w wyrobisku starej kopalni piasku. Nasza ostrożna jazda na pochyłym zjeździe nie jest zbyt widowiskowa, ale dopiero teraz mamy okazję sprawdzać wyposażenie pojazdu i wolimy więc nie ryzykować.
Do wieczora oglądamy samochody próbujące wyciągać się nawet za resztki krzaków z wrednego bagniska na polanie i zadajemy sobie pytanie, jak będzie jutro na trasie prawdziwego odcinka.

Etap 1
Start do pierwszego etapu odbywa się wg ustalonego porządku, najpierw quady w kolejności wyników dnia poprzedniego i po pół godzinie ruszają do boju samochody goniąc nas zaciekle.
Po kilometrze od startu wpadamy w bagno i tam pierwsze wtopienia. Walczymy z Niemcami o lepsze drzewko na końcu bagna, a Jarek z Mariuszem sprytnie boczkiem-boczkiem i znikają nam za horyzontem. My siedzimy po pas i do tego wkurzyliśmy Niemców, bo nawijam linę od ich wyciągarki na tylne koło. Jakoś się wyplataliśmy, „very sorry” i nawet szybciej od nich udało się dopaść do końca kilometrowego bagniska. Teraz dopiero zaczynam łapać, co znaczą rysunki w roadbooku, ale dokładność tam opisana nie jest niestety pokazywana na naszych licznikach. Błądzimy szukając drogi i tylko chwilami udaje się namierzyć ślady Jarka i Mariusza. Nerwówka trochę przeszkadza, ale trzeba się szybko uczyć na własnych błędach. Po jakimś czasie widzimy, że chłopaki chyba się zgubili, a na dodatek ich ślady prowadziły wprost do wąwozu niebotycznego jak kanion Colorado, tam pojechali i zniknęli. Krążymy i zawracamy zdezorientowani, gdy doganiają nas ubłoceni Niemcy. Razem próbujemy doszukać się znaczka na drzewie. Każdy łypie spod kasku jak tu wykiwać drugiego, ale Niemcy nerwowo nie wytrzymali i pognali w drugą stronę niż my pokazujemy.
W końcu połapuję się w przecinkach i drogach, powolutku brniemy po trawersie, bo daleko na drzewie Paweł coś wypatrzył. I jessssst, właściwa droga - no to jazda, szukać torów kolejowych. Wreszcie wypadamy z lasu ledwo wyhamowując przed nasypem. I cooooo dalej jest pokazane?! wjechać na tory i 5,54 km pozostać na torach. Dobrze, że w naszych KQ są zawieszenia niezależne, co daje duży prześwit i możemy poruszać się okrakiem nad szyną, ale taka jazda powoduje wypadanie szczęki z zawiasów, a na dodatek co kawałek są krzaki i drzewa i trzeba je łamać zderzakiem albo omijać. Katorga niezła i na dodatek gubimy 3 szekle, które się odkręcają od drgań. Odcinek trwa całe wieki, aż na polu chłop przerażony naszym pojawieniem się melduje, że rozjazd jest za pół kilometra i faktycznie stoi tam ambulans i doktory obserwują nasze próby wężykowania celem pokonania zwrotnic. Ufffff, wreszcie równa droga, pieczątka CP (Control Point) i dalej, w drogę. Teraz trochę polnych dróg i możemy trochę dać gazu naszym rumakom. Po następnych 5 km dopada nas przed mostkiem pierwszy samochód - Gelenda z pilotką Niemką, cały czas wrzeszczącą na kierowcę. Próbujemy się trzymać za nimi, ale widać ich klasę, doginają po dziurach jak crossówka, a na dodatek zgubiłem w bagnie gogle i w kurzu jadę prawie na ślepca. Z opisu wynika, że już za chwilę meta i wpadamy tuż za samochodem na camping, ale zawracają nas, że nie z tej strony. Wracamy do podnóża góry i faktycznie jest równoległa dróżka, tyle że dla kozic, a nie dla nas.
Samochód wspina się mozolnie, a ja puszczam Pawła przodem, bo ledwo co widzę. Nagle przed samym quadem Pawła spod kół samochodu wyskakują korzenie i kamienie tarasując drogę i quad wykonuje salto lądując na kierownicy.
Jakoś udaje się postawić pojazd na koła, ale z tyłu tuż na nami wspina się kolejny samochód Simon „van coś tam”, goniący Niemkę. Czeka na przejazd, a drogi jest jakieś 1,5 m i z lewej przepaść i jak na złość, quad Ratysia nie odpala.
Próbuję go ciągnąć, ale podjazd stromy i po kamieniach, nawet na blokadach nie daje rady. Wołamy do Holendra, żeby pchał quada, ale pilot robi minę, jakby miał nas na barana zanieść do mety.
Kierowca jednak uśmiecha się szeroko i wbija zderzak w nasze koło zapasowe zamontowane na tylnym bagażniku i jak kolejka wąskotorowa wspinamy się na samą górę. Potem odblokowujemy przejazd i już jesteśmy na mecie zaraz za drugim samochodem. Nie jest źle - 1 etap zaliczony.
W campie okazuje się, że mam do wymiany osłonę przegubu podziurawioną patykami na torach, a drugi pojazd przy próbie holowania przez szarpanie w wąwozie ma wyrwane mocowanie wyciągarki. Do wieczora uporam się z tymi naprawami i jest okazja trochę pogadać z sąsiadami, bo to właśnie oni nas wypchali z opresji.
Przy dźwięku generatorów produkujących deficytowy w tej okolicy prąd mamy okazję popatrzeć na pracę serwisu samochodowego i trzeba przyznać, że są dobrze wyposażeni. Mechanicy pracują bez pośpiechu systematycznie usuwając awarie.
Zasypiając zastanawiamy się, co nam organizator przygotował na Trophy Day, czyli nadchodzi niedziela.

Etap 2 (Trophy Day)
Na briefingu po obowiązkowej jajecznicy podają, że połączone zostają zespoły w narodowe, czyli my razem z Mariuszem i Jarkiem stanowimy jedną ekipę, a Niemcy jadą razem.
Wjazd do wąwozu okazuje się dla nas bardzo pechowy, bo jadąc pierwsi musimy torować drogę wśród połamanych drzew i tu mamy pierwsze poważne kłopoty techniczne. Nie wytrzymały drążki kierownicze: i w moim, i w Pawła quadzie koła się rozjechały. Ja prostuję drążek, ale w drugim urwana końcówka. Próbujemy ciągnąć go tyłem, ale nie jest to łatwe, bo trasa skręca i pnie się stromo w górę. Z niepokojem patrzymy, jak Niemcy omijają nas i znikają z drugiej strony góry. Jakoś dociągnęliśmy się do drogi i tam próbujemy naprawiać quada, montując zapasowy drążek, ale to trwa około godzinę.
Okazuje się jednak, że Niemcom padł Bombardier i pozwolono go zastawić, a dalej jechać na trzech quadach. Nie połapaliśmy się w porę w nowych ustaleniach i zamiast gnać dalej na 3 quadach naprawialiśmy pojazd, a w ten sposób nasza strata na tej próbie wynosiła 1,5 godziny.
Później już tak tragicznie nie było, bo w budowie mostu linowego przy pomocy wyciągarek mieliśmy tylko 1 minutę straty do rywali, a na zjeździe trochę więcej, bo źle obliczyliśmy długość liny i quad zawisł na zjeździe, i nijak go było odpiąć, ale na ostatniej szybkiej jak w enduro próbie jechaliśmy jak szaleni o 30% czasu krócej niż Niemcy.
Jednak po podliczeniu wyników z Trophy Day niemieckie zespoły odrobiły połowę straty i niebezpiecznie zbliżyły się do nas.

Po trudach Trophy Day, kiedy my i nasze quady niemiłosiernie dostaliśmy w kość, wydawało się, że nic gorszego spotkać nas nie powinno. Kilka dni spędzonych razem dawało nadzieję, że dotarliśmy się jako zespół i teraz spokojnie zajmiemy się utrzymaniem pozycji lidera w klasyfikacji ATV.

Jednak szybko musieliśmy zweryfikować nasze plany spokojnej jazdy. Zaraz po starcie do trzeciego etapu umieszczony był w lesie kolejny punkt prasowy, co sugerowało ciekawy (dla nas trudny) odcinek trasy. Był to zjazd pomiędzy drzewami po bardzo stromym zboczu, jednak to, co stanowiło zagrożenie, to śliskie liście pokrywające wszystko wokoło. Zjeżdżając obejrzałem się na Pawła i machnąłem do niego, aby poczekał aż dotrę do końca zjazdu, jednak on nie zauważył mojego ostrzeżenia. Kiedy odwróciłem się drugi raz, aż mnie zmroziło. KingQuad akurat robił pierwszego fikołka wbijając kierownicą Pawła w zbocze, następnie zawył silnikiem i ruszył w kierunku kibiców. Zanim się zorientowałem, turlał się wykonując siedem obrotów i gubiąc wokoło elementy osłon i lamp wypadł z lasu stając do góry kołami i rozganiając dziennikarzy, gdzie pieprz rośnie. Kilka osób pomogło postawić na kołach to coś, co było przed chwilą piękną maszyną. Kierownica pogięta, zegary zgniecione, wybity reflektor, wyrwane uchwyty bagażnika przedniego, chłodnica wbita w ramę - te „obrażenia” wskazywały, że dla nas już koniec jazdy. Jednak nie poddamy się tak łatwo, szybka ocena uszkodzeń i podejmujemy decyzję naprawy na miejscu. Pojazd przywiązujemy tyłem do drzewa i wyciągarką „zdrowego” KingQuada wyciągamy kolejne pogięte elementy i wyrywamy resztki osłon. To, co dynda naderwane i przeszkadza, mocuję gumami i paskami. Jeszcze kilka szarpnięć i powraca możliwość sterowania zakleszczoną dzwignią zmiany kierunku jazdy. Ruszamy z polany, ale po kilkunastu metrach zgina się zmęczony poprzedniego dnia drążek kierowniczy.

Ostatecznie jednak ruszamy na trasę zaledwie kilkanaście minut po tym, jak z polany odjechały pozostałe zespoły quadów. W połowie trasy doganiamy zespół Mariusza i Jarka na stromym podjeździe i nawet sprawnie bokiem omijamy kolumnę pojazdów na wyciągarkach.
Jednak pech tego dnia nas nie opuszcza i po drugiej stronie tej samej góry drewniany kołek wyrywa końcówkę drążka kierowniczego i znów muszę podwiesić quada na drzewie i wymieniać uszkodzoną część, ale udaje się to mimo leśnych warunków.

Dalej pozostaje nam pokonanie kamienistego podjazdu przypominającego bardziej rock crawling niż rajd przeprawowy i ledwo żywi docieramy do mety. Quad „Ratysia” przypomina wojenny wrak z pustyni w Iraku i trochę bez wiary zabieram się do jego reanimacji. Zajmuje to kilka godzin, a przy okazji wymontowuję z naszych piast przednich tuleje dystansowe, gdyż to właśnie one były przyczyną problemów z drążkami kierowniczymi. Do rana pojazdy gotowe są do najdłuższego etapu w tym rajdzie, przed nami 90 km.

Maraton i kłopoty Rincona
Trasa trochę łatwiejsza, ale wyczerpująca i po drodze jak zwykle zrobił nam niespodziankę organizator i musieliśmy wspiąć się przez środek kamieniołomu, ale po tych kilku poprzednich dniach nic nas nie mogło zaskoczyć.
Meta etapu była już w innym miejscu i z przeniesioną pospiesznie bazą znaleźliśmy się w pobliżu granicy z Bośnią i Hercegowiną. Obozujemy na szczycie góry, a wokół nas samochody kempingowe i serwisowe ciężarówki. Wokoło opuszczone wsie stanowią nieme świadectwo koszmaru niedawnej wojny.

Etap 5. zaczyna się od wjazdu całej kolumny pojazdów do wąwozu zawalonego drzewami. Każdy próbuje wydostać się po stromych ścianach i nam udaje się to na tyle sprawnie, że po krótkiej wspinaczce zostawiamy samochody daleko w tyle. Stopień trudności tego dnia jest tak wysoki, że jedyny raz w tym rajdzie organizator wskazuje nam inną drogę niż dla samochodów, każąc omijać pionowy zjazd i wyjazd z wąwozu.
Docieramy do mety, jednak nasz drugi zespół zostaje na trasie. Jak się okazuje, silnik Jarkowego Rincona nabity został na pal jak Azja i już dalej nie mógł pojechać.
Goniący nas zaciekle niemiecki zespół traci do nas dystans, ale pozostały jeszcze dwa etapy i psuje się pogoda. Dzienny etap staramy się jechać ostrożnie i udaje się dojechać bez żadnych problemów technicznych. Wieczorem staramy się odpocząć, ale trudno jest zasnąć w huku agregatów prądotwórczych i pracy kluczy pneumatycznych wokoło.

Jazda po omacku
Nocny start o 23.30 w całkowitych ciemnościach to niesamowite przeżycie. Pod linię wysokiego napięcia docieramy razem z Niemcami. Tam w wąwozie dajemy pokaz wytrenowanej wcześniej techniki opuszczając szybko quady na bloczku zamocowanym do drzewa i dalej samotnie przedzieramy się przez lasy w całkowitych ciemnościach. Potem jednak mamy spore problemy z odnalezieniem drogi na polanie, ale jak się okazuje nie jest to łatwe, bo kilka samochodów krąży wokół bezradnie. W końcu ktoś trafia na ledwo widoczną wąską przecinkę i kolumna rusza w las. Padający deszcz, koleiny, błoto i zimno towarzyszą nam do 4.45 rano, kiedy wpadamy na metę za 5. samochodem. W nagrodę kawa i gratulacje od wszystkich obecnych. Jeszcze w to nie wierzymy, ale jesteśmy jedynym zespołem quadów, który przejechał całą trasę rajdu. Niemcy wyczerpani walką z błotem nie dali rady i dojechali asfaltem dostając taryfę.
Potem jeszcze twardy sen na podłodze w hotelu i wieczorna uroczystość, na której odbieramy puchar i dwie wyciągarki Ramsey.
Croatia Trophy zdobyte przez polski zespół, hurrrra!
Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do naszego sukcesu.