ATV Polska
A A A

Croatia Trophy 2006 - relacja ze zmagań w jednej z najcięższych imprez przeprawowych w Europie

Krzysztof Wronowski - 2can 09.05.2006
Po blisko dwóch miesiącach przygotowań, testów i wielu godzinach spędzonych w garażu sprzęt jest gotów stanąć do walki w jednej z najcięższych imprez przeprawowych.
Ostatecznie zmodyfikowałem wszystkie elementy, które są bolączką Bruta: układ kierowniczy, układ przeniesienia napędu, wzmocniłem ramę, zamontowałem snorkle...


Środa 26 04 2006
Dzień pierwszy wielkiej przygody, której na imię Croatia Trophy 2006. Po blisko dwóch miesiącach przygotowań, testów i wielu godzinach spędzonych w garażu sprzęt jest gotów stanąć do walki w jednej z najcięższych imprez przeprawowych.
Ostatecznie zmodyfikowałem wszystkie elementy, które są bolączką Bruta: układ kierowniczy, układ przeniesienia napędu, wzmocniłem ramę, zamontowałem snorkle.

Wczesnym popołudniem wyjechałem z Płocka, z quadem załadowanym na firmowego busa Team MSG Extream. U Jacka byłem około 16:00. Jego maszyna jeszcze stała na podnośniku. Końcówka przygotowań - montaż Explony, czyli urządzenia zliczającego przebyty dystans, road booka elektrycznie przewijanego, tylna wyciągarka - pełna profeska.

Jazda po naszych polskich drogach, jak wiadomo, nie jest przyjemnością. Dopiero o 1:00 dotarliśmy na granicę, gdzie czekał nas przymusowy postój ponieważ nasz reporter, Arek Kwiecień nie dotarł na czas. Pisząc te słowa z nadzieją wyglądam na nadjeżdżające samochody, bo najgorsza jest bezczynność. Jacek "leczy oko" odrobiną snu.
Paweł z Wojtkiem postanowili jechać powoli w stronę Bratysławy. Oni jadą wolniej ze względu na ciężką podwójną przyczepę ciągniętą przez osobowe VOLVO.

Czwartek 27 04 2006
Do Camp Vojnic dotarliśmy około godziny 14. Kemping jest w górach, na wysokości około 700 m. n. p. m. Po drodze mijaliśmy opustoszałe domostwa i ostrzelane budynki. Robią straszne wrażenie, mimo że od wojny minęło kilka lat. Tereny do jeżdżenia wspaniałe. Pada deszcz i niestety ma padać. Z rozmów wynika, że będzie masakra na trasie, no cóż w terenie im gorzej - tym lepiej. W bazie rozstawiamy namioty, park maszyn wygląda bardzo bogato. Na miejscu są już quadowcy z Węgier i Szwajcarii oraz z Chorwacji. Szwajcarzy wyglądają na zawodowców, mają nawet trapy przypięte i szpulę z liną, nie mówiąc o zwijanych roadbookach i metromierzach rodem z Dakaru.
Trwają ostatnie przygotowania sprzętów przed odbiorem technicznym. Jacek uzbraja szekle i zawiesza, ja próbuję podłączyć licznik, by mieć podgląd na stan paliwa i przebytą odległość.
Brakuje mi gdzieś plusa lub masy, bo długi czas jeździłem bez licznika i we wtyczce zalągł się brud. Przekładam komputery, by wyeliminować to co może nie działać. No i powstaje problem - w obydwóch Kawach zapala się tryb awaryjny, którego nie można skasować! Nerwówka, wizja tego że nie pojedziemy w rajdzie, makabra. Jacek gorączkowo przepina wtyczki kasując Check Belt,. Jak by mógł by mnie pogryzł ze złości. Załamka, idę do lasu pomyśleć - nie daje się skasować tryb awaryjny, lipa ze startu... Dzwonię do Artura, do znajomego serwisanta, panika. W końcu przypominam sobie, że należy przecież odpiąć jeszcze kostkę od czujnika w skrzyni pasowej. TAK, honor uratowany, sprzęty działają, ufff a już myślałem iść rzucić się z pobliskiej skały...

Na campie jest totalny survival - brak wody i prądu, w dodatku leje deszcz. Piszę te słowa o 3:00 nad ranem. Deszcz tak napitala, że przesiąka namiot, wszystko wokół jest jakby liźnięte językiem olbrzymiej ropuchy ...brrr. Myślę przenieść się do szoferki busa, przynajmniej nie leci na głowę. W końcu zmęczony kładę się spać, towarzyszą mi egipskie ciemności i żałosny głos puszczyka gdzieś w górach.

Piątek 28 04 2006 Prolog
8:00 rano, dalej leje, idzie zwariować. Prognozy nie są optymistyczne, ma lać bez przerwy cały tydzień! Jak tu się ubrać, gdy trzeba zdjąć mokre ciuchy by założyć drugie mokre?! Wilgotność 100%, nic nie schnie.
Dziś o 10:00 w miejscowości Vojnic startuje Croatia Trophy 2006, prolog ma być krótki, prawdziwe ściganie dopiero jutro.

Jesteśmy po prologu, który rozpoczął się powitaniem w szkole w Vojnicu. Dzieciarnia na początku powitała nas okrzykami radości, następnie dała pokaz taneczno wokalny - rzecz interesująca ze względu na ciekawy miejscowy folklor. Po pokazie zaproszono nas do rampy zbudowanej z bali, na której efektownym „wykrzyżem” prezentować się miały pojazdy. Rozpoczął Mariusz Kulak. Z łatwością przemknął po przeszkodzie, za nim pojechały jeszcze dwie terenówki. Trzeci z kolei samochód zmielił rampę na wiór i tyle było z popisów.
Nawigując na road book trafiliśmy na olbrzymią łąkę malowniczo przeciętą szerokim na kilkadziesiąt kroków błotnistym jarem. Konkurencja polegała na trzykrotnym przejechaniu tego jaru w poprzek i zbieraniu pieczątek po drodze. Zaskoczeniem dla wszystkich była forma startu. Ustawiono w jednym rzędzie około pięćdziesięciu samochodów, kilkanaście quadów i puszczono wszystkich na raz, na tak zwany „hura żywioł”. Tyle pojazdów pędzących na łeb na szyję nie wróży nic dobrego… Zachowawczo puściliśmy samochody przodem, by nie zostać stratowanym. Pierwszy stromy zjazd - łatwizna, na dole bagienko gliniasto piaskowe – „pikuś”. Problem zaczął się przy wjeździe na stromy błotnisty podjazd. Szwajcarzy zablokowali Jacka, zostawili jednak lukę z prawej strony do wlotu wąwozu, który pozytywnie rokował na okoliczność podjazdu. Jacek wrzeszczy: jedź!
Zapiąłem napędy, reduktor i ogień, pierwszą stromiznę pokonałem bez trudu, następnie trawers z przegięciem na prawą stronę. Aptekarsko dawkując gaz wydostałem się z opresji. Na górze odwracam się, bo nie widzę Jacka. Szwajcarzy nas mijają, zostawiam quada i pędem wracam przez stok - Jacka przygniotło, quad przewrócił się na bok i leży. Dobiegłem, postawiliśmy bydlaka na koła i pędem do pieczątki. Następne dwa podjazdy poszły gładko, meldujemy się na mecie przed wszystkimi. Organizator nie dowierza. Każe sprawdzić czy mamy wszystkie pieczątki. Jesteśmy pierwsi, wyprzedziliśmy wszystkie quady i samochody. Po nas Węgrzy, Szwajcarzy, Paweł z Wojtkiem na czwartej pozycji. Wojtek złamał na prologu kierownicę, ale dojechał do mety.
Pogoda się zawzięła i leje nieprzerwanym cięgiem. Dokoła mokro i grząsko. Strach pomyśleć, co będzie dalej. A jutro bardzo ciężki etap. Na cały dzień przewidziano tylko 25 kilometrów, co starzy wyjadacze przyjęli z chłodnym entuzjazmem. Na wieczornej odprawie dostaliśmy roadbooki. Na początku czeka nas stromy zjazd, później kilka trawersów, dwa „łincze” i kilka kilometrów strumieni i bagien, a na koniec powrót do campu drogami zrębowymi. Masakra. Przy tych opadach z bagna zrobiło się jezioro, a ze strumieni rzeki.
Jest godzina 0:15 kładę się spać, jutro o godzinie 9:00 startujemy z Poll Position.

Sobota 29 04 2006 Stage I
Pełne spięcie. Startujemy jako pierwsi, ze względu na wywalczony najlepszy czas na prologu. Na starcie jesteśmy o 9.00. Od razu za linią startu znajduje się stromy zjazd w dół zrębową drogą, później podążamy strumieniem, który rozlewa się szeroką ławą na łąki tworząc podmokłe bagno o długości 1600 metrów.
Na początku mamy problemy z nawigacją. Jacek nie może przyzwyczaić się do przewijanego dakarowego roadbooka i po chwili dochodzą nas Szwajcarzy. Nawiązuje się bezpośrednia walka, nie wróży to nic dobrego. Każdy zaczyna gonić, efektem czego są generowane błędy. Za chwilę już trzy teamy jadą razem, to Ratyś z Wojtkiem nas dogonili skracając sobie troszkę drogę. Gonitwa skutkuje urwanym kołem, na szczęście nie u nas tylko u Szwajcarów. Już spokojniej w dwa teamy jedziemy dalej. Po kilku kilometrach napotykamy mega stromy zjazd, jesteśmy na to przygotowani. W ruch idą alpinistyczne uprzęże i liny, po chwili jesteśmy na dole, później dwa lincze do góry i jedziemy dalej. Jest ciężko, ale przez to radocha z jazdy jest olbrzymia. Kilkaset metrów biegu po zboczu z liną przyprawia nas o zadyszkę. Jest parno, leje deszcz, który jest w tym momencie dla mnie błogosławieństwem, bo chłodzi i przyjemnie spływa zimną strugą za kołnierz. Zresztą po kilku dniach jazdy w deszczu można się przyzwyczaić do bycia mokrym. Efektem ubocznym mogą być jednak pojawiające się błony między palcami :)
Klika kilometrów stromych dróg zrębowych to sama przyjemność. Koleiny są takie, że wpada w nie pół quada. Glina ma konsystencję to masła to smaru, a i śliskość podobną. Roadbook prowadzi nas do głębokiego jaru, gdzie co krok leżą zwalone drzewa i kłody nie do objechania. Teraz żałuję, że nie wziąłem Stihla, mamy tylko maczetę i dzięki niej udaje nam się przejechać te kilkaset metrów. Jesteśmy daleko przed wszystkimi jednak gubimy drogę, książka wyraźnie każe jechać 1300 metrów strumieniem, tylko nie ma możliwości, poza tym nikt nigdy tam nie jechał. Robimy kilka kółek, wracamy do miejsca gdzie zgubiliśmy drogę. Nie ma innej możliwości, musimy jechać wąwozem. Koszmar, nie jechałem tak ciężkim terenem. Gdyby nie osłony Rickosheta w życiu byśmy nie ukończyli tego odcinka. Ostatnie kilometry to była droga przez mękę, jazda do bólu i pierwszej krwi. W końcu dojeżdżamy do mety jest 14:00. Witają nas brawami, jesteśmy pierwsi wśród quadów i przed nami dojechał tylko jeden samochód. Kurcze, gdybyśmy tak nie błądzili godzinę .... Wkrótce po nas przyjeżdżają nasi - Wojtek z Pawłem. Długo później czekamy by ktoś nadjechał, o 19.00 na kolacji nie ma połowy załóg. Ostatni dojeżdżają koło 23:00, a odcinek miał 25 km. Strat w naszych Kawach nie ma, jedynie plastiki miejscami trzeba podrychtować, u Jacka manszeta się troszkę zrolowała. Generalnie przegląd zajmuje nam kilkanaście minut - tankowanie, sprawdzenie ciśnienia, oleju i sprzęty gotowe do następnego odcinka. Troszkę dłużej schodzi chłopakom, muszą wyciągnąć Warna, bo coś szwankuje. Po 18:00 pojawia się Mariusz z Jarkiem na Rhino, prawdziwi pechowcy - 7 razy reperowali koła, w końcu mieli tak dosyć, że zadzwonili po swój wóz serwisowy, który dowiózł im drugi komplet. Niestety jest to zabronione - kara jest sroga, startują z ostatniej pozycji i mają doliczoną godzinę kary, a byli 5 załogą, która dojechała do mety. Wielka szkoda.
Jutro ma być jeszcze ciężej, organizatorzy powiedzieli, że mogą skrócić odcinek 23 kilometrowy ze względu na stopień trudności. Po kilkunastu samochodach odcinki stają się po prostu nieprzejezdne.

Niedziela 30 04 2006 Stage II
Po zliczeniu czasu okazuje się, że mamy dwie minuty straty do Pawła i Wojtka. Resztę stawki odsadziliśmy ponad dwie godziny. Startujemy dwie minuty po chłopakach. Dzisiejszy odcinek ma również koło 30 km z dojazdówkami, nadal leje. Przeglądając roadbook straciliśmy nadzieję na łatwy odcinek, teraz to się potwierdza. Po starcie szybko doganiamy Pawła z Wojtkiem, dzisiaj jazda jest już inna, szybciej się przemieszczamy, nawigacja sprawia mniej problemów. Drogi zrębowe oznaczone jako VLAKA są wszystkie jednakowe, opisy w rodbooku mało dokładne, częściej używamy intuicji niż EXPLONY- połączonego z satelitą metromierza do nawigacji. Trasa była projektowana i oznaczona jesienią, kiedy było sucho i przejezdnie, obecnie przejazd niektórymi odcinkami graniczy z cudem. Wypatrujemy na drzewach niebieskich znaczków. Kto u licha wymyślił taki kolor oznakowania w ciemnym lesie? Przypominają mi się nasze Polskie rajdy, gdzie ludzie narzekają na oznakowanie :). Powinni tu przyjechać, by zobaczyć jak organizatorzy Croatia Trophy mają to głęboko w poważaniu.
Follow the creek - już nie dajemy się nabrać jak pierwszego dnia kiedy darliśmy nurtem strumienia przecząc prawom fizyki, tym razem jedziemy to prawą to lewą stroną. Do tego strumienia jakiś szalony drwal zwalił setki drzew - jak tym jechać? Kilometr strumieniem, dalej ściana pod kątem ponad 60 stopni o długości 85 metrów, ładny pion - trzy przepinania. Podchodzę do ściany. „Lina!” - krzyczę do Jacka, "Tędy się nie da" – odpowiada. "Podpinaj na moją odpowiedzialność" – odkrzykuję. Podpiął i już jadę pod górę, za mną z boku podpiął się samochód - to Darek Luberda Jeepem z mechaniczną wyciągarką. Trzeba to zobaczyć, 85 metrowy podjazd "zrobiony" w pięć minut z rozwinięciem liny i wdrapaniem się na zbocze! Nam ten sam podjazd zajmuje ponad 45 minut!
Kilka kilometrów dalej doganiamy znajomego czerwonego Wranglera i dalej jedziemy razem wspomagając się wzajemnie w obliczeniach.
Kilka strumieni, parę stromych podjazdów, przejazd drogą szutrową i spotykamy naszego rajdowego Unimoga. "Cards" - spoglądamy na siebie… „Cholera znów coś pogubiliśmy, przecież meta dopiero po stromych podjazdach po kamieniach jak telewizory i to nie byle jakie bo 60" :) Nie chcemy oddać kart. "Finish" - krzyczy do nas organizator. Dopiero dociera do nas, że odcinek jest skrócony, zbyt duże ryzyko na śliskich skałach. Znowu meldujemy się pierwsi, po nas przyjeżdża Jeep, wracamy do bazy. Jesteśmy kompletnie przemoczeni. Na szczęście w bazie Jarzyna pomyślał i rozpalił ognisko. Wyglądamy jak osadnicy paląc resztki mebli ze zdemolowanego przez wojnę centrum telewizyjnego, ciuchy wędzą się tuż nad ogniem, smród straszny. Wieczorem zaprosili nas kierowcy samochodów, mają powody do zadowolenia - Darek Luberda jest pierwszy w klasyfikacji i z dnia na dzień powiększa przewagę nad ubiegłorocznym zwycięzcą Holendrem Simonem z Elephant Team. Integracja połączona z degustacją tutejszego specyfiku o nazwie Rakija przeciąga się do późnych godzin wieczornych, a może już wczesnych rannych?

Poniedzałek 01 05 2006 rok Stage III Trophy Day
1 maj - święto pracy - pewnie dla tego jedziemy dziś dwa odcinki :) Start dwa kilometry od bazy, mamy pool position, znowu nawigujemy tylko na road book, jednak łatwiej jest jechać po śladach. Po chwili motamy zakręty i nie wiemy gdzie jechać. Wracamy kilka kilometrów, by sprawdzić gdzie jesteśmy i zacząć nawigować poprawnie. W tym czasie wyprzedzają nas Szwajcarzy, którzy są świetnymi nawigatorami. Nawigacja na road book wymaga olbrzymiego skupienia i uwagi, bo mamy podany tylko kierunek, w który należy jechać i odległość do następnego charakterystycznego miejsca. Jak zgubimy jedno rozwidlenie, jest po ptokach :) Nie wiadomo dalej co robić. Wreszcie Jacek łapie dobry kierunek, a poza tym mamy ślady Szwajcarów. Jedziemy szybko by odrobić straty. Nie ma czasu na fotki, szkoda bo tereny są przepiękne. Nie da się tego opisać, potęga gór i dzikiej przyrody poraża. Podjazdy, trawersy, strumienie, strome zjazdy offroad w czystej nieskażonej postaci. Dochodzę do wniosku, że chyba nie będzie mi się chciało jeździć na rajdy w Polsce, niepotrzebnie pojechałem do Chorwacji, teraz rozumiem to o czym pisał Mariusz Kulak. Tu jest siedem dni ostrego wyczerpujących zmagań, ale pamięta się o nich cały rok i marzy by znowu tu przyjechać. Docieramy na metę OSu pięć minut po Szwajcarach, ale jesteśmy spokojni - oni mają dwie godziny straty do nas. Po dwudziestu minutach pojawia się Paweł z Wojtkiem, kiepsko dzisiaj im idzie, wczoraj na ścianie podczas winchowania uderzył się liną w oko, nie może go otworzyć, ma spuchnięte i zaplastrowane.
Trophy Day - grupują nas po trzy teamy, jest to dzień integracji, dzień dla prasy i kibiców. Dojeżdżamy do olbrzymiej łąki przeciętej rozległym rzlebem w którym płynie strumień. Tu czekają nas trzy zadania do wykonania na czas. Pierwsze to podjazd do liny z partnerem na quadzie, pasażer na uprzęży przypina się na stalową linę i zjeżdża w dół kilkadziesiąt metrów. Następna konkurencja to przejazd na dwóch kołach odcinka 20 metrowego na czas, samochody mają problem bo za pomocą wyciągarki kładą pojazd na bok i podtrzymując go turlają się powoli. Popis daje Jacek przejeżdżając bez niczyjej pomocy na dwóch kołach wymagany dystans. Trzecią konkurencją jest pionowy podjazd, na który samochody z trudem się winchują nie mając punktu zaczepienia, my wjeżdżamy bez trudu ku uciesze kibiców.
Jesteśmy wyczerpani, a jeszcze pozostaje dojazd do campu około 20 kilometrów. W obozie przebieram się i padam ze zmęczenia, nie mam siły zadzwonić, z trudem wysyłam esemesa do rodziny i Piotra, że żyjemy i jedziemy dalej. Śpię 12 godzin, jutro przenosimy obóz w inne miejsce, będzie co robić.

Wtorek 02 05 2006 Stage IV
Pobudka 7:00, niesamowite jest to, że pierwszy dzień świeci słońce. Od razu chce się żyć, mimo że trzeba się pakować i przenosić, no i jechać najdłuższy bo z dojazdówkami ok 50 km odcinek.
Oglądamy z zainteresowaniem wyniki: mamy na razie najlepszy czas, drugie miejsce w klasyfikacji Paweł z Wojtkiem ze stratą 32 minut, trzeci są Szwajcarzy ze stratą ponad 2 godzin, reszta już się nie liczy, straty sięgają ponad ośmiu godzin.
Startujemy jako pierwsi, stromy zjazd do pięknego strumienia, kilometr trzysta do przodu, później w prawo w drogę zrębową. Dzisiejsza jazda to prawdziwa frajda: świeci słońce, jest ciepło, NIE PADA! Te piękne okoliczności przyrody źle podziałały na naszą EXPLONĘ - myli dystans i nie wiemy czy jechać dalej czy już skręcać. Dopadają nas Szwajcarzy i zanim zdążyliśmy wrócić już są przed nami. Jacek ze stoickim spokojem pozwala im jechać przodem - to oni muszą odrabiać straty, my tylko utrzymać zarobione z trudem minuty. Nerwowość źle wpływa na flegmatycznych z natury Szwajcarów i to oni dzisiaj gubią kilkukrotnie drogę. Nam idzie sprawnie i z łatwością znajdujemy PP. Z obawą przyjęliśmy wczoraj wiadomość, że mamy ponad 5 km błota do przejechania, niepotrzebnie się martwiliśmy, błoto zostało za nami nawet nie obejrzeliśmy się kiedy. Jazda terenami Croatii Trophy to prawdziwa przyjemność dla amatora offroadu, zwłaszcza jak pogoda jest piękna.
Góry nie są wysokie, przypominają nasze Bieszczady, tylko są wyższe i rozleglejsze. Gęsto poprzecinane strumykami i głębokimi jarami tworzą niesamowity labirynt, w którym z lubością chciało by się zagubić na długie godziny. Starodrzew liściasty naprzemian z iglastym gęsto porastają stoki. Prowadzona jest gospodarka leśna, co krok można napotkać jakiś zrąb i zwózkę drzew. Przyszło nam jechać taką drogą, gdzie koleiny mają metr wysokości i są wypełnione gliną - koszmar quad jedzie bokiem, trzeba go prowadzić i w dodatku miejscami wyciągać z błota. Jakby tego było mało Chorwaci mają taki zwyczaj że zabierają tylko pnie, reszta czyli gałęzie i igliwie zostaje na miejscu tworząc teren tak trudny do przejechania jak zasieki.
Na ostatnim kilometrze gubimy drogę, dojeżdża nas Darek Luberda, odtąd jedziemy razem, meldujemy się na mecie z kilkuminutową przewagą nad Szwajcarami i Pawłem Ratyńskim. Dzisiaj nocleg w nowym miejscu, powoli rozstawiamy obozowisko, jemy kolację. Dziś w Kawach nic nie trzeba robić, generalnie sprawiają mniej kłopotów niż się spodziewaliśmy, odpukać, jeszcze trzy OSy do przejechania.

Środa 03 05 2006 Stage V
Powoli się przyzwyczajam, wstaję jak do pracy 8:00, śniadanie, następnie przykra sprawa - ubieranie się w brudne ciuchy, i na koń! Startujemy dziś jako drudzy, 600 metrów prostej i zakręt w lewo jedziemy ze sto metrów, nie ma drogi szukamy, prawo lewo nie ma, nerwy nami targają, czas leci. Dojechała ekipa Pawła, wspólnie krążymy starając się zrozumieć, co miał na myśli twórca road booka. Wreszcie jest, zupełne wariactwo niezgodne z roadbookiem, ale jedziemy, znajdujemy niebieskie znaczki, staramy się nadrobić czas. Jacek gna na złamanie karku, takiej jazdy nie pamiętam na rajdzie. Kilkanaście kilometrów dalej dopędzamy Szwedów, odtąd jedziemy do mety jako pierwsza ekipa. Dzisiejsza nawigacja graniczy z cudem, rozległe łąki z rozlaną wodą z powodu powodzi zmuszają do dzikich manewrów, nie wiem jakim cudem odnajdujemy punkty na kilkuset hektarowych bagniskach. Jest 20 jak piszę te słowa, część samochodów jeszcze jest na trasie nie potrafię sobie wyobrazić jak wyglądają torfowiska po przejechaniu 40 samochodów na Simexach, w tym część na zwolnicach - które kopią doły na głębokość 1,5 metra.
Właściwie nie mamy kontaktu z samochodami na trasie, szkoda, bardzo ciekawi mnie jak sobie radzą na trawersach po których ledwo się prześlizguje quad.
Na szczęście drugi dzień jest słonecznie i ciepło mimo to część ekip zrezygnowała z biwakowania na campie i udała się do pobliskiego hotelu w miejscowości Topusko. Pełen wypas - baseny z wodą ze źródeł termalnych, restauracja z wykwintnymi daniami, ciepła woda, łazienka, prysznic normalnie luksus po tygodniu zimna i deszczu pod namiotem.
Na campie atmosfera wakacyjna rodem z obozu harcerskiego. Jest garkuchnia i stołówka pod namiotem, przypominają się młode lata. Jarzyna czyli Marcin Krzysztofik uczy wszystkich języka polskiego. Kucharza już nauczył mówić "na perłowo" i teraz wydając nam dania zadaje pytanie: "na perłowo"? Wszyscy zaczynamy się poznawać i zaprzyjaźniać, dziś ponad godzinę rozmawiałem z naszą bezpośrednią konkurencją ze Szwecji. Okazuje się, że ludzie żyją z organizacji wypraw quadowych do Afryki, pokazywali piękne zdjęcia z Tunezji i Maroka. Ponadto uczestniczą w rajdach, co widać bo nawigację mają opanowaną do perfekcji. Poznaję kolorowe postacie rajdu: Pascala, który był związany z Polką, Simona - wielkiego kierowcę Elefant Teams, Igora - organizatora ze strony Chorwatów, Jasmin pilotkę niemieckiego teamu, o której krążą legendy, że potrafi na trasie przy wszystkich zdjąć majty, wypiąć tyłek i... zrobić co swoje, następnie wsiąść do auta i pojechać dalej. Trochę współczuję ekipie z Izraela, której wiecznie coś się psuje i nie ukończyli jeszcze o własnych siłach żadnego odcinka, ale walczą dzielnie. Dzielni są również nasi "golfiarze" czyli Mariusz Kulak z Jarkiem Witasem na Rhino po pięciu etapach zajmują 13 pozycję, zdjęli uśmiech niejednym, którzy nazwali ich "papa mobile".

Czwartek 04 05 2006
Dzisiejszy odcinek był swego rodzaju nowością bowiem start przebiegał nie co dwie minuty tylko urządzono "mass start" czyli zebrano na linii wszystkie pojazdy i wystartowano je do biegu przez porośniętą kwieciem malowniczą zieloną łąkę.
Ściganie było do widocznego na horyzoncie samochodu organizatora. Herbert - Komandor rajdu zrobił uciechę fotoreporterom, a nam niestety pułapkę. Na podpuchę było 100 metrów sprintu po czym nagle wpadało się do sadzawki wypełnionej szlamem do pół koła. Ze startu wyszliśmy jak prawdziwe championy, sadzawkę też sprawnie pokonaliśmy, długi sprint zakończył się dla mnie w rowie wypełnionym mułem, zaryłem w niego przodem i stoję. Dojechał Jacek "podpinaj - do tyłu" drze się. Podpiąłem. Wyskoczyłem z bagna i ruszam szukać drogi przez bajora. Kątem oka zerknąłem, że Szwajcarzy widząc mój błąd poszli bokiem, tam gdzie struga była węższa i mniej bagnista. Pojechaliśmy za nimi, za nami Wojtek z Pawłem. Wreszcie koniec bagna, wyglądam z pewnością jak rusałka bowiem cały jestem w bagnie, miejscami umajony sitowiem i tatarakiem. Dalej jedziemy według roadbooka, trasa jest jak to określił Kurt "crazy games" - raz my znajdujemy znaki na drzewach, raz oni, raz Darek Luberda z pilotem, którzy dziś wyjątkowo wcześnie się koło nas pojawili. Jak się okazało wystartowano ich pięć minut po nas. Jedziemy gigantycznymi Bieszczadami. Ilość kanionów i strumieni jest nie do zliczenia. Wielokrotnie taranujemy zwalone pnie, niestety nie mamy takiej siły przebicia jak samochody, czasami puszczamy ich przodem, później jednak wyprzedzamy. W trudnym terenie quad jest sprawniejszy od samochodu, gorzej na winchach, gdzie my zwijamy pracowicie swoje15 metrów liny z prędkością 4m/min, samochód rozwija 60 metrów liny i z pomocą mechanicznej wyciągarki sunie do góry jak by jechał po płaskim. Wyciągarka mechaniczna zwija nawet 60 m/min. Trudniej się quadem również nawiguje, musimy przekładać kartki roadboka, skupiać się jednocześnie na jeździe i na nawigacji, w samochodzie pilot ma za zadanie nawigować oraz podpinać linę - jest im łatwiej. Zaskoczeniem dla mnie jest bardzo mała różnica w czasie generalnym najlepszego samochodu i najlepszego zespołu quadów sięgająca jedynie 30 minut. Na Croatia Trophy 2005 różnica na koniec rajdu sięgnęła 12 godzin! Okazuje się że można nawiązać równorzędną walkę z najlepszymi samochodziarzami.
Dzisiejsze 30 kilometrów odcinka Specjalnego było podzielone na część jarowo - wyciągarkową i bagienną. Obie sprawiły mi równą frajdę, chociaż pierwszy raz w tym rajdzie cofając na stromym podjeździe quad się na mnie rzucił :) i musiałem ratować się ucieczką w tył. Część przeszkód wymagała działania zespołowego i ramię w ramię pomagaliśmy sobie wszyscy na wzajem.
Część bagienna prowadziła korytem rzeczki, która bardzo przypomina naszą Brzerznicę - ta część dzisiejszej trasy była prawdziwą przyjemnością.
Na mecie zameldowaliśmy się już o godzinie 12:30. Kilkanaście minut później dojechał Jeep Darka Luberdy i nasza druga ekipa quadowa. Później długo, długo nikt, dopiero koło czwartej dojechało kilka samochodów w tym Tomcat Muchy jako piąty. Kłopoty mają Marisz Kulak i Jarek Witas na Yamaha Rhino, jadą tylko z napędem na tył z powodu awarii jednej z półosi, ktoś z organizatorów mówi nam, że siadła im również bateria od ciągłego winchowania. Mam nadzieję, że ukończą rajd, został jeszcze tylko etap nocny, na razie są na 13 bardzo dobrej pozycji. Start do odcinka nocnego - 40 kilometrowego o godzinie 24:00 z bazy. Jest 19:00, za chwilę idę na obiad, kucharz ma na nazwisko Doni Macaroni, normalnie jaja :).

Czwartek 04 05 2006 Nocny OS - Finish Croatia Trophy 2006
Start do odcinka nocnego wyznaczono na godzinę 24:00. Już o dziewiątej rozpoczęliśmy uzbrajanie sprzętów, a właściwie Jacek rozpoczął, bo ja niestety roadbook podświetlałem sobie telefonem :( Ale cóż wielu rzeczy dowiedziałem się dopiero na miejscu, rzeczy priorytetowych. Dopiero w Chorwacji dowiedziałem się, że niezbędnym elementem do nawigacji jest dokładny metromierz, ponieważ odległość w roadbooku jest podawana z dwoma miejscami po przecinku, także nie ma szans nawigować na zwykły licznik, tym bardziej jak jest on wyskalowany w milach jak mój. Na kempingu też dowiedziałem się, że warto mieć menażkę i sztućce, latarkę lub czołówkę i warto wziąć jakieś przekąski bowiem kuchnia nie rozpieszcza.
O ile bez jedzenia można się obejść, bez metromierza czy oświetlenia roadbooka już raczej nie.
Jacek doskonale przygotował na noc swego Bruta: Szperzcz RAM, latareczka świecąca na roadbook, czołówka na kasku, normalnie UFO :)
Punktualnie o 24:00 wyruszyliśmy z pool position do liczącego 78 km odcinka nocnego. W ostatniej chwili przelałem resztkę paliwa do plastikowych baniek i przytroczyłem do quada - lepiej mieć niż nie mieć, tym bardziej, że w nocy łatwo pobłądzić. Prorocze okazały się niestety moje przypuszczenia...
Zgubiliśmy się kompletnie już na pierwszym kilometrze, Jacek bezradnie rozkłada ręce, "patrzysz trochę w roadbook" pyta mnie, oczywiście że patrzę, z chęcią patrzyłbym częściej, niestety trudno jest jechać w nocy w terenie, świecić sobie telefonem i czytać wskazówki z książki. Wracamy do miejsca gdzie ostatni raz byliśmy pewni manewrów. Po drodze spotykamy Pawła i Wojtka, oni też błądzą. W dodatku siada nam łączność, prawdopodobnie od wilgoci zestaw do Midlanda szwankuje w trzech naszych kaskach, cóż jak pech to pech. Kilkanaście minut krążymy bezsilnie w koło. Nadjeżdża Jeep Darka Luberdy , Szymek - pilot krzyczy "jedźcie za mną".
Niestety nocą przewaga samochodu jest olbrzymia - potężne xenonowe halogeny, jeden człowiek od nawigacji i myślenia, drugi od prowadzenia w skupieniu, inna robota. Puszczamy się za Darkiem, cóż to była za jazda 350 KM Jeep z dziecinną łatwością rozpędzał się do granicznych dla Brute Forców prędkości. Noc choć oko wykol, tumany kurzu z szutrówki i górskie drogi pełne zakrętów, możecie to sobie wyobrazić, prędkości przekraczają grubo 100 km/h. Być albo nie być, pędząc za Jeepem kompletnie tracimy kontakt z roadbookiem, jedziemy ufając Szymkowi. Taka jazda ciągnęła się ponad dwadzieścia kilometrów, czegóż po drodze nie było, kamieniste strumienie, jak na pełnym gwizdku wpadłem w taki strumień myślałem że quad się złoży jak scyzoryk, na szczęście przetrwał, dzielna maszyna, bez awarii przejechała najcięższy rajd w Europie!
Jadąc za jeepem bezbłędnie trafiamy na pierwszy PKP, przybijamy pieczątkę i dalej w szaloną podróż na złamanie karku. W lesie Darek jedzie wolniej, ale na szutrach jest szybszy od przeciągu. To była walka o przeżycie, nawet nie spostrzegłem kiedy Jacek został z tyłu. Po kilku kilometrach mrugam do Darka by poczekał, radio niestety odmówiło posłuszeństwa. Szymek pokazuje mi kratkę w roadbooku - tu jesteś. Dobrze, tylko co z tego że tu jestem, nie mam możliwości prawidłowej nawigacji bez podświetlenia, telefon się rozładował, jest noc, zimno, ciemno. Szybko analizuję sytuację Jacek nie może być daleko, cholerne radia nie działają, jak zostanę w lesie, na pewno się pogubię, Jacek "złapie" następny samochód i dojedzie, ja mam kartę, muszę podbić PK inaczej przegramy! Podejmuję decyzję - jadę za Luberdą, w ostateczności zdam kartę na mecie i po tracku z GPSa, który mam zawsze w skrzyni znajdę Jacka. Jedziemy jeszcze może dwa kilometry, samochodziarze nawigują w prawo przez rów, trzysta metrów i po skosie w dół. Niestety nic się nie zgadza, żadna droga nie odpowiada opisowi, błądzimy blisko godzinę (tracka zamieszczam w dziale GPS dla ciekawych) Nadjeżdżają kolejni zawodnicy, coś się nie zgadza Mistrzowie Europy - Darek z Szymkiem oraz pięć innych załóg nie może się mylić. Jest i Jacek, jak przypuszczałem dojechał za Simonem, niestety złapał gumę, dlatego został, mam bombę. Niestety opona zeszła z felgi, nic nie pomogła, jedzie na flaku. Ten wąwóz w którym się spotkaliśmy przejdzie do historii, zryliśmy go dosłownie wzdłuż i wszerz, trzy godziny straty. Dostajemy sygnał, że Szwajcarzy już są na mecie, odliczamy minuty, nasza 2,5 godzinna przewaga może nie wystarczyć. Cholera, tak blisko byliśmy zwycięstwa. Drogi ani widu ani słychu, trzy samochody - czołówka Simon, Luberda i Joop Barten szukają z latarkami po krzakach, jeżdżą w koło, odmierzają metry, nic się nie zgadza ,jakby w roadbooku ktoś wyjął kartki.
Pilot Bartena - łebski gość obliczył, że gdyby pominąć w książce kilka niezgadzających się kratek to jest szansa odnalezienia właściwej drogi, bo dalej zgadzają się kilometry. Wysyłamy Jacka z radiotelefonem na zwiady, zaczyna brakować paliwa, wszyscy skupieni nad roadbookiem z niepokojem oczekujemy relacji. "Jest pierwszy wąwóz, prawie się zgadza, szukam strumienia" słychać przez radio, powoli odżywa nadzieja. Może to być tu, chociaż w nocy można na siłę wszystko dopasować do rysuneczków w książce. "Jest strumień" – jest cień szansy, rzucamy się do wozów i w dwa quady i trzy auta ruszamy szukać trasy. Część zrezygnowała, jest prawie czwarta, brakuje paliwa, zaczyna świtać. Jakimś cudem wspólnymi siłami odnajdujemy drogę, znowu szalona jazda za terenówkami, kilka kilometrów szutrówek, kawałek asfaltu, i jest check point! Współczuję Jackowi, jazda na flaku w nocy w ciężkim terenie to nic przyjemnego. Dopadam sędziego, "jak dawno były quady", "nie było żadnego quada", "co?, niemożliwe" dopytuję, nikt przed nami tu nie dojechał, mamy dwie pieczątki, ulga spłynęła mi po plecach, Szwajcarzy wrócili bez pieczątek na metę!
Już spokojniej jedziemy do celu, jest całkiem widno, kilka bagienek, stromy podjazd i wjeżdżamy witani brawami na metę! Finish Croatia Trophy 2006, całkowity triumf Polaków - pierwsze dwa miejsca quadów Polacy, pierwszy samochód Polacy, aż słychać jak Niemcy zgrzytają zębami. Jest 6:00, rozkładam namiot by się przespać kilka godzin, dziś o 19:00 uroczyste zakończenie i rozdanie pucharów. Tydzień totalnego zmęczenia ludzi i maszyn, graniczy z cudem że wszystko zagrało. Jesteśmy na mecie cali - my i Kawasaki. Na sam koniec organizator chciał nas dobić, ostatni etap ukończyliśmy tylko my i pięć samochodów. Wspaniała, trudna, wymagająca przygoda. Czy warto? Na pewno, już zaczynam odliczać dni do przyszłorocznej edycji Croatii Trophy 2007, zostałem zarażony i mam nadzieję, że się nie wyleczę.


[l=http://www.atvpolska.pl/index.php?s=galeria&album=157]Galeria zdjęć z Croatia Trophy[/l] autorstwa Krzyśka Wronowskiego(2cana).

Zobacz galerię