ATV Polska
A A A

Ekspedycja Ukraina 2006

Krzysztof Wronowski - 2can 27.06.2006
Ukraina kusi turystów, kuszą piękne niezdobyte góry uznawane za najdziksze w Europie , kusi historia, chęć zobaczenia terenów należących do 1939 roku do Polski, możliwość podróży w czasie do żywego skansenu jakim są ukraińskie wsie tkwiące wciąż w latach 20 ubiegłego wieku. Wspaniałą przygodą jest perspektywa spotkania dumnych Chucułów - górali, którzy zachowali swoją odrębność i kulturę mimo wieloletnich wysiłków Moskwy.
Do „Ekspedycji Ukraina 2006” przygotowywało się sześciu quadowców i jeden motocyklista z płockiego TeamExtreme, trudności obiektywne zadecydowały o tym że pojechało nas tylko trzech , później okazało się że było to dla nas bardzo korzystne.





Trzy quady – Honda Rincon , Suzuki King Quad i Kawasaki Brute Force wszystkie profesjonalnie przygotowane do offroadu , sprawdzone wielokrotnie w najcięższych rajdach w Polsce , a Brut również w najbardziej prestiżowym rajdzie przeprawowym Europy CroatiaTrophy gdzie dowiózł szczęśliwie swojego właściciela zwycięsko do mety, oraz bus z lawetą - taka karawana ruszyła w stronę naszej wschodniej granicy późnym sobotnim popołudniem.
Do przygranicznej miejscowości Radymno dotarliśmy dopiero rankiem następnego dnia . Dzięki uprzejmości naszego przyjaciela mieszkającego kiedyś w Płocku , pasjonata starych motocykli Zbyszka Poręby mogliśmy zostawić busa z lawetą na jego posesji i w dalszą drogę wyruszyć objuczonymi niczym wielbłądy quadami .
Już w kraju nasza mała karawana wzbudzała zainteresowanie i entuzjazm do tego stopnia że zostaliśmy wpuszczeni bez najmniejszego problemu do kolejki przed granicą oszczędzając w ten sposób co najmniej 20 godzin oczekiwania na odprawę.
Zaopatrzeni w pobliskim kantorze w hrywny czyli ukraińskie pieniądze w ilości 900 na głowę , co stanowi równowartość 600 zł z niepokojem oczekiwaliśmy przekroczenia granicy.
O dziwo nasze czworaczki budziły powszechną sympatię i zainteresowanie dzięki temu drobne nieprawidłowości zostały nam puszczone płazem przez służby celne. Uczulam tu wszystkich wybierających się na Ukrainę, kontrola dokumentów jest drobiazgowa i bezlitosna , jeżeli dowód rejestracyjny nie jest na was musi być upoważnienie od właściciela, zwracajcie uwagę na ważność dowodów rejestracyjnych i zielonych kart .
Musieliśmy wypełnić wnioski wizowe, które upoważniają do trzymiesięcznego pobytu na terenie Ukrainy, po zdobyciu kilku pieczątek na karteczce od pograniczników udało nam się w końcu przekroczyć granicę.
Pierwsze tankowanie i miłe zaskoczenie , paliwo jest połowę tańsze niż w kraju. Przed wyjazdem pytaliśmy się różnych osób , które bywały na Ukrainie jak sobie tu radzić i … postępowaliśmy dokładnie odwrotnie do udzielonych rad ! Ale tego należało się spodziewać nasza trójka czyli Darek Wyszyński , Arek Zajchowski i piszący te słowa Krzysztof Wronowski nie należy do grona „grzecznych chłopców”. Wszyscy radzili nam odjechać co najmniej kilkadziesiąt kilometrów od granicy i dopiero szukać szutrów by uniknąć kontaktu z pogranicznikami , eee to nie dla nas , naszym założeniem było poruszanie się tylko po drogach nieutwardzonych a ta skusiła nas już parę metrów za stacją paliw.
Schemat jazdy był taki że w GPSie ustawialiśmy kierunek jazdy na miasteczko oddalone od nas o kilkadziesiąt kilometrów i całkowicie na azymut jechaliśmy drogami, które nam podsuwał los pod koła. Ustaliliśmy że dziennie robimy około 100 km czystym offroadem po czym szukamy jakiegoś urokliwego miejsca na biwak.
Pierwszym celem naszej wędrówki przez zieloną Ukrainę było miasto Sambor w obwodzie lwowskim, nad rzeką Dniestr. Prastary gród w księstwie halicko-włodzimierskim, w 1349 włączony do Polski. W 1390 uzyskał prawa miejskie, kilkukrotnie przechodził z rąk do rąk. Do samego miasta nie dojechaliśmy , podążając rozległymi stepami , będącymi kiedyś domem dla kozaków dotarliśmy nad rzekę Dniestr . Niezbyt szeroko toczącą swoje wody ale miejscami głęboką i o silnym nurcie. Takie wyzwanie dla nas to dopiero gratka. Wjechałem czujnie do rzeki badając grunt , przecież niedawno założyłem snorkiele , a jeszcze ich nie miałem okazji wypróbować. Ponieważ trafiliśmy akurat na Zielone Świątki mnóstwo ludzi wypoczywało nad rzeką , dla nich quady były prawdziwą sensacją , tym bardziej że ostatnim pojazdem mechanicznym przekraczającym brodem Dniestr były tanki II korpusu Wojsk Pancernych w 1943 r.
Jedni nas podpuszczali, inni, przeważnie kobiety odradzały, my jednak nieustępliwie, ale konsekwentnie Dniestr zdobyliśmy , ku uciesze gawiedzi bijącej nam brawa , rozczuliły się nasze serca kiedy jakaś mocno nietrzeźwa starowinka zaśpiewała „ Jeszcze Polska nie zginęła”.
Oznak polskości tego regionu napotkaliśmy na swojej drodze bez liku , starsi ludzie doskonale mówią po Polsku , obok cerkwi stoją kościoły a na cmentarzach jest równa ilość nazwisk Polskich i Ukraińskich.
Słońce kończyło swoją wędrówkę nad zachodnią półkulą kiedy dotarliśmy do pierwszych beskidzkich połonin. Zaczęły się górki, doliny, porośnięte lasem stoki, słowem przepiękny widokowy teren.
Pierwszy biwak wyprawy rozłożyliśmy na wysokości 800 metrów na skraju lasu na pięknym nasłonecznionym stoku , jak przystało na traperów ustawiliśmy maszyny wkoło i zaczęliśmy rozbijać namioty . Darkowi i Arkowi nielichy rebus sprawili producenci namiotów nie zamieszczając instrukcji rozbicia. W czasie kiedy przygotowywałem ognisko cały czas słyszałem niecenzuralne „pochwały” dla firm produkujących domki z materiału i mnóstwa niepotrzebnych rurek. Ale już po chwili panowie przypomnieli sobie stare harcerskie czasy i obozowisko dumnie stanęło pośrodku gór.
Żadne słowa nie opiszą uroku połonin, zachodu słońca oglądanego sprzed namiotu, powiewu wiatru na twarzy , zapachu ogniska i tej niczym nie skrępowanej wolności jaką daje quad , który dojedzie wszędzie i pozwoli zabrać cały sprzęt biwakowy, to trzeba przeżyć.
Długo niósł się po górach dźwięk polskiej mowy , bo i sporo mieliśmy wrażeń do omówienia po pierwszym dniu wędrówki . Dużą swobodę pozostawia Państwo Ukraińskie turystom , praktycznie można biwakować w każdym miejscu legalnie i w każde miejsce można dojechać na kołach to jest nie do pomyślenia w Polsce.

Zbudził nas głos tysięcy ptasich gardeł wyśpiewujących chwałę wschodzącemu słońcu. Tego widoku nie da się porównać z niczym innym, rześkie górskie powietrze rozedrgane pierwszymi promieniami słońca, niesamowita zieleń rozciągająca się po horyzont i błękitne niebo. Zauroczeni pięknem okolicy w milczeniu jedliśmy śniadanko i piliśmy kawę.

Kierunek jazdy ustawiliśmy na miasto Turki, podążaliśmy bowiem w kierunku Karpat Ukraińskich. Pierwsze kilometry górskich bezdroży zrewidowały nasze wyobrażenie o jeździe . Środki ciężkości pojazdów zostały podniesione wysoko w górę poprzez nałożenie dużej ilości bagażu i zapasu paliwa co spowodowało utratę stabilności na trawersach. Dodatkowo popełniłem duży błąd zmieniając koła w swoim Kawasaki z tuningowych Alu o zwiększonym offsecie na standardowe , które są kilkanaście centymetrów węższe . Rozstaw z metra mierzony od osi koła do osi zmienił mi się na 85 cm co spotęgowało niestabilność maszyny. W życiu tyle razy nie leżałem na boku co na tej wyprawie , nigdy więcej standardowych kół w góry na trawersy!
Teren , którym się poruszaliśmy to marzenie każdego offroadowca, miód z maliną jak mawiają moi koledzy : kilometry dróg zrębowych porżniętych głębokimi koleinami, błotko, przejazdy przez kamienne strumienie, słowem raj .
Wysokie góry uczą pokory, nie każda droga, która się wydaje szeroką „międzystanówką” prowadzi do celu. Przekonywaliśmy się o tym niejednokrotnie jadąc pewnie szeroką drogą w obranym kierunku po czym po kilkudziesięciu kilometrach kończyła się brutalnie na polanie zrębowej . Takich dróg do nikąd napotkaliśmy całe mnóstwo, a ponieważ dróg którymi jeździliśmy nie było na mapie mieliśmy nieustającą zagadkę. Z czasem zrozumiałem że by sprawnie się poruszać trzeba być psychologiem i wczuć się w sposób myślenia tubylców . Nie ta droga jest właściwa, która jest najszersza, ale ta która może gdzieś prowadzić – najczęściej do najbliższej wioski, ale już nie ta, która prowadzi tylko do wyrębu lub do pastwisk. Kilkukrotnie podejmowaliśmy próbę jazdy po całkowitym bezdrożu w dziewiczym lesie, kiedy pozwalały na to rosnące wystarczająco daleko od siebie drzewa, torowaliśmy sobie drogę machetami. Zdesperowani tym że po kilkunastu kilometrach droga nagle zniknęła. Jest to bardzo niebezpieczna zabawa, nigdy nie wiadomo czy nie skończy się urwiskiem lub głębokim jarem. Nam się udało, ale nie radzę podejmować tego ryzyka, lepiej z pokorą pochylić głowę i wycofać się po trakcie niż tracić długie godziny na wyrąbywanie nowego.
Mimo tego że liczniki pokazały ponad 100 km drogi, oddaliliśmy się od poprzedniego biwaku zaledwie o pięćdziesiąt kilometrów. Jadąc ścieżkami zwierząt torowaliśmy sobie drogę machetami i wyciągarkami żałując że Stihl został w domu. Ogromnie zmęczeni szukaliśmy miejsca na biwak w pobliżu strumienia, który pozwoliłby zmyć z siebie trudy dwóch dni wędrówki.
W końcu znaleźliśmy wspaniałe miejsce na obóz z bieżącą wodą i latryną ze zwalonych przez wicher bali Panowie postanowili że nie będą rozkładać dwóch trzyosobowych namiotów, bo równie dobrze wyśpią się w jednej trójce, co czynili do końca wyprawy. Po zmroku otoczyły nas zewsząd dźwięki dziewiczej puszczy, czasami ciarki mi biegły po plecach, bowiem czułem na sobie wzrok co najmniej kilku par oczu. Pomruki niosły się po urwiskach, świadomość bliskości niedźwiedzi oraz innych drapieżników nie wpływała uspokajająco. Szczęśliwie jednak doczekaliśmy kolejnego pięknego słonecznego poranka. Kąpiel w strumieniu okazała się niesamowicie rozbudzającym przeżyciem – woda miała zaledwie kilka stopni.

Plan dzisiejszego przejazdu obejmował odwiedziny dwóch zagubionych pośród szczytów wiosek góralskich – Radycza i Zubricy oraz podróż w kierunku góry Paraszka, najwyższego szczytu pasma w którym się poruszaliśmy.
Jednogłośnie stwierdziliśmy że droga pośród karpackich połonin i szczytów w kierunku wiosek była najpiękniejszą częścią naszej Ekspedycji. Z olbrzymim trudem , podziwiając okolicę dotarliśmy do Jasienki Stecowej wioseczki składającej się z kilkunastu chałup , w której żyją prości , ubodzy ale życzliwi ludzie. Miałem olbrzymią ochotę na spróbowanie gościny ukraińskich górali , jednego z napotkanych gospodarzy zapytaliśmy czy mógłby nam przygotować coś do jedzenia, ten chętnie odparł że da nam chlib i smalec. Popatrzyliśmy na siebie, Darek mówi, jedźmy dalej. Po chwili naszła nas refleksja, że on dawał nam to co miał najlepsze. Na wyjeździe z wioski uwagę naszą przykuła drewniana chatynka i równie stara gospodina , początkowo bardzo nieufnie uciekała przed obiektywem aparatu, ale już po chwili zaprosiła nas na wspaniałą zalewajkę z ziemniaków i cebuli oraz przepyszne podpłomyki. Posiłek był wspaniały i sycący, wysłuchaliśmy historię babulinki, która przeżyła swoje dzieci, wynagrodziliśmy jej posiłek tak jak najlepiej potrafiliśmy czyli pieniędzmi i polską konserwą. Babcia była bardzo szczęśliwa, mieliśmy wrażenie że dawno nie miała „takiej gotówki” w ręku, a jak jaj powiedzieliśmy że nasi koledzy też ją odwiedzą miała skrzydła u ramion.
Żegnani ciepłymi słowami wyruszyliśmy najedzeni i napici w dalszą wędrówkę.
Wkrótce wyrobiliśmy sobie własne kryterium oceny dróg , jechaliśmy w większości drogami polno leśnymi przejezdnymi tylko dla mocno uterenowionych samochodów zwanymi przez nas hiwayami , czasami międzystanówką czyli drogą zrębową. W większości tubylcy pytani przez nas czy tą drogą gdzieś dojedziemy kierowali nas na najbliższy asfalt nie mogąc pojąć że dla nas najlepsze są właśnie te „pohane dorogi”. W większości przypadków uznawali za niemożliwe byśmy gdzieś dalej dojechali , z czasem pytaliśmy czy przejedzie ził, kiedy odpowiadali twierdząco było dla nas jasne że jest to hiway , kiedy mówili że nic nie przejedzie pytaliśmy czy koń da radę, bo z doświadczenia wiedzieliśmy że jak koń da to i my przejedziemy!
Co ciekawe na Ukrainie nie istnieją szlaki turystyczne, schroniska czy pensjonaty. Przez to jednak jest tak ciekawie i niebanalnie.
Kolejny dzień spędziliśmy na próbie odnalezienia drogi do szczytu góry Paraszka , praktycznie objechaliśmy ją z każdej strony nie zbliżając się jednak na mniej niż 5 km.
Dzikość gór i niesamowicie gęste lasy doskonale nam uniemożliwiały dotarcie do szczytu. Zasięgając języka dowiedzieliśmy się o możliwej do wjazdu drodze dla ziła od strony zachodniej szczytu. Po nieudanej próbie ataku drogą dla konia , która się skończyła w najmniej oczekiwanym momencie ścianą lasu możliwą do pokonania tylko za pomocą wyciągarki, mając na uwadze zapadający zmierzch zdecydowaliśmy wycofać się w porę i poszukać biwaku, a atak odłożyć na dzień następny.
Noc spędziliśmy na brzegu rzeki Stryj, w towarzystwie miejscowych kłusowników , którzy na nasz widok, myśląc że to milicyjna obława porzucili siatki . Kiedy opadł strach dosiedli się do naszego ogniska, poczęstowali gorzałką i wdali się w rozmowę na tematy międzynarodowe głównie o wielkości wypłat i robotniczej niedoli.
Ranek przywitał nas krowami i bolącą głową . Okazało się że biwak mamy rozłożony na krowim pastwisku i bydlęta z ciekawością zaglądają nam do namiotów. Szybko się spakowaliśmy i wyruszyliśmy na spotkanie góry, szczytu, który stanowił dla nas nie lada wyzwanie bowiem w ubiegłym roku nie dała rady dotrzeć na niego inna płocka ekipa złożona z Wojtka Przyjemskiego i Wojtka Sławińskiego, także punktem honoru było dla nas zatknięcie polskiej flagi na jej szczycie.
Jadąc na zachodnie zbocze góry dotarło do nas, że to już są Karpaty, niesamowicie strome, wysokie góry, po których poruszać się jest niezwykle trudno, i można tylko tam, gdzie prowadzi droga, nie tam gdzie chcemy !

Minęliśmy wioskę Korostiw upewniając się że to właściwa droga na szczyt, mieliśmy skręcić w pierwszą drogę w prawo za ostatnią chałupą, dobrze by było, skręciliśmy, ale nie za ostatnią chałupą . Zaczął się prawdziwy exstrem. Teraz doceniliśmy to że jest nas tylko trzech, że wszyscy mamy Mud Lity i wyciągarki 3,0 Ci . Droga na szczyt zajęła nam cały dzień, urobiliśmy się po łokcie , wykorzystaliśmy wszystkie sposoby łącznie z podkopami i przekopami saperką by ominąć zwalone drzewa. Na początku próbowaliśmy je rąbać machetami , ale drewno bukowe i świerkowe twardością dorównuje dębinie , a grubość zwalonych pni dochodziła do metra , także jedyną drogą było przepinanie się na wyciągarkach niejednokrotnie nad przepaściami . Droga była w sam raz na szerokość quada. Wkrótce dotarło do nas że tędy żaden ził by nie przejechał , a i koń by miał problem.
Ale zabrnęliśmy tak daleko że bliżej mieliśmy na szczyt niż z powrotem w doliny.
Czym wyżej brnęliśmy tym podnosił się stopień trudności , pochyłości większe i trudniejsze do pokonania . Niesamowicie zmęczeni ale szczęśliwi po wielu godzinach dotarliśmy powyżej poziomu lasu , GPSy pokazały nam 1200 mnpm. Stromizna była tak wielka że zacumowaliśmy quady jak łodzie na stoku by nie zjechały i pieszo zdobyliśmy ostatnie metry szczytu. 1280 mnpm , jest już wynikiem , o trudności zdobycia stanowi brak drogi , którą jest właściwie ścieżka dla zwierząt.
Wyczerpani rozłożyliśmy w blasku reflektorów biwak na 1200 metrach i padliśmy jak muchy.
Zbudził nas w nocy odgłos ulewnego deszczu który nieprzerwanym cięgiem lał od 3 do 10 rano mocząc nasze rzeczy i zniechęcając do dalszej jazdy , a mieliśmy w perspektywie podróż w dół drogą widmo , którą z takim trudem dotarliśmy na szczyt.
Spakowani w foliowe wory , przemoczeni , wyruszyliśmy w dół , cały czas jadąc w chmurze widoczność sięgała kilku metrów. Koło za kołem z niezwykła ostrożnością sunęliśmy w dół , dopiero teraz docierała do nas świadomość tego że jeden nieopatrzny ruch manetką podczas wczorajszego podjazdu mógłby zakończyć się odnalezieniem quada a właściwie pozostałości po nim kilkaset metrów niżej , z pewnością to co by z niego zostało zmieściło by się do reklamówki.
Każda z przeszkód pokonywanych pod górę teraz stanowiła inne wyzwanie , zespół nasz doskonale i bez słów praktycznie poruszał się sprawnie w dół zbocza. Czasami padały tylko komendy „lina”, „luzuj” , „wyciągaj”. Muszę pochwalić tutaj moich partnerów za niesamowitą sprawność poruszania się w tak extremalnym terenie mimo niedługiego stażem obycia z quadami, cóż po raz kolejny przekonałem się że płockie tereny doskonale uczą i przygotowują do najcięższych wyzwań! Także atmosfera w grupie była niesamowicie przyjazna i wesoła , dzięki temu tak trudna wyprawa była czystą przyjemnością.
Podróż w doliny była szybka i sprawna , co rozochociło nas do poszukiwania innej drogi , tej właściwej , o której mówili okoliczni górale . Odnaleźliśmy ją i oznakowaliśmy na GPSie , a naszą trasę nazwaliśmy „Polską Drogą” bowiem jesteśmy pewni że nikt przed nami nie zdobywał góry zachodnim stokiem.
Po całym dniu jazdy górskimi , prawie tatrzańskimi ścieżkami zdecydowaliśmy skierować się w doliny , znaleźć nocleg w pensjonacie i wysuszyć trochę nasze ubrania. Wybór padł na Sławskoje – miejsce podobne charakterem do naszego Zakopanego. Posileni po drodze wspaniałym posiłkiem w pięknie położonej restauracji nad rzeką Opir , niedaleko miejscowości Skole , który spustoszył nasze kieszenie bowiem kosztował nas po 100 hrywien na głowę czyli prawie po 60 zł co na warunki Ukraińskie jest majątkiem, postanowiliśmy ruszyć w dalszą drogę. Pora jeszcze była wczesna , więc zdecydowaliśmy dużym łukiem oczywiście bezdrożami zbliżyć się do Zakarpacia.
Nękani drobnymi awariami sprzętu w postaci pękniętej od wewnątrz felgi od uderzenia kamieniem i czarną ładą , której pijani pasażerowie koniecznie chcieli nas legitymować z paszportów licząc na jakiś łatwy zarobek dotarliśmy w dziewicze tereny , na których zastał nas zmrok. Nie chcąc rozbijać mokrych namiotów zdecydowaliśmy się na odcinek nocny i dotarcie do drogi międzynarodowej , przy której liczyliśmy znaleźć gospodę. Rezerwy w naszych sprzętach już od kilku kilometrów kuły nas w oczy pomarańczową barwą dostarczając dodatkowej adrenalinki. Jedynie Arek na KingQuadzie był spokojny bowiem Suzuki okazało się mistrzem oszczędności paląc prawie połowę mniej niż Honda Rincon 680 również na wtrysku , która z kolei prawie tyle konsumowała paliwa co dwucylindrowe Kawasaki BF , zadziwiające.
Prawie na oparach pustych zbiorników dotarliśmy do miejscowości Matkiw pokonując od ostatniego tankowania 180 km. W gościnę przyjęto nas mimo późnej pory i niesłychanie brudnych ciuchów . Dostaliśmy pokój dwuosobowy , a trzeciego z nas chciano dokooptować bez pardonu komuś z gości do pokoju , widząc nasz zdecydowany sprzeciw , dziwiąc się że nie chcę spać z kimś obcym w pokoju gospodyni w środku nocy zdecydowała się przenosić łóżko czyniąc hałas mogący zerwać głuchego ze snu. Oczywiście zaprotestowaliśmy , ostatecznie przeniesiono do naszego pokoju sam materac , cóż co kraj to obyczaj. Motel był podłej marki i nie podaję jego nazwy , bo chciałbym jak najszybciej zapomnieć o noclegu w nim, brr.
Rankiem jedząc śniadanie spotkaliśmy niesamowitego oryginała – Mnicha Jezuitę w strzępkach habitu , który prawie popłakał się na nasz widok , ucałował każdego z nas , recytował wiersze Tarasa Szewczenki , pokazywał medalik z jego ukochanym Papieżem Janem Pawłem II , deklarował dozgonną miłość i podziw dla Polaków , a na koniec ucałował mnie w podeszwę buta!
Co dziwniejsze wyjął cały mieszek pieniędzy , głównie euro , chciał nam podarować 40 byśmy wypili za jego zdrowie koniak , kazał koniecznie przekazać Prezydentowi Polski że go spotkaliśmy mówiąc że był już podejmowany przez prezydentów Włoch , Japoni , Chin i kilku innych krajów . Długo pozostanie nam w pamięci , takich oryginałów nie spotyka się w życiu dwa razy , na koniec z pełną powagą przekazał nam poufną informację że Ukraińcy niechętnie przyznają się do polskich korzeni.
Ostatni nocleg stanowił punkt zwrotny naszej wyprawy , nie dojechaliśmy do huculskich wiosek w wysokich Karpatach , a ośnieżone szczyty mogliśmy podziwiać tylko z oddali , cóż mieliśmy tylko tydzień , trochę mało na to by poznać chociażby pokrótce najdziksze góry Europy.
Droga powrotna biegła pięknymi szerokimi połoninami , widoki były tak cudowne że w pewnym momencie przestałem zwracać uwagę na drogę i wpadłem w półmetrową koleinę łamiąc zwrotnicę wahacza na pół. Tragedia , koło wisi , nie ma sposobu na naprawę , rozpacz. Darek mówi że Niemiec już by dzwonił do kolegi , którego znajomy ma helikopter by go ściągnął .
Do granicy 200 km bezdroży . Tu dała znać typowo polska myśl inżynierska , zrobić coś z niczego , demontaż zwrotnicy , tuning i montaż zajęły niespełna trzy godziny! Po czym pojechaliśmy dalej i mało tego, jeżdżę na tej „stuningowanej” zwrotnicy do dziś.
Chcąc uniknąć czekania na granicy zdecydowaliśmy się na przejazd mało znanym przejściem granicznym w Krościenku. Okazało się to strzałem w dziesiątkę , bowiem odprawa i oczekiwanie trwało zaledwie dwie godziny , celniczka Polska okazała się miłośniczką motocykli i nigdy jeszcze odprawa nie przebiegała tak miło.

Sumując , był to niesamowity pełen wrażeń tydzień , pełne oderwanie się od rzeczywistości , trudno uwierzyć że niespełna kilkaset kilometrów od naszego kraju ludzie jeszcze tak żyją , żywy skansen to najlepiej oddające rzeczywistość słowo , ludzie są biedni i prości ale niesamowicie uczynni i uprzejmi. Nie należy się obawiać „dzikości” tego kraju , stanowi to jego atut , jest dziki i przez to piękny , polecam każdemu miłośnikowi surwiwalu i extremalnej turystyki podróż bezdrożami Ukrainy , my przejechaliśmy 600 km a każdy kilometr przynosił nowe , niezapomniane wrażenia.
Wydaliśmy po około 500 zł i były to najlepiej wydane pieniądze na turystykę jakie kiedykolwiek wydałem. Quady praktycznie bez awarii przejechały tak długi dystans po bardzo wymagającym terenie , przytrafiły nam się jedynie usterki mechaniczne : w KQ rozerwana manszeta załatana klejem i „taśmą na gada” , w Hondzie felga pękła uderzona kamieniem , poxipol załatwił tą usterkę w 10 min i pękła stalowa linka od wyciągarki , w Brucie pęknięta zwrotnica , która za pomocą wiertarki została przywrócona do życia i luz na łożysku z wypracowania. To niewielki bilans usterek na tak długi dystans, ale nie radzę nikomu wybierać się w taką drogę seryjną maszyną bez odpowiedniego przygotowania , dość powiedzieć że każda z naszych była zabezpieczona doskonałymi osłonami Rickoshet , bez których nie ma co marzyć o jeździe terenami zrębowymi , nikt z nas nie przebił też sześciowarstwowych Mud Litów XL.
Wyciągarki podczas drogi na szczyt rozładowały nam akumulatory do tego stopnia że musieliśmy odpalać ręcznie.
Do odważnych świat należy , droga jest przetarta i zapraszam do naśladowania . W portalu atvpolska.pl zamieściłem tracki GPS z każdego dnia wyprawy wraz z miejscami biwakowania.
Mam nadzieję los pozwoli mi jeszcze nie raz wyjechać w piękne , dzikie góry Ukrainy.

Krzysztof Wronowski 2can


Zobacz galerię