ATV Polska
A A A

GRANICAMI BEZ GRANIC - Artur Labudda na quadzie granicami Polski

Artur Labudda 16.01.2011
Głównym założeniem mojej wyprawy było przejechanie dookoła Polski, jak najbliżej granic naszego państwa. Bardzo długo zastanawiałem się nad środkiem lokomocji będącym w stanie sprostać takiej podróży. Dodatkowym utrudnieniem przy wyborze tego pojazdu była moja niepełnosprawność. Jako czternastolatek wpadłem pod pociąg i straciłem obydwie nogi.
Wybór padł na quada. Był to pojazd bardzo egzotyczny dla mnie. Nie wiedziałem jak się tym jeździ, jak to naprawić i co przyda się w takiej podróży.
Miałem wielkie szczęście, że podczas ponad 11 miesięcznych przygotowań do tej wyprawy poznałem fantastyczne grono ludzi, którzy podzielili się swoja wiedzą, która pozwoliła mi zrealizować moje marzenie. I tak dzień po dniu przygotowań i treningów nadszedł dzień wyjazdu.

[l=http://www.atvpolska.pl/index.php?s=galeria&album=490]Galria zdjęć[/l]

[b]Poniedziałek, 14 czerwca 2010[/b]

Poranek był bardzo mglisty i wilgotny. Quad spakowany i przygotowany do wyprawy stoi w garażu, a mnie nachodzą myśli, po co tam jadę, czy podołam jadąc sam, może się wycofać? Następna myśl to taka, że nie mogę tego zrobić, za daleko zabrnąłem i trzeba jechać!
Podjeżdżam pod Urząd Miasta Hel, gdzie miała rozpocząć się moja wielka przygoda. I tu pierwsza niespodzianka. Czeka na mnie kilkanaście osób, aby mnie pożegnać i życzyć powodzenia. Wśród tych osób są przedstawiciele władz miasta i Straży Granicznej, którzy byli honorowymi patronami mojej wyprawy.
W asyście quadów Straży Granicznej jadę na sam początek Polski czyli na cypel Półwyspu Helskiego. Tu zaczyna się moja trwająca 7,5 tygodnia wielka przygoda z quadem i zwiedzaniem naszego, wbrew pozorom pięknego kraju.

Przejazd pierwszej północnej morskiej granicy Polski z Helu do Świnoujścia zajął mi trzy dni.
Była to niesamowita jazda brzegiem morza przerywana czasami potrzebą zjazdy w głąb lądu w celu wyminięcia portów, większych koryt rzeczek wpadających do morza, Słowińskiego i Wolińskiego Parku Narodowego, oraz poligonu wojskowego w Ustce.

Kolejną granicą do pokonania była granica zachodnia. Przejechanie zachodniej strony naszego państwa zajęło mi 4 dni. Były to 4 dni jazdy wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej aż do Worka Turoszowskiego. Podróż wzdłuż koryt rzek była czasami bardzo kłopotliwa. Jedną z takich przeszkód były bardzo duże zarośla które bardzo spowalniały tempo jazdy. Chaszcze czasami były wyższe od quada i prędkość jazdy spadała do 5 km na godzinę. Kolejną przeszkoda, która spowalniała jazdę były szkody popowodziowe pozostałe po powodzi, która spustoszyła te tereny w maju. Napotykałem tereny jeszcze zalane oraz obszary już opuszczone przez wodę z dużą ilością błota. Miła odskocznią od tych trudnych terenów była jazda po drogach asfaltowych. Jedną z takich nielicznych dróg asfaltowych, którą jechałem w tym terenie była droga z Szczecina do Gryfina. Z powody obecności na tym odcinku elektrowni Dolna Odra, podróż wzdłuż rzeki była niemożliwa. Trasę tą przebyłem w asyście poznanych motocyklistów zrzeszonych w klubie BLUE KNIGHTS. Była to dla mnie wielka frajda i zaszczyt poruszać się w towarzystwie wspaniałych dwukołowych maszyn moim mocno już zabrudzonym czterokołowcem.

Po granicy zachodniej przyszedł czas na bardzo trudną i długą granicę południowa. Przejazd tego odcinka naszego kraju w sumie zajął mi ponad 18 dni. Był to bardzo długi, męczący i przełomowy dla mnie fragment drogi. W 11 dniu mojej wielkiej podroży w okolicy Bystrzycy Kłodzkiej miałem wypadek, w którym na szczęście ucierpiał tylko quad. Pewien bardzo nieostrożny kierowca wyjeżdżając z drogi podporządkowanej zajechał mi drogę w wyniku czego quad wpadł do rowu i kilkakrotnie rolował. Widok po tym zajściu był okropny. Quad ma rozwalone przednie zawieszenie, uszkodzone tylne zawieszenie, masa połamanych plastików, cieknący płyn hamulcowy, cały mój dobytek porozrzucany w promieniu kilkunastu metrów. Ja zdezorientowany dochodzę do siebie przez kilkanaście minut. Tysiące myśli w takich chwilach przemykają przez głowę. Co dalej, czy da się to naprawić, jak się stąd wydostać? Tutaj z nieoczekiwaną pomocą przychodzi sprawca wypadku. Deklaruje wszelaką pomoc przy ewentualnej naprawie lub transporcie quada do warsztatu. Kilkanaście telefonów dalej już wiem co robić, czyli jest jeszcze szansa na dalszą kontynuacje wyprawy.
Jednym z tych telefonów był do firmy GMS z Tarnowskich Gór dzięki której dostałem quada na moją wyprawę. Rozmowa z nimi była bardzo krótka: „Jeśli masz czym, to przywoź go do nas a jak nie masz to jutro będziemy po ciebie naszym samochodem”. Więc razem ze sprawcą mojego „ nieszczęścia” ładujemy quada na przyczepę i jedziemy 220 km do Tarnowskich Gór. Dojeżdżamy na miejsce o 2 w nocy. Poranek bardzo nerwowy z kłębiącymi się myślami, co dalej z wyprawą? Pierwsze prognozy mechaników nie brzmią zbyt optymistycznie, za godzinę będę wiedział co dalej.
Mija godzina i podchodzi do mnie prezes firmy GSM z niezbyt dobrą wiadomością. Quad nie nadaje się do dalszej jazdy. Uszkodzenia są zbyt poważne abyśmy mogli od ręki i w krótkim czasie je naprawić. Ale ma także i dobra wiadomość: „Dostajesz drugiego takiego samego quada i będziesz mógł dalej kontynuować jazdę”. Chłopaki na warsztacie już przekładają na drugi pojazd cały mój osprzęt i dobytek. Moja radość w tym momencie nie znała granic. Musze przyznać, że niewiele firm stać na taki gest i tu wielki mój szacunek i pokłon dla firmy GMS za to. Potem nastąpiło jeszcze jedno pytanie: Jechać dalej? Czy wrócić w miejsce wypadku i stamtąd dalej kontynuować jazdę? Długo nie musiałem się zastanawiać nad odpowiedzią, wracam w to miejsce, w którym miałem wypadek. Po 3 dniach przerwy w jeździe i odwiezieniu mnie w miejsce przerwania wyprawy byłem dalej gotowy realizować moje marzenie.
Podroż górskimi szlakami była bardzo powolna i mecząca, ale za to rekompensatą były piękne i zachwycające widoki. Także w górach złapał mnie w okolicy Zakopanego pierwszy deszczowy dzień podczas wyprawy. Także na tym odcinku miałem pierwsza i na szczęście ostatnią chwile, kiedy zwątpiłem w to, że podołam trudom tej wyprawy. Był to Beskid Niski jechałem szlakiem wzdłuż granicy polsko – słowackiej. Teren był bardzo mocno zarośnięty i błotnisty. Zabrnąłem tak głęboko w las, że powrót potrwał by z pół dnia a paliwa zaczynało już brakować. Jedyną możliwością było jechać przed siebie i liczyć że dojadę do jakiejś drogi asfaltowej biegnącej z Polski do Słowacji. Przede mną błotnisty odcinek szlaku. Pełen wiary, że błoto jest bardzo płytkie, wjeżdżam w nie. Quad zapada się odrobinę powyżej kół. Rozciągam 6 razy 15 metrową line w wyciągarce aby dostać się na w miarę twardy grunt. Przejechanie około 100 metrów zajmuje mi 1,5 godziny. Wjeżdżam na twardy grunt i po przejechaniu kolejnych 200 metrów widzę następną błotnistą przeprawę. Zmęczenie poprzednią przeprawą spowodowało załamaniem i chęcią wezwania pomocy, aby ktoś pomógł mi się stąd wydostać. Wyciągnąłem telefon, aby zadzwonić po pomoc i tu niespodzianka. Nie ma zasięgu. Czynność ta wykonałem jeszcze dwukrotnie ponieważ miałem trzy telefony komórkowe w różnych sieciach, ale za każdym razem efekt ten sam , brak zasięgu. Nabluzgałem sobie pod nosem na nową technologię i chcąc nie chcąc zacząłem powtórnie wjeżdżać w błotnista maź. Na moje szczęście błotna breja nie okazała się na tyle głęboka co poprzednia i po dwukrotnym użyciu wyciągarki dotarłem na przysłowiowy suchy ląd. Dwa i pół kilometra dalej czekał na mnie upragniony asfalt. Półtorej dnia później dotarłem do Bieszczad . Tam zrobiłem sobie dwu dniowy odpoczynek i tak dojechałem do końca granicy południowej.

Kolejna granicą do przebycia była granica wschodnia. Przebycie jej zajęło mi 13 dni.
Przejazd wschodnią granica nie nastręczał takiego dużego wysiłku fizycznego co poprzednia granica. Tutaj natomiast największym problemem były wszelkiej maści insekty. Komary, muszki i gzy vel Ślepaki były naprawdę natrętne. Ciężko było się ich pozbyć w lesie więc zmuszony byłem poruszać się najbliższymi granicy polnymi drogami z prędkością powyżej 40 km na godzinę. Z niższą prędkością jazda powodowała bardzo bolesne pogryzienia. Nad tą granicą miałem, aż wstyd się przyznać pierwszy raz się pogubić w lesie. Pierwszy raz było to w Puszczy Białowieskiej a drugi w Puszczy Augustowskiej. Tak jak wcześniej pisałem teren był bardzo przyjazny do jazdy Fuadem, ale czasami zdarzały się miejsca, które pod względem pochyłości i długości podjazdów można było porównać do terenów górskich. Takimi wzniesieniami mogły się poszczycić tereny w okolicy Krynki (Ciekawostka: w Krynkach jest największe rondo w Polsce, z którego odchodzi 12 ulic, sporo czasu zajmuje objechanie tego ronda, a jeszcze więcej jak robisz kilka kółek, aby trafić w odpowiednią ulice prowadzącą do granicy). Ja zrobiłem dwa kółka zanim ustaliłem po drogowskazach, która ulica jest tą prawidłową.
Na ścianie wschodniej nie miałem tyle szczęścia do pogody i opadów deszczu co na innych granicach. Trafiło mi się kilka dni które przejechałem w ulewach. Najgorszy taki dzień był w okolicach przejścia granicznego z Litwą w Ogrodnikach.
Byłem tam świadkiem uderzenia pioruna w oborę i natychmiastowego stanięcia jej w płomieniach.
Był to bardzo traumatyczny widok, kiedy ogłupiałe zwierzęta próbują się wydostać z płonącej obory a bezradni ludzie nie potrafią walczyć z płonącym żywiołem. Na drugi dzień po tym zajściu dotarłem do trój styku granic Polski-Rosji-Litwy i zamknąłem granicę wschodnią.
Północną, lądowo-morską granice Polski teoretycznie przebyłem w 5 dni aczkolwiek praktycznie zajęło mi to 11 dni. Przyczyną tego wydłużenia było odjechanie od granicy z Gołdapi do Giżycka na zjazd motocyklistów w Twierdzy Boyen. Obawy czy pasuje do tej imprezy moim czterokołowcem zostały szybko rozwiane przez organizatorów bardzo życzliwym przyjęciem. Zabawa i atmosfera była niesamowita, ale niestety przyszedł czas kiedy trzeba było się pożegnać i wrócić do granicy i jechać dalej. Po trzech dniach jazdy wzdłuż granicy dotarłem w strugach deszczu do ostatniego słupka granicznego na Mierzei Wiślanej. Dotarcie w to miejsce było wielkim szokiem dla mnie. Przyzwyczajony do polnych dróg bardzo małej ilości widzianych samochodów i ludzi, tu musiałem przedzierać się przez tłumy ludzi i zakorkowane ulice. Drogę z Mierzei Wiślanej do domu na Helu podzieliłem sobie na dwa dni. Powodem tego był żal z kończącej się przygody i powrotu do szarej rzeczywistości.

Granica naszego państwa ma około 3,500 kilometrów. Ja przez 7,5 tygodnia zrobiłem około 6.200, zużyłem do tego dwa quady. Nie złapałem o dziwo żadnej gumy. Jedyną usterką, poza rozbitym quadem był od czasu do czasu nie działający klakson w drugim quadzie. Poznałem dziesiątki fantastycznych i przyjaznych ludzi. Zjadłem przez przypadek cztery muchy i kilka komarów, oczywiście podczas jazdy.

Chciałbym podziękować tym wszystkim ludziom, którzy mnie wspierali i pomagali przy organizowaniu tej wyprawy. Tym wszystkim, którzy mnie gościli i karmili jak było trzeba. Jest ich sporo i nie sposób ich wszystkich wymienić, ale o wszystkich pamiętam i dziękuję.

Chciałbym podziękować firmie GMS z Tarnowskich Gór za fantastycznie sprawujące się quady, firmie RED LINE z Dębicy za ubranie mnie w swoje kurtki, które uchroniły mnie podczas wypadku i doskonale się sprawowały w każdych warunkach podczas całej tej wyprawy, firmie Motocykle Stefański z Gdyni (w szczególności Bartkowi i Przemkowi) za doskonale przygotowanie quada do tej jazdy.