ATV Polska
A A A

Historia lubi się powtarzać... , czyli Mundial Quadów 2005

Arek Kwiecień 19.09.2005
Podobnie jak w roku ubiegłym, zwycięzcą Mundialu Quadów 2005 została amerykańsko-angielska para Doug Eichner – John Mitchell, startująca Yamahą Banshee 350. Zespół ATV Polska Duncan Racing Team, w składzie: Leonard Duncan, Paweł Sobczyk i Rafał Sonik, jadący Hondą TRX 450R, uplasował się na miejscu 67. Końcowa pozycja nie oddaje obrazu bardzo dobrej jazdy naszych reprezentantów, których z walki o najwyższe lokaty wyeliminowała niestety pechowa awaria układu paliwowego.

Pont de Vaux. Maleńka miejscowość położone nieopodal Lyonu, dla której mieszkańców czas przez większą część roku nie odgrywa większego znaczenia. Senna atmosfera odchodzi w niepamięć tylko raz w roku - w sierpniowy weekend, gdy do Pont de Vaux zjeżdżają się najlepsi kierowcy świata jeżdżący na quadach. Kto zwycięży w 12-godzinnych zawodach PdV Racing, lepiej znanych jako Munidal Quadów, otrzymuje – nieoficjalny, ale przed nikogo niekwestionowany – tytuł Mistrza Świata ATV.

Zawody rozpoczynają się od treningu z pomiarem czasu, na którym 120 zespołów (w każdym jedzie 2 lub 3 kierowców) rywalizuje o jak najlepszy wynik pojedynczego okrążenia toru o długości blisko 4 kilometrów. Rezultat treningu decyduje o rozstawieniu maszyn na linii startowej każdego z trzech biegów.

Bieg I – sobota, godziny: 15.00-18.00
Start do trzygodzinnego biegu pierwszego wygrały KTM-y. Na prowadzeniu znalazł się amerykański team nr 97: Creamer – Lawson – Crant, a tuż za nim podążał – ku radości polskich kibiców – team nr 99, w składzie którego jechał Polak Grzegorz Brzozowski. Wyścig na dobre jeszcze nie rozpoczął, a już po drugim okrążeniu do pit-stopu zjechał jeden z faworytów Grégory Lassaigne. Z powodu awarii swojej Yamahy Francuz, który w Pont de Vaux zwyciężał już trzykrotnie, utknął u mechaników na blisko 3 godziny, a na tor powrócił tuż przed zakończeniem biegu, by przejechać ledwie 4 okrążenia. Lassaigne nie był jedynym pechowcem – już po pięciu okrążeniach z wyścigu wycofała się Banshee świetnego Irlandczyka Justina Reida, a po jedenastu - VYX Special znanego z rajdów „Dakar” Czecha Josefa Machacka. Zły dzień mieli również Polacy: siedemnaście okrążeń z powodu kłopotów z silnikiem wykonał KTM Grzegorza Brzozowskiego, a dwadzieścia cztery – Honda zespołu ATV Polska. W chwili awarii układu paliwowego Paweł Sobczyk (który na dodatek jechał z kontuzją nogi) znajdował się na samym środku toru, dlatego nim powrócił do pit-stopu, upłynęło sporo czasu, co przekreślało szanse Polaków na wysokie lokaty. Mimo to nasi reprezentanci postanowili wziąć udział w dalszej części wyścigu, chcąc sprawdzić maszynę oraz swoje możliwości.

Bieg pierwszy ostatecznie zakończył się zwycięstwem duetu Eichner/Mitchell, jednak tę samą liczbę okrążeń (59) uzyskały jeszcze trzy inne zespoły.

Bieg II – sobota, godziny: 20.00-1.00
Pięciogodzinny bieg drugi stanowi najtrudniejszy etap PdV Racing. Godzinę po starcie tor spowijają ciemności, a zawodnicy widzą jedynie to, co oświetlają reflektory zamontowane na ich pojazdach. Jazda z prędkością grubo ponad 100 km/h po straszliwie powybijanym torze, a przede wszystkim skoki oddawane „po omacku”, wymagają doskonałych umiejętności, a także niezwykłej odwagi. Najlepsi nie zmienili jednak stylu jazdy – Eichner i Mitchell nadal przeciskali się z ogromną prędkością pomiędzy wolniejszymi zawodnikami, a niesamowici Amerykanie z teamu 97 wciąż oddawali skoki w stylu „free-jumping”.

Ku zaskoczeniu wszystkich po 3 godzinach jazdy na prowadzeniu znajdowała się Yamaha z nr 2, którą wraz z kolegami startował ten, który już nie mógł liczyć się w walce o zwycięstwo - Grégory Lassaigne. Ambitnym Francuzom nie dane było jednak - mimo przegranej wojny – wygrać tę nocną bitwę: na początku 4. godziny z powodu awarii zmuszeni zostali definitywnie wycofać się z wyścigu. W tym momencie prowadzenie objął niezawodny duet Eichner – Mitchell, któremu o 1 w nocy zaliczono w sumie 93 okrążenia – o 2 więcej niż drugim na mecie, rewelacyjnym Hiszpanom z teamu nr 13 (Escudero/Ullastres/Ullastres).

Polscy kibice również mieli powody do radości – Honda teamu ATV Polska, którą jechali na zmianę Rafał Sonik i Leonard Duncan (spuchnięta i obolała noga nie pozwalała Pawłowi Sobczykowi wspomóc kolegów) uplasowali się na niesamowitym 12. miejscu, pokonując m.in. takich tuzów jak Tavis Cain i Chad Lohr! Grzegorz Brzozowski niestety ponownie nie ukończył biegu, wycofując się 58 okrążeniach, ale plasując się na 2. miejscu w klasyfikacji najszybszego okrążenia toru.

Bieg III – niedziela, godziny: 13.00-17.00
Deszcz, który przeszedł nad Pont de Vaux w nocy z sobotę na niedzielę, spowodował, że ubite przez koła quadów klepisko toru namokło, znacząco utrudniając jazdę wszystkim zawodnikom, a szczególnie tym, którzy startowali dwusuwami. W tej sytuacji przewaga dwóch okrążeń, jaką Eichner z Mitchellem wypracowali sobie nad czterosuwowymi rywalami, mogła łatwo zostać zniwelowana.

Niedzielny etap był popisem jazdy „szalonego” teamu 97, którego skład stanowili młodzi Amerykanie. Ich KTM przefruwał nad przeszkodami, przed którymi większość rywali zwalniała, a sami zawodnicy popisywali się efektownymi sztuczkami, jakby zapominając, że walczą w najważniejszych zawodach ATV na świecie. Ostatecznie to oni właśnie wygrali ten etap i dzięki znakomitej jeździe przesunęli się z 27. na 7. miejsce w klasyfikacji generalnej! Końcowego zwycięstwa nikt nie był w stanie odebrać najlepszemu zawodnikowi w dziejach Mundialu Quadów – Dougowi Eichnerowi, który na tym finałowym etapie uplasował się na miejscu 2., nie tylko utrzymując prowadzenie w „generalce”, ale i dokładając swym najgroźniejszym rywalom dwa dodatkowe okrążenia.

W niedzielę po raz kolejny mieliśmy okazję obserwować bardzo dobrą jazdę duetu Sonik – Duncan. Choć polsko-amerykański zespół nie miał już szans na najwyższe lokaty, czerwona Honda z numerem 32 wykręcała bardzo dobre czasy, plasując się ostatecznie na 15. pozycji. ATV Polska Duncan Racing Team udowodnił, iż w tym składzie i na tym pojeździe jest w stanie skutecznie walczyć z najlepszymi (na 2. i 3. etapie Sonik z Duncanem byli lepsi m.in. od Tavisa Caina i Chada Lohra!) – gdyby nie pechowa awaria oraz kontuzja Pawła Sobczyka, nasz team miałby duże szanse na miejsce w pierwszej „piętnastce”, a kto wie, czy nie „dziesiątce”, co jeszcze kilka lat temu wydawałoby się pomysłem fantasty. W przyszłym roku taki wynik z pewnością nikogo już z nas nie zaskoczy...
Arek Kwiecień
fot. Arek Kwiecień



Zobacz galerię