ATV Polska
A A A

II Edycja Grand Erg Oriental 2007 zakończona! Cel wyprawy został osiągnięty: Borj El Khadra - najbardziej wysunięty na południe punkt Tunezji!

17.01.2008
Pięciu doborowych jeźdźców: Adam, Jachu, StapleS, Wodziu i Zdeżak. Ponad 1200km po piaskach Sahary. Rajdowe tempo, wspaniała atmosfera i niezapomniane przeżycia!

Dzień I - 530km samochodem -> 133 km quadami
Tataouine -> Rozwidlenie szlaków El Borma - El Khadra


Godzina 3:30 w nocy. Przybijamy promem do Tunezji. Przygoda miała się zacząć na Saharze a zaczyna się już podczas odprawy. Policjant wypytuje nas gdzie się wybieramy i po co nam tyle sprzętu. Wymyślone tłumaczenie Zdeżaka, że jesteśmy sportowcami i przyjechaliśmy na trening przed rajdem Maroko – Tunezja zaspokaja jego ciekawość i pozwala na przystąpienie do odprawy. Odprawa to około pięć różnego rodzaju papierków do wypełnienia na każdy pojazd ( 5 quadów, samochód, przyczepa ,) z czego połowa okazuje się zbyteczna. Liczą się Dinary a nie papierki. Przy pomocy lokalnych „doradców” odprawę przechodzimy bez większych problemów – kasują 20 dinarów + 2 puszki Red Bulla. Teraz czeka nas „tylko” trasa o długości 500 km do Tataouine gdzie czeka na nas reszta ekipy (Adam, Jachu i Wodziu).


Na miejsce dojeżdżamy około 10:30. Zapoznanie się z kompanami wyprawy, szybki rozładunek sprzętu, ostatnie przygotowania do wyjazdu na pustynię, tankowanie i… w drogę! Obieramy kurs Ksar Ouled Soltane.

Po krótkim odcinku asfaltu wjeżdżamy na szutry, które prowadzą przez góry. Spod kół maszyn wzbijają się tak wielkie tumany kurzu, że widoczność spada prawie do zera. Później zaczyna się już piasek i… pierwsze kłopoty.
Po przejechaniu kilkunastu kilometrów Adam zauważa, że pali się kontrolka przegrzania silnika. Okazuje się, że ma zapchaną błotem chłodnicę. Po kilku zabiegach kosmetycznych z użyciem szczoteczki do zębów, kompresora do pompowania kół i wody, udaje nam się wyczyścić zalepione miejsca i ruszamy w dalszą drogę.

Przez pustynię docieramy do Ramady, gdzie stemplujemy pozwolenia na wjazd na teren militarny, tankujemy baki do pełna i ruszamy dalej.

Wjeżdżamy w kamienną pustynię na szlak przez El Kamboutt do Borj El Khadra. Zapada zmrok. Szukamy kawałka miejsca z piaskiem w morzu kamienistej pustyni aby rozbić pierwszy obóz. Pierwsza noc nie okazała się zbyt przyjemna. Najpierw zewsząd słychać było wycie psów lub kojotów, później około 3:00 nad ranem wszyscy obudzili się z zimna – temperatura spadła tak drastycznie, że spaliśmy w odzieży termicznej, polarach i czapkach. Tak minął pierwszy dzień naszej wyprawy.

Dzień II - 228 km
Rozwidlenie szlaków El Borma -> El Khadra -> Jezioro -> okolice Bir Pistor


Wczesnym rankiem pobudka. Zimno jest tak przenikliwe, że wszyscy odkładają wyjście ze śpiwora. Czekamy na wschód słońca – ok. 8:00. Szybkie śniadanie, zwijamy obozowisko i ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy z dość dużą prędkością przez pustkowia. Dojeżdżamy do Bir Zar - posterunku wojskowego na granicy z Libią. Dookoła wielkie pustkowie i płaskowyże. Postanawiamy na jeden z nich wjechać i podziwiać widoki. Zdobywamy szczyt i zauważamy, że w przeciwnym kierunku niż my, jedzie grupa motocyklistów. Jest to pierwsza grupa off-roadowa jaką mijamy.
Jedziemy dalej szutrem. W połowie dnia docieramy do Tiretu - kolejnego posterunku, gdzie zbieramy pieczątki na przejazd strefą militarną. Tutaj też znajduje się przepompownia paliwa gdzie uzupełniamy nasze zapasy. Pierwszy raz w życiu tankujemy z dystrybutora ustawionego w budce na środku pustyni. Cena paliwa jest dwa razy wyższa niż w miastach, ale nie mamy wyboru, bo wiemy, że to ostatnia możliwość tankowania przez najbliższe trzy dni. Od tej pory pojawia się coraz więcej upragnionego piasku. W małej palmiarni Bir Tiaret robimy krótki postój na uzupełnienie płynów i drobny posiłek - batonik. Tutaj powstaje plan, że obóz rozbijemy w pobliżu granicy libijsko – tunezyjskiej.

Ruszamy dalej. Po kilku kilometrach okazuje się, że jeden z kanistrów wiezionych przez Zdeżaka przetarł się i wycieka z niego paliwo. Lało się na rozgrzaną rurę wydechową i silnik. Szybka akcja uchroniła nas od nieszczęścia.

Po kilku dalszych kilometrach ukazuje się Grand Erg Oriental – wielka piaskownica, czyli to, na co czekaliśmy całą drogę! Słońce ma się ku zachodowi. Wjeżdżamy w wielkie wydmy. Obrany przez nas kurs jest prostopadły do nich. Podjazdy mają po kilkadziesiąt metrów i trzeba się dobrze rozpędzić aby osiągnąć szczyt. Jazda po wielkich stromych zboczach w świetle zachodzącego słońca sprawia nam wielką frajdę. Jadąc raz w górę raz w dół, chciało by się, aby ten moment trwał wiecznie. Czujemy się jakbyśmy swobodnie szybowali i nie obowiązywały nas żadne prawa fizyki. A to dopiero początek wielkich piasków Sahary! Dojeżdżamy do celu dzisiejszej wyprawy- wyschniętego jeziora Bir Pistor tuż przy granicy z Libią, gdzie występuje róża pustyni. Każdy zaopatruje się w okazałe skamieliny. Zaczynamy się rozglądać za miejscem na obóz, gdyż lada chwila dopadnie nas ciemność. Tutaj jest całkiem inaczej niż u nas, gdzie najpierw robi się szaro. Na pustyni można powiedzieć, że dzieje się tak, jakby ktoś wyłączył światło. Obóz rozbijamy w ciemnościach, spożywamy posiłek i opowiadamy o przeżyciach dnia. Wszyscy jesteśmy pod wielkim wrażeniem ogromu pustyni. Zmęczeni jazdą i wrażeniami szybko kładziemy się spać. Na polu walki pozostaje tylko Adam i Jachu, którzy próbują rozwiązać problem przegrzewającego się quada. Okazuje się, że filtry powietrza po dwóch dniach jazdy są tak zapchane wszechobecnym pyłem, że jest to prawdopodobna przyczyna naszych problemów. Jutro czeka nas dalsza podróż pełna niespodzianek.


Dzień III – 170 km
Bir Pistor – okolice El Borma.


Kolejna zimna noc za nami. Tym razem każdy odpowiednio zabezpieczył się przed zimnem i nie było nieoczekiwanych pobudek w środku nocy. Spaliśmy na środku pustyni gdzie spotkanie kogokolwiek graniczy z cudem. O dziwo, rano znaleźliśmy ślady butów, które prowadziły obok naszego obozowiska i ciągnęły się wzdłuż wydm. Czyje to ślady??? Tego się nie dowiedzieliśmy i pozostanie tajemnicą tego kto je pozostawił.

Wyruszamy w dalszą trasę przez wyschnięte jezioro – przed nami niezapomniany widok: fatamorgana. Fale rozgrzanego powietrza płyną po płaskiej powierzchni pustyni. Po dwóch godzinach jazdy dobijamy do Bjor El Khadra. Tu stykają się granice trzech państw: Algierii, Libii i Tunezji. Bjor El Khadra to najdalej wysunięty punkt na południe Tunezji. Znajduje się tu oaza oraz posterunek wojskowy. To co wzbudziło nasze zdziwienie, to oczko wodne przypominające bagno! Zamawiamy kawę w lokalnej kawiarence, ale jej zapach przypomina ten, który wydobywa się z pobliskiego bagienka. Aby nie robić przykrości właścicielowi staramy się ją spożyć. Adam dokonuje ostatecznej kosmetyki chłodnicy korzystając z wody i gościnności tubylców. Ruszamy w dalszą trasę na wielkie piaski - w nieznane.

Jedziemy wzdłuż granicy z Algierią, zdobywając kolejne szczyty wydm. Jazda przez wielkie piaskowe wzniesienia dostarcza nam takiej frajdy, że moglibyśmy spędzić tak cały dzień. Niektóre z wydm mają ponad 300 metrów. Na tych piaskach rozgrywany jest słynny rajd OPTIC. Jazda jest przyjemna a zarazem niebezpieczna. Zdobywając kolejne szczyty trzeba być cały czas skoncentrowanym, aby nie popełnić najmniejszego błędu. Każdy nierozważny ruch kierownicą lub gazem może spowodować, że zakopiesz quada w sypkim piasku lub zaliczysz rolkę z 200 metrowej wydmy. Bywały momenty, że któryś z nas zostawał na szczycie z zakopanym quadem. Całe szczęście obyło się bez rolek. Dzięki dobrej współpracy szybko wychodziliśmy z wszelkiego rodzaju opresji. Nasza ekipa była zgrana i przyświecała nam maksyma: „Jeden za wszystkich wszyscy za jednego”! Co jakiś czas mkniemy twardymi płaskowyżami gdzie prędkość sięga 80 –90 km/h. Jest to doskonały moment, aby schłodzić maszyny po ciężkiej pracy na grząskich piaskach wzniesień. Cały dzień mija nam na wspaniałej zabawie. Dzień ma się ku końcowi i rozbijamy kolejne obozowisko pomiędzy wydmami. Podczas kolacji odwiedza nas gość- skoczek pustynny. Jest tak śmiały i oswojony jakby miał codziennie do czynienia z ludźmi. Zagląda nam do namiotów, śpiworów i menażek. Dzielimy się z nim prowiantem, który skrzętnie wynosi do swojej nory. Wykorzystując wyschnięte trawy i krzaki postanawiamy rozpalić ognisko. Odpalamy je przy pierwszej próbie wykorzystując odrobinę benzyny. Wspominając miniony dzień i planując kolejną trasę spędzamy wieczór. To był pracowity dzień, który dostarczył nam niezapomnianych wrażeń, ale już jutro ciąg dalszy naszych zmagań!

Dzień IV – 76 km. El Borma i okolice

Kolejny poranek. Pozwoliliśmy sobie na dłuższy odpoczynek i wstajemy ok. godziny 10:00. Zwijamy obozowisko, gdy nagle Wodziu zauważa skorpiona przechadzającego się pomiędzy naszymi maszynami. W jednej sekundzie uświadomiliśmy sobie, że niebezpieczeństwo ukąszenia przez pająka było bardzo duże! Opuszczamy miejsce obozu w pośpiechu. Zaczyna się kolejny dzień jazdy przez wielkie wydmy. Wspinamy się na kolejny szczyt, z którego na horyzoncie widać bazę naftową w El Borma. Dojeżdżamy do zabudowań. Widok przypomina sceny z filmów science fiction. Niska zabudowa, porozrzucane beczki, stare maszyny budowlane i wraki samochodów. Kilometry rur z ropą i płomienie z szybów naftowych. Dojeżdżamy do kawałka asfaltu, który prowadzi nas do stacji benzynowej. Tam uzupełniamy zapasy paliwa. Spotykamy kolejną grupę, która przemierza bezdroża Sahary. Jadą Defanderem G-klasa oraz motocyklem BMW. Ich kurs jest przeciwny do naszego i zadajemy sobie pytanie: jak daleko dojadą w tak trudnych warunkach? Podbijamy kolejne przepustki w bazie wojskowej i wyruszamy szutrową drogą w kierunku na Bir Auine.

Pokonujemy ok. 20 kilometrów i dzieje się to, czego nie było w naszych planach! Adam zauważa, że nie ma powietrza w tylnym kole! Okazuje się, że na ostrych kamieniach przebił oponę w dwóch miejscach. Próbujemy naprawić koło przy pomocy zestawu naprawczego. Po godzinie ruszamy w dalszą drogę. Niestety po kolejnych 3 kilometrach sytuacja się powtarza. Jedna z dziur (a właściwie rozcięcie) przepuszcza powietrze. Kolejne próby napraw nie dają efektu. Podejmujemy decyzję o odkręceniu koła, powrocie dwóch osób do El Bormy i poszukaniu kogoś, kto będzie potrafił naprawić oponę. Na stacji benzynowej jest wulkanizacja – naprawiają opony od wielkich maszyn. Tam dokonujemy próby naprawy. Niestety rozcięcie jest tak duże, że nic nie da się zrobić. Mechanik wkłada dętkę do opony i pompuje koło. Akcja trwa tak długo, że zapada zmrok. Chłopaki wracają na miejsce awarii, gdzie rozbijamy obóz. Koło zostało naprawione, ale ile wytrzyma dętka w trudnym terenie? Musimy podjąć decyzję przed jutrzejszą jazdą, bo wkraczamy w najtrudniejszy odcinek wyprawy. Są dwa rozwiązania – wrócić do El Bormy i szukać transportu do bazy w Tataouine lub jechać dalej i liczyć na szczęście. Po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw zapada decyzja, że rano startujemy w dalszą drogę! Kładziemy się spać z nadzieją, że uda nam się w komplecie przejechać cała wyprawę.

Dzień V – 209 km.
Okolice El Borma -> Bir Auine -> Ksar Ghiliane


Pobudka o 8:00. Miniona noc była najcieplejsza ze wszystkich. Przed nami odcinek 200 km po średniej wielkości wydmach. Piasek jest sypki i łatwo zakopać quada. Przebijamy się przez pasmo wydm w dół, do jednego z wyschniętych jezior. Po chwili orientujemy się ze Zdeżakiem, że jest nas tylko dwóch. Wracamy po śladach w górę, aby sprawdzić co dzieje się z kompanami wyprawy. Niestety stało się to, czego tak bardzo się obawialiśmy. Dętka w kole Adam się obróciła i wyrwało wentyl. Stało się dla nas jasne, że nie możemy tak dalej jechać!
Stanęliśmy przed podjęciem najtrudniejszej decyzji podczas naszej przygody. Musieliśmy się rozstać. Adam, Jachu i Wodziu zmuszeni byli do powrotu do El Bormy, gdzie musieli znaleźć transport dla rozwalonego quada do Tataouine. Trasa do miejsca skąd rozpoczynaliśmy naszą przygodę to ok. 300 km, z czego 200 po szutrach. Nasza dwójka postanowiła wyruszyć w dalszą trasę. Otrzymujemy od chłopaków zapas wody, prowiant i paliwo. Ustalamy, że jeżeli w ciągu dwóch dni nie damy znaku życia, chłopaki nie lecą do Polski i wzywają pomoc. Żegnamy się z kompanami wyprawy i odjeżdżamy w nieznane. Po chwili obracamy się aby pożegnać chłopaków spojrzeniem, ale zniknęli już za wydmami. Przed nami trudne zadanie. Wysoka temperatura, góry sypkiego piasku, brak zasięgu w telefonie, mało uczęszczany szlak podnoszą nam poziom adrenaliny.

Jesteśmy zdani sami na siebie. Pierwsze kilometry pokazują, że nie będzie łatwo. Wydmy stają się coraz wyższe a nasze maszyny po raz kolejny zapadają się w grząskim piasku. Nie pomaga przełożenie 4x4. Ręcznie wyciągamy quady i podejmujemy decyzję o zmianie trasy. To zbyt duże ryzyko, aby jechać dalej pierwotnie obranym kursem. Jedziemy na zachód, przekraczamy granicę algierską. Wybrany szlak okazuje się nieco łatwiejszy. Jedziemy przez morze piasku. Wydmy niczym fale, powodują że raz się wznosimy, raz opadamy. Quady ciężko pracują w sypkim piachu, wentylatory raz po raz uruchamiają się, aby ostudzić rozgrzane do granic wytrzymałości silniki. W przypadku jakiejkolwiek awarii holowanie w tak trudnym terenie byłoby niemożliwe. Po kilkudziesięciu kilometrach wjeżdżamy z powrotem na teren Tunezji. Wjeżdżamy na jedno z wyschniętych jezior. Jedziemy z prędkością 20 km/h i uważamy aby nie rozciąć opony. Cały płaskowyż usiany jest ostrymi kamieniami. Po 5 godzinach walki w terenie osiągamy połowę drogi -posterunek wojskowy Bir Aouine. Posterunek w samym sercu gorącej Sahary przypomina opuszczony bunkier. Podchodzi do nas grupa mężczyzn w swetrach tureckich i zaczyna wypytywać skąd i dokąd jedziemy. Okazuje się, że to wojskowi a jeden z nich to dowódca posterunku. Podbijamy przepustki i wyruszamy w dalszą drogę do Ksar Ghiliane. Zmienia się krajobraz naszej podróży. Jedziemy obok siebie z dużą prędkością kamienistym szlakiem, na którym co jakiś czas napotykamy małe, świeżo nawiane wydmy. Po lewej stronie zostawiamy ścianę tysiąca wydm Wielkiego Ergu. Do oazy pozostało nam jeszcze około 80 km. Czując się pewnie na trasie, podwyższamy tępo. Chwilami czujemy się jakbyśmy brali udział w rajdzie. Mimo że trasa wydaję się prosta, musimy uważać aby nie popełnić błędu przy którymś ze skoków na wydmach, bardzo łatwo o wypadek! Przed nami zarys oazy Ksar Ghiliane. Odkręcamy manetki do końca i o 16:00 osiągamy nasz cel. Przybijamy piątki – odcinek pokonany w rajdowym tempie dostarczył nam wielkiej satysfakcji. Ksar Ghiliane to komercyjna oaza z luksusowym hotelem gdzie przybywają wszystkie wycieczki z turystami. Rozbijamy obóz na płatnym polu i idziemy skorzystać z małego termalnego jeziorka. To nasza pierwsza kąpiel od pięciu dni. Wieczorem dzwonimy do chłopaków z meldunkiem, że dojechaliśmy do celu i z zapytaniem czy udało im się wydostać z El Bormy. Okazało się, że mieli nie lada wyprawę. Przebijali się przez wydmy holując Adama, co zajęło im kilka godzin. Następnie próbowali załadować rozwalonego quada na Pick-up’a ale niestety okazał się zbyt długi. Dopiero o 19:00 udało się załadować maszynę na ciężarówkę i wyruszyć do Tataouine. Rano będziemy dzwonić aby się dowiedzieć jak minęła podróż!

Dzień VI – 164 km
Ksar Ghiliane -> Douz -> Bir Soltane



Wczesnym rankiem pobudka. Noce wydają się cieplejsze lub już się przyzwyczailiśmy do takich warunków. Na śniadanie jemy świeżo wypieczone mace i mocną lokalną kawę. Wyruszamy w kierunku Douz. Jedziemy przez wydmy o łagodnych zboczach. Dojeżdżamy do Desert Cafe skąd szerokim szlakiem kierujemy się na północ. Odkręcamy gaz i mkniemy co rusz odrywając się od ziemi w kierunku „Bramy Pustyni”. Pierwszy etap dzisiejszej podróży za nami. Zatrzymujemy się w lokalnej restauracji na posiłek. Dzwonimy do chłopaków z zapytaniem czy bezpiecznie dotarli do bazy. Na szczęście przejechali trasę bez większych niespodzianek. Pokonali 270 km w sześć godzin. Adam podróż spędził w szoferce lokalnego drivera zaś Jachu i Wodziu dzielnie zabezpieczali transport na quadach. Cena jaką przyszło zapłacić za transport to 500$. Najważniejsze, że wszyscy są cali i zdrowi. Podczas posiłku ustalamy, że jedziemy w kierunku oazy Bir Soltane. Tankujemy paliwo, uzupełniamy braki wody i pożywienia i kierujemy się z powrotem na pustynię. Jadąc asfaltem nie możemy znaleźć szlaku do oazy. Zdeżak wypytuje lokalnych rolników o kierunek drogi. Mimo bariery językowej dogadują się bez najmniejszego trudu. Zjeżdżamy z asfaltu w pustynię. Zaczyna się jezioro Sahary, El Mrazig porośnięte camel grasem i małymi wydmami.

Po kilku kilometrach dojeżdżamy do płotu. Teren ogrodzony to baza wojskowa. Przebijamy się wzdłuż ogrodzenia przez setki wydm grząskiego piachu. Ten odcinek miał być łatwy i przyjemny, a okazuje się bardzo wymagający. Lawirujemy pomiędzy wydmami na pełnej koncentracji, nasze przedramiona pracują na pełnych obrotach. Pokonując kolejne wzniesienia mamy nadzieję ze to już koniec męczarni i będziemy mogli rozluźnić mięśnie ale końca wydm nie widać. Słońce ma się ku zachodowi, w linii prostej do celu mamy ok. 20 km. Czujemy coraz większe zmęczenie, przedramiona pulsują, a teren robi się coraz trudniejszy. Zapada zmrok a końca naszej trasy nie widać ciągle 20 km w linii prostej. Jazda w ciemnościach przez wydmy jest trudna, bagaże na przedzie zasłaniają widok, a na dodatek jest słabe oświetlenie. Co chwila wpadamy w koleiny i co jakiś czas nasze quady grzęzną w sypkim piachu. Z jednego z wzniesień dostrzegamy świetlisty punkt. To chyba cel naszej wyprawy. Ostatnie kilometry to prawdziwa walka. Podjazdy są strome, wydmy sięgają 30 metrów a za nimi wciąż kolejne. W końcu docieramy do celu wyprawy – oazy Bir Soltan. Okazuje się, że miejsce to przypomina scenografię horroru. Opuszczona hydrofornia, budynki i unoszący się odór nie zachęcają do rozbijania obozu. Mimo zmęczenia postanawiamy znaleźć inne miejsce na nocleg. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do lokalnego baru. Miejsce wydaje się być popularne, na ścianach widnieją tysiące wizytówek ludzi z całego świata. Korzystając z gościnności miejscowej ludności kładziemy się spać w sklepie z pamiątkami.

Dzień 7 – 188 km – Quadem 400 km- Samochodem
Bir Soltane -> Matmata -> Tataouine (quad)
Tatouine – Sousse (samochód)


Nadchodzi kolejny ranek. Noc była wyjątkowo zimna. Spożywamy świeżo wypieczoną macę, popijając mocną kawą. Wychodzimy na zewnątrz, a tuż obok baru przebiega asfaltowa droga prowadząca do Ksar Giliane. Dziękujemy tubylcom za gościnność i wyruszamy w dalszą drogę. Kierunek Matmata. Jedziemy szutrowym szlakiem, który pnie się w góry. Po godzinie dojeżdżamy do zielonej doliny z korytem okresowej rzeki, którą podążamy w kierunku El Hafsy.

Dojeżdżamy do wioski. Zdeżak porusza się pomiędzy domami z taką łatwością jakby znał to miejsce od dziecka. Ku mojemu zdziwieniu bez problemu znajduje opuszczone domy w skałach. Kierujemy się na Matmatę. Powoli wspinamy się w górę po wielkich głazach i nagle droga się kończy stromym urwiskiem. Odnajdujemy szlak, który prowadzi wyciętą w zboczu drogą. Nasze maszyny się mocno przechylają a spod kół obsuwają się kamienie. Naładowani energią docieramy do Matmaty. Wypijamy mocne espresso w lokalnej kawiarni, oglądamy domek Skywalkera i ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy górskim, szutrowym szlakiem. Wkoło piękne widoki na małe wioski zanurzone w zboczach gór. Odkręcamy gaz do końca, w każdy zakręt wchodzimy bokiem - odcinek iście rajdowy! Przejeżdżając przez dolinę porośniętą drzewami oliwnymi, dojeżdżamy do małego miasteczka Beni Khedrache. Wymieniamy pozdrowienia z lokalną ludnością i kierujemy się do Chenini, gdzie czekają nas wspaniałe widoki na domy berberyjskie. Jest to nasz ostatni postój przed bazą w Tataouine.

Naszą wyprawę przez pustynię kończymy około godziny 16:00. Pakujemy quady na lawetę, przebieramy się i wyruszamy w drogę do Sousse, gdzie czeka nas ostatni nocleg przed wjazdem na prom.

Wyprawa pozostawi nam w pamięci niezapomniane przeżycia, wspaniałe widoki i przyjaźń, która powinna zaowocować dalszymi wyprawami na quadach w najdalsze zakątki Europy i świata.

Organizator wyprawy: Hurtownia Adrenaliny.pl- Paweł Deżakowski-Zdeżak

Podziękowania dla firm wspierających wyprawę:
Hurtownia Adrenaliny
Kenda
Red Bull
Scott
Milo
G&G Studio



Zapraszamy do [l=http://picasaweb.google.pl/Quadsafari.pl/TUNEZJAQUADADVENTURE2007]galerii zdjęć[/l].

Autorzy zdjęć:
Adam Oleksy - Olek
Paweł Deżakowski - Zdeżak
Robert Jachacy - Jachu
Sławek Zabieglik - StapleS

Do zobaczenia na szlaku!