ATV Polska
A A A

Libia Quad Adventure 2008

Hurtownia-Adrenaliny.pl 27.11.2008
Już w zeszłym roku, będąc jedną nogą za granicą libijską, podczas wyprawy do Tunezji postanowiliśmy ze StalpeS’em, że za rok znów tam pojedziemy.

Rozpoczynamy przygotowania do wyprawy. Jak co roku jeszcze przed wpłatą wpisowego i zakupem biletów promowych jest sporo chętnych. Nagle, gdy przychodzi dzień wykupu biletów i składania wniosków wizowych - epidemia! Większość z chętnych wycofuje się!
Zostajemy w czwórkę - sprawdzona ekipa lubiąca wyzwania:
Jarosław Małkus- Jarys
Mateusz Więckowski- Apteka
Sławek Zabieglik- StapleS
Paweł Deżakowski- Zdeżak


Wszystko mamy już prawie gotowe. W tym roku zamiast plastikowych zabieramy metalowe kanistry. Ja pakuję sześć 10-cio litrowych, a chłopaki biorą trzy 20 –to litrowe. Tylko StapleS pozostaje przy pęczniejących plastikach. Następną innowacją są bagażniki. I tu przebojem są „jubilery” - apteki mieszczące niezliczone ilości sprzętu. Jarys montuje z tylu bagażnik myśliwego (również całkiem spory), ja unowocześniam aluminiowy bagażnik dodając wyższe ranty. StapleS znów pozostaje przy starym rozwiązaniu - więcej sznurków, mniej techniki!

Quady gotowe do wyprawy

Nagle kilka dni przed wyprawą siada turbina w moim trafficu. Mamy problem z transportem. Nastały nerwowe chwile. Na szczęście Łukasz, super mechanik, stanął na wysokości zadania i pomotał silniczek.

Ruszamy! Przed nami około 1500 km do Genui, gdzie ładujemy się na prom, który za dwadzieścia cztery godziny dopłynie z nami do Tunisu. Niestety nie ma bezpośrednich promów do Libii. Zapomniałem dodać, że Polski wyjeżdżamy bez wbitych do paszportów wiz, ponieważ ambasada spóźniła się z formalnościami. Zagraliśmy vabank. Postanowiliśmy nie zmieniać terminu wyjazdu i starać się załatwić papierkowe sprawy na granicy w Tunisie.
Gdy jesteśmy we Włoszech, dzwoni do nas Pan konsul z tunezyjskiej ambasady i podaje nam magiczny numer, który pomoże nam uzyskać wizę. Nastroje znacznie się poprawiają.
Nareszcie ończymy promową przeprawę. Przed nami port La Goulet.
Zjeżdżamy z promu i zaczyna się walka z formalnościami. Jesteśmy odsyłani od okienka do okienka, od ludka aż w końcu firmujący wyprawę t-shirt, kilka red bulli oraz dwie godziny „bąblowania” na granicy kończą się pieczątką wjazdową do Tunezji. Szczęśliwi ale znużeni rejsem ruszamy w nocną trasę do Tataouine, oddalonej od portu około 550 km.

Dzień 1
Tataouine - okolice Dhibat - 160 km

Tataouine to nasza baza wypadowa na południe Tunezji. Tu w znajomym hotelu zostawiamy samochód z przyczepą. Pakujemy nasz cały szpej na Hondy. Ja konsultuję z lokalnym urzędnikiem potrzebę zezwoleń na proponowaną przeze mnie trasę. Na szczęście okazuje się, że na ten odcinek zezwolenia nie są potrzebne.

Ruszamy. Przed nami pierwszy etap. Na szczęście już na quadach kierujemy się ku Remadzie - miasteczku chyba najbardziej wysuniętym w kierunku tunezyjskiej części Erg Oriental. To znajomy odcinek z zeszłego roku rozpoczynający się górami, przechodzący w pustynię z gęstym camel grassem. Dobre miejsce, żeby rozgrzać kości i przypomnieć sobie technikę jazdy po piasku i wydmach. Parę kilometrów sypkim piachem i w moim quadzie zapala się kontrolka temperaturę. Dokładnie w tym samym miejscu, rok temu , ta sama kontrolka zapaliła się Adamowi. Sprawdzam chłodnicę no i jest przyczyna. To ta jedyna rzecz, o którą się nie zatroszczyłem przed wyjazdem. Dalej lecimy już dobrym tempem.
Osiągamy Remadę. Stacja - dobijamy paliwo, ja przemywam chłodnicę i dalej ku granicy libijskiej. Pierwszy punkt kontroli wojskowej i dowiadujemy się, że jednak potrzebujemy zezwoleń ! Wreszcie po dłuższej chwili puszczają nas. Jedziemy kilkanaście kilometrów asfaltem i w Dhibat ( przejście graniczne dla lokalersów) odbijamy na północny wschód równolegle do granicy libijskiej. Towarzyszy nam piękny zachód słońca. Do Libii dosłownie rzut kamieniem. Obraliśmy szlak nie uczęszczany przez turystów. Wjeżdżamy prosto na patrol wojskowy. Kolejne zdziwienie - skąd się wzięliśmy bez zezwoleń?!. Zostawiamy fort za nami i powoli szukamy miejsca na nocleg. Jesteśmy 100 kilometrów od granicy. W oddali widzimy światła libijskiej wioski. Skręcamy w lewo i po zjechaniu około 400 metrów od szlaku kotwiczymy na piaszczystej polance. Rozbijamy obóz, sprawdzam czy nie ma śladów skorpionów lub innych mieszkańców pustyni. Teren jest czysty. StapleS wycina maczetą na opał i robimy ognicho. Jarys z Apteką wyciągają świeżutki namiot Quechua - dwójeczka dla parki znajomków. Nagle od strony traktu w naszym kierunku zmierzają trzy samochody. Na razie widać tylko światła. Pierwsza myśl – przemytnicy z Libii. Odruchowo sięgam po dyżurną maczetę. Trzy Toyoty parkują obok naszych namiotów, wysiadają z nich wojaki z groźną miną. Lecz po chwili jest już wesoło. Okazuje się, że nie dojechaliśmy do następnego punktu kontrolnego, w którym już o nas wiedzieli więc podjęto poszukiwania. W Tunezji obcokrajowcy są prawie jak święci, a tu lipa - szeryfowi zginęło 4 turystów. Zaczęli za nami pogoń, a my nieświadomi niczego, z dala od szlaku, przy kameralnym świetle popijamy wodę ognistą. Na pożegnanie wypijamy z dowódcą wódeczkę i grzecznie kładziemy się spać. Nagle światła znów kierują się w naszą stronę. Z auta wysiada nasz znajomy dowódca trzymając w ręce kilka granatów ( na szczęście tych do jedzenia). No cóż, otwieramy ponownie barek. Szeryf swobodnie łyka wódeczkę, zaczyna się wesoła wymiana zdań i prezentacja swoich filmików na komórach. Jest muzyczka, dobra atmosferka, i jak potem powiedział Apteka, jeszcze parę kieliszków i były by tańce.


Dzień 2
Okolice Dhibat- Rass Aidir - 191 km

Dobijamy do kolejnego posterunku. Tam jesteśmy witani z uśmiechem i od razu dostajemy eskortę na dalszy odcinek, która nieźle zasuwa pickupem Toyotą z podwieszonym sznurkiem bakiem. Gonimy go na odcięciu. Żegnamy swoją eskortę i dalej już sami powoli wjeżdżamy do przygranicznego miasta- targowiska, gdzie lądują niezliczone towary z Libii- Ben Gardane.
Robi się gorąco. Siedzimy w małej kafejce na rynku i łapiemy troszkę cienia. Mamy znowu zasięg więc wszyscy komóry w dłoń!

Opuszczamy tłoczne targowe miasteczko kierując się w stronę Rass Aidir - jedynego przejścia granicznego dostępnego dla obcokrajowców. Po kilku kilometrach odbijamy w szutrówkę i lecimy nad morze, to dosłowni 2 km.

Musimy się gdzieś zadekować na noc, ponieważ ze znajomym z Libii jesteśmy umówieni na następny dzień, w którym mamy mieć załatwione wszelkie formalności, a nie jest ich mało:
Po pierwsze musisz mieć zaproszenie, następnie uzyskać wizę libijska, którą mogą wbić do twojego paszportu, w którym będziesz miał zrobioną arabizację czyli przetłumaczony przez tlumacza przysięgłego paszport, następnie ubezpieczenie na quada, libijskie tablice tymczasowe no i opiekę przewodnika, bez którego formalnie nie wolno poruszać się po Libii

Jedziemy na azymut do brzegu. Nareszcie jest lazurowa cieepła woda! Zdejmujemy nasze buciory i odmaczamy stópki. Mateusz zaczyna swoje połowy krabów, których jest nie mało. Samo wybrzeże skaliste i naszpikowane wszechobecnymi śmieciami, w których dominują plastikowe butelki! Parę pamiątkowych fotek i lunch.

Zbieramy manele, chcemy podjechać na samo przejście. Myślałem, że Ras Adrij to kolejne miasteczko z przejściem granicznym lecz myliłem się. To naszpikowany zasiekami i wieżami wartowniczymi pas graniczny. Zawracamy, po chwili zatrzymuje nas wartownik i wypytuje o nasze zamiary - nic dziwnego jesteśmy metr od pasa niczyjego. Oznajmiamy mu, że chcemy gdzieś w pobliżu rozbić bazę do jutra. Po krótkiej konsultacji z dowódcą sugeruje nam biwak w niedalekiej odległości od mijanego wcześniej przez nas posterunku, warunkując to względami bezpieczeństwa. Tak więc czynimy. Rozbijamy namioty około 400 metrów od fortu pod, jedną z kilku palm, miejsce ok. choć grozi obecnością skorpionów…

CDN...