ATV Polska
A A A

Maroko off-road 2006 cz. 2 - wyprawa szaleńców

Paweł Deżakowski- Zdeżak www.hurtownia-adrenaliny.pl 20.06.2007
Przed miesiącem opublikowaliśmy [l=http://www.atvpolska.pl/index.php?s=artykuly&type=details&id=391]pierwszą część wyprawy[/l]
ekipy Brzoza, Pershing, Grzesiu i Zdeżak do Maroka. Czas na część drugą. Piąty dzień przygody, riderzy zbliżają się powoli do oazy...

Na trasie jakieś dwa auta rajdowe. Wyprzedzamy pierwsze z nich, a tam pani kierowca i pilot, samochód oblepiony naklejkami Des Gazele – chyba się przygotowują do rajdu albo on już trwa. Dojeżdżamy do posterunku wojskowego, a równo z nami nieźle przygotowany Nissan Patrol, również z damską ekipą. Wymieniamy uśmieszki. Kontrola trwa chwilkę, żołnierze z zaciekawieniem spoglądają na nasze maszyny. Kierujemy się do szlaku łączącego Mhamid z Zagorą.


Znów hamada, wjeżdżamy na przełęcz. Przed nami wspaniały widok górskiego pustkowia poprzecinanego śladami samochodów terenowych. Docieramy do głównej pisty, lecz ku mojemu zdziwieniu wpisana w nawigację trasa odchodzi w lewo. Decydujemy się do końca jechać po niej. Znowu wjeżdżamy w piaszczysty, trochę cięższy teren, nad nami wspaniale wyrzeźbione skały i ściany wzniesień. Ścieżka dość kręta pomiędzy coraz bardziej zieloną roślinnością. Widać, że trasa ta jest nieuczęszczana, zwęża się coraz bardziej. Ciężko byłoby tędy jechać terenówką. My dajemy radę i nagrodą jest wspaniały odcinek, biegnący wzdłuż koryta okresowej rzeki. Mijamy kolejną bramę skalną, która przecina ciągnący się w poprzek masyw Jebel Bani. Wyjeżdżamy na rozległą równinę, na końcu której jest cel dzisiejszej podróży. Powoli pojawia się woda w korycie i bujna roślinność. Dojeżdżamy do jakiejś wioski. Tu stajemy pod palmami, robiąc kilka zdjęć. Próbuję się wspiąć na jedną z nich w butach crossowych, ale jest bardzo klująca. Po chwili oblega nas gromada dzieciaków, obsiadających wszystkie maszyny. Kilkoro z nich podejrzało, jak chciałem wspiąć się na palmę – to teraz pokażą dziadkowi jak to się robi! Bez mrugnięcia okiem wskakują boso na ostre jak igły pnie palm – patrzę z podziwem!
Dojeżdżamy do Zagory. Trochę się orientuję w terenie, byłem tu rok wcześniej. Za wspaniałym hotelem znajdujemy cichy kamping pośród cienia gaju palmowego. Zajmujemy dwa przygotowane dla gości namioty i zamawiamy tadżina oraz bardzo oczekiwane zimne piwko. Po posiłku czyścimy filtry powietrza i sprawdzamy stan Hond – wszystko OK. Pełen relaks po naprawdę wymagającym i długim odcinku!
Jestem zadowolony z nawigacji – jednak czytanie mapy, orientacja w terenie oraz nawigowanie z odbiornikiem muszą iść w parze.

Odcinek Rajdu Dakar – 6. dzień
Zagora – Foum Zguid – Tazenakht – Ighels – Quarzazate – Tazenntoute. Zagora leży w przepięknej dolinie rzeki Draa, do której już wczoraj udało nam się dojechać. Dolina z bujnymi gajami palmowymi wije się kilkadziesiąt kilometrów. By ją dokładnie zobaczyć, warto poświęcić kilka dni. My jednak obieramy inny kierunek, z dala od głównej asfaltowej trasy. Po tankowaniu i zaopatrzeniu się w napoje kierujemy się na południowy zachód do Foum Zguid. Trochę żałuję, że nie wybrałem drogi przez Mhamid i wyschnięte jezioro Iriki. Ale i tak nie było źle. Po opuszczeniu Zagory lawirujemy pomiędzy polami uprawnymi i zabudowaniami szukając pisty. Niestety, opis jest mało dokładny, a kolejny waypoint daleko. W końcu udaje nam się ją znaleźć. Droga wiedzie rozległą doliną oddzielającą Jebel Bani od drugiego masywu. Ostro „wkręcamy”, cały czas stojąc na quadach, ponieważ droga jest nierówna i co jakiś czas niewielkie bruzdy przecinają szlak. Po prawej stronie widać już przygotowania do poprowadzenia tędy normalnej asfaltowej szosy. Robimy dość szybko ponad 100 km i dojeżdżamy do dopiero co położonego asfaltu. A jednak nie myliłem się. Osiągamy Foum Zguid – to kolejne miasto-oaza, spędzamy tu chwile w lokalnej restauracji, tankujemy quady i ruszamy asfaltem na północ drogą nr 111 w kierunku Tazenakht. Wije się ona między kamienistymi szczytami i ponad zielonymi dolinami rzek, które wspaniale kontrastują z czerwonawym odcieniem skał. Cały czas staramy się jechać szutrowym poboczem, jak najmniej ścierając opony na asfalcie. Tanzenkhat – nawet się nie zatrzymujemy kierujemy się n10 w stronę Ait Benhaddou. Po minięciu mostu podejmuję decyzję o zjechaniu na pistę prowadzącą do Adroug. Stąd mamy w linii prostej około 50 km do Quarzazate. Co prawda nie mam waypointów tej trasy, nawet na mapie droga kończy się w połowie odległości, a po jakichś kilku kilometrach znów się pojawia – ale był to dobry wybór. Jedziemy już prawidłowo. Wjeżdżamy w niesamowite koryto okresowej rzeki porośniętej dość bujną roślinnością. Raz jedziemy jednym brzegiem, raz drugim. Droga wije się pomiędzy zabudowaniami małych osad; naprawdę cicha, nieuczęszczana pista z dużą dawką wspaniałych krajobrazów. Przed nami łańcuch górski, a za nim Ighels, gdzie rozpoczyna się przerwany fragment trasy do Quarzazate. Ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że droga jest i to oznakowana. Wspinamy się na przełęcz; robi się już późno, a chcemy dzisiaj osiągnąć centrum filmowe Maroka.
Dobijamy do Quarzazate. To już naprawdę wielka aglomeracja w porównaniu do małych miasteczek, w których ostatnio byliśmy. Szukamy campingu i, tak szukając, przejeżdżamy cale miasto. Opuszczamy je, kierując się główną drogą na Marrakech. Po prawej mijamy centrum filmowe, słynące z takich produkcji jak „Jezus z Nazaretu”, „Gladiator”. Rok wcześniej stała tu makieta egipskiego pałacu, teraz jest niestety ciemno i nic nie widać. Po kilku kilometrach znajdujemy camping w Tanzentoute, gość proponuje nam spanie w dużej sali. Nie jest to mój namiot, więc szczelnie zapinam się w śpiworze z obawy przed robalami. Poznajemy przewodnika górskiego, który specjalizuje się w masywie J Siroua; wypytuję go o ciekawe miejsca. Zasypiamy w locie na poduszkę. To też nie był krótki odcinek…

7. dzień
Tazenntoute – Ait benhaddou – Telouet – Tizi-n-tichka – Azrif – Barytine (jezioro). Piękny poranek. Robimy krotki przegląd maszyn; zmieniamy olej i filtry. Pakujemy torby i do kazby Ait Benhaddou – wspaniała budowla, będąca tłem w kilkunastu produkcjach filmowych, położona na wzgórzu nad rzeką Mellah. Niezapomniana sceneria zielonej doliny z górującym zespołem pałacowym na wzgórzu, będącym również charakterystyczną dla Maroka atrakcją – to trzeba zobaczyć.
Jedziemy, czas nagli. Po kilku kilometrach kolejna, troszkę mniejsza kazba obstawiona sprzętem włoskiej telewizji, kręcącej jakąś produkcję filmową. Kończy się asfalt i znajdujemy barwny bród przez rzekę. Chwila ochłody, robimy kilka sekwencji zdjęciowych. Zaczyna się pista biegnąca skalnymi półkami, wijącymi się nad doliną rzeki porośniętej mocną, zieloną roślinnością. Czadowy odcinek. W pewnym momencie korek. Kilka Land Roverów z turystami mija się z grupą jadąca z naprzeciwka. Z terenówki wysiada kilku Polaków. Gawędzimy chwilkę. Droga się rozluźnia. Jedziemy dalej delektując się jazdą i widokami zielonej doliny z wbudowanymi w skały budynkami. Pod koniec szutru zatrzymujemy się w klimatycznej knajpce na tadżina i zimne napoje.
Kolejnym celem na naszej trasie jest Telouet z górującą nad miasteczkiem odlotową kazbą. Jesteśmy już w Atlasie Wysokim, w oddali widać ośnieżone szczyty 3- i 4-tysiączników. Dojeżdżamy do głównej drogi Quarzazate-Marrakech. Skręcamy w prawo i wjeżdżamy na przełęcz Tizi-n-tichka. Jest dość chłodno. Szybko zjeżdżamy w dół krętą drogą. Skręcamy w drogę na Azrif. Teraz kieruję się tylko mapą. Mijamy kilka wiosek, gdzie wzbudzamy duże zainteresowanie. Zaczyna się szeroka, kręta szutrowa droga, oplatająca zielonkawe wzgórza. Co pewien czas nawierzchnia jest grząska; tutaj „odkręcamy” na maksa, pokonując każdy zakręt bokiem. W pewnym momencie zza zakrętu wyłania się zaprzęg z mułem. Mijam go i jadę dalej, ale po chwili zauważam, że chłopaków nie widać. Okazało się, że Grzesiu wjechał prawie na muła, odbił w bok i wywrócił sprzęt. Na szczęście nic się nie stało.
Kończy się szuter. Dojeżdżamy do wsi. Pytamy miejscowych o drogę, używając koślawo wymawianych nazw i języka migowego. Za Azrif znowu urywała się droga, a my chcieliśmy dojechać do jeziora Barytine i tam zanocować.
Udało się. Dojechaliśmy. Pytamy miejscowych, gdzie najlepiej się rozbić, wskazują polankę, mówiąc,że tutaj parkują turyści. Dość niechętnie „kampujemy” w niewielkiej odległości od zabudowań, ale jest OK. Kilku miejscowych przychodzi do nas i z zaciekawieniem ogląda nasz ekwipunek. Dajemy im kilka podarunków (naklejki, kilka smyczy na klucze), po chwili opuszczają nas zadowoleni.
Nadchodzi zmierzch, na kamieniu wystającym z wody zabiwakowała żółwia rodzina – niezły widoczek

8. dzień
Timinoutine – Cascades D’ouzoud – Souk-sebt-des fokra. Kierujemy się do najpiękniejszych wodospadów w Maroku. To kolejny punkt na mapie, którego nie powinno zabraknąć podczas podróży. Dojazd to niestety drogi asfaltowe. Na miejscu typowe zakopane, płatne parkingi, masa straganów z pierdołami i kafejek, totalna komercja. Parkujemy na chwilę, coś jemy i poznajemy ekipę motocyklistów z Czech, z którymi przez przypadek poznałem się na forum Sahara Overland, kiedy pisali o swojej wyprawie. Dojechali z Czech na kołach, tylko szosowe opony zostawili w Hiszpanii. Oni jednak wybrali łatwiejszą trasę po Maroku. Niewiele szutrów i asfalt. Chwile gwarzymy, a potem z Pershingiem idziemy jak grzeczni turyści zobaczyć kaskady. Warto było. Kilkudziesięciometrowe progi, z których zwala się masa wody, a wokoło bajkowe klimaty! Robimy kilka fotek dla potomnych i chwilę delektujemy się cudem natury…
Ruszamy dalej. Asfaltowe serpentyny wiją się kilkanaście kilometrów; dojeżdżamy do jakiejś wiejskiej dziury. Patrzę na mapę i decydujemy się odbić na Bzou. Niezła szutrowa droga. W pewnym momencie z mapy wynika, że najlepiej byłoby skierować się z powrotem na północ. Znajdujemy wąski szlak w górę na przełęcz. Osiągamy 980 metrów. To ostatnie pasmo górskie Moyen Atlas. Przed nami rozległe plateau, kraina rolnictwa; wspaniały widok na przełęcz porośniętą niezliczoną kolonią kaktusów. Pershing buszuje w jednej z nich, kilka fotek i dalej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Droga schodzi coraz niżej i nieźle kręci. Na jednym z zakrętów o 180 stopni wynosi mnie na zewnętrzną. Idę w poślizgu i nagle przede mną głęboka bruzda. Udaje mi się w ostatnim momencie odbić, zatrzymuję się kilka metrów niżej i obserwuję drogę. Brzoza omija przeszkodę, Grzegorz z lekkim problemem też, nagle Pershing wpada jednym kołem w dziurę. Klinuje się. Wyciągamy maszynę; okazuje się, że skrzywił się drążek kierowniczy. Sprowadzamy quada niżej na zakręt drogi. Podkładamy kamienie i odkręcamy drążek – wygiął się jak łuk. Może to nie szczyt profesjonalizmu, jak sami stwierdzili, ale chłopaki wyprostowali drążek na kamieniu przy pomocy siekiery i dali radę!
Jesteśmy już na równinie. Kluczymy pomiędzy polami uprawnymi i niezliczoną ilością kanałów nawadniających. Przedzieramy się przez miasteczka, jadąc totalnie na czuja, z mało dokładną mapą. Co jakiś czas pytamy o drogę. Wybieramy szutrowe odcinki. Po jakimś czasie kierując się na Khoubrige, mijamy Souk Sebt i wjeżdżamy w pola pszenicy. Wybieramy miejscówkę na nocleg pomiędzy opuszczonymi ruinkami jakiegoś domu w odległości około 500 m metrów od zabudowań.
Rozbijamy bazę. Wspaniale miejsce, ta przestrzeń i zapach. Po jakimś czasie podchodzi do nas miejscowy, próbujemy się z nim jakoś dogadać. Okazuje się, że to jego pole i jest bardzo szczęśliwy, że zatrzymaliśmy się u niego (proszę to sobie wyobrazić u nas w kraju!). Proponuje, żebyśmy przenocowali u niego w domu, dziękujemy jednak za propozycję i zostajemy. Cisza i spokój... Wyprawa powoli dobiega końca, przed nami jeszcze tylko kraina połonin – Khatuat – to tam, gdzie Grześ w pierwszym dniu dachował.

9. dzień
Khoubriga – El khatouat – Rabat. Jest ranek, powoli przygotowujemy się do wyjazdu, nagle od strony zabudowań gna w naszą stronę jakiś gość z tacą. Nie uwierzycie! – właściciel pola szedł z tacą wypełnioną gorącą kawą, chlebem i miodem przez 500 metrów, żeby przynieść nam świeżutkie śniadanie. Aż łezka się w oku kręci. Ludzie tutaj są dumni, że gość zatrzymał się właśnie u nich. Jemy i pakujemy się do drogi. Tymczasem Marokańczyk stoi z dwójką dzieci i żegna nas ze łzami w oczach! Wziąłem od niego adres. Postaram się wysłać mu wspólne zdjęcie. Oddalamy się w kierunku Khoubrigi. Przelatujemy przez miasto i udaje nam się trafić na nasz szlak, którym jechaliśmy w przeciwną stronę. Piękne tereny. Jedziemy szuterkiem. Idealnie przez środek pola z niezliczoną ilością maków. Nie możemy tego przepuścić! Wbijam się na pełnym gazie w pole, płynąc przez morze maków, które obsypują mnie z każdej strony! Wjeżdżamy na znaną nam drogę i odkręcamy gaz. Kierujemy się w stronę Atlantyku i nareszcie go dopadamy. Świeża bryza orzeźwia nas po zakurzonym i gorącym odcinku. Wpadamy do nadmorskiej knajpki i zamawiamy miejscowe przysmaki.
Już tylko kilka kilometrów na strzeżone osiedle, gdzie stoi nasz multivan.
Dobijamy do mety. Naszych znajomych nie ma w domu; a my korzystamy z ogrodowego węża, żeby trochę spłukać wszechobecny pył, ładujemy maszyny na przyczepę i ruszamy w stronę Casablanki. Musimy zatrzymać się gdzieś na nocleg; jutro przylatuje moja Żona i musimy ją zgarnąć z lotniska Mohammeda IV w Casablance.
Niestety, to koniec tej części wyprawy, choć kolejne dni przyniosą również niezapomniane wrażenia. Za nami ponad 2300 km bez większej awarii – chłopcy dzielnie się spisali, naprawdę zgrany team!

Tekst publikowany w numerze 5 (81) 2007 OFF-ROAD PL.

Autor: Paweł Deżakowski – Zdeżak (www.hurtownia-adrenaliny.pl), Zdjęcia: Autor, Brzoza, Grzesiu, Pershing