ATV Polska
A A A

Nie straszny im ni mróz, ni wiatr ....

Michał Mazurek 14.03.2007
Noc, prawie -20 stopni, na ogromnej łące w równym rzędzie staje blisko 100 quadów, w snopach świateł reflektorów widać wzgórze porośnięte kępami traw. Od huku silników dudni powietrze.
Pada strzał i wszyscy ruszają z przeraźliwym rykiem w kierunku skupisk punktów kontrolnych wyświetlanych na ekranach GPS.
Po chwili quady dopadają pierwsze PP. Niektórzy pokonują rowy inni nasypy, pod jeszcze innymi zmarznięte bagna otwierają swoje podwoje i pochłaniają maszyny. Wyciągarki, nerwy, adrenalina, czas.


Tak rozpoczęła się pierwsza runda Przeprawowego Pucharu ATV Polska-Mamry Challenge. Zimowy rajd pozostanie niektórym na długo w pamięci.
Po nocnych zmaganiach, które zostały zakończone o 24 na zawodników czekały trudy dnia następnego. Do kilkunasto stopniowego mrozu dołączył silny wiatr. Przed uczestnikami ponad 100 kilometrów do pokonania. Początek trasy można było pokonać dwojako pierwsze kilkanaście kilometrów to dwa szlaki wytyczone po to, aby zmniejszyć korki na pierwszych próbach. Niektórzy pokonują łąki i zmarznięte rozlewiska inni jadą szlakiem nie czynnej kolei.
Trasa wzdłuż nasypu wymaga przejazdów z jednej na drugą stronę żeby kalkować do karty symbol punktu kontrolnego. Tu pierwszy raz idą w ruch wyciągarki. Ci, którzy wyruszyli ze startu alternatywnego powinni teraz zostać zatrzymani przez rzekę o głębokości jednego metra. Tam czekają kamery i obiektywy aparatów. Niestety, bardzo niskie temperatury w tym miejscu ułatwiły zadanie, rzeczka została skuta lodem. Dopiero pod ostatnimi riderami lód zaczyna pękać. Ekipy foto ścigając się z uczestnikami jadą na kolejny punkt.
Miejscem tym był wąwóz meandrującej w lesie rzeki. Kilkunasto metrowe skarpy porośnięte lasem a wśród nich pokaźne drzewa zwalone i osunięte w kierunku rzeczki. Sama rzeczka pokryta lodem, przy brzegach i w zakolach grubym i wielokrotnie piętrzonym, gdzie indziej cienkim załamującym się pod piechurem. Tu zostało umieszczone aż dziewięć punktów do zaliczenia. Na skarpach, w korycie rzeki, na pniach zwalonych drzew. Raz z jednej raz z drugiej strony wody. Do zawodników należy tylko wybór właściwej drogi i kolejność atakowanych punktów. Nadjeżdżają pierwsi i już po kilku minutach słychać jęk wyciągarek, trzask lodu i warkot silników. Zespoły pokrzykując osiągają punkt po punkcie. Jedni szybko i sprawnie pokazując latami zdobywane doświadczenie inni bezradnie kręcą kołami uwięzieni w okowach lodu. Ekipy foto zacierają ręce. Walka w tym miejscu potrwa jeszcze kilka godzin, co kilka minut dojeżdżają kolejni śmiałkowie. Dalej czekają nowe wyzwania. Punkty ukryte w rowach, na polanach a nawet w zawalonej ceglanej piwnicy. Przed riderami kilkadziesiąt kilometrów krętych leśnych dróg. Dusze turystów mogą napawać się widokami. Trasa wiedzie przez śluzę na Kanale Mazurskim, historyczną budowlę hydrotechniczną, stanowiącą dla niektórych wspaniałe tło dla zdjęć.
Na trasie gęsto od punktów kontrolnych. Większość łatwa, stanowią potwierdzenie dojazdu w odległe rubieże trasy. Nad grupami rajdowców czuwa patrol straży granicznej. Nie bez powodu, w tych miejscach do granicy z obwodem kaliningradzkim jest 800 metrów!
Jednak odpoczynek nie trwa długo. Co jakiś czas pojawiają się kolejne głębokie jary leśnych rzeczek czekające Az ktoś popełni błąd i zostanie w nich dłużej niż zamierzał. W takich momentach temperatura, która na trasie dawała się we znaki wszystkim wydaje się sprzymierzeńcem. Zmrożona ziemia nie powoduje szybkiego zagrzebywania quadów.
Sprawni jeźdźcy sukcesywnie prą do przodu.
Gdy zapadł zmrok pierwsi zawodnicy osiągają początek trasy, której zapis podano w formie roadbooka. Nawigacyjnie nie skomplikowany odcinek po zmroku dał się niektórym we znaki.
Zimno i zmęczenie bierze górę i niektórzy rezygnują z końcówki trasy. Wielu marzy już tylko o ciepłej bazie imprezy gdzie tętni życie przy barze i kominku. Jednak najlepsi pokonują do końca szlak. Zmęczeni, ale szczęśliwi dopadają bazę rajdu przed zamknięciem trasy.
Przed rozdaniem nagród uczestnicy bilansują straty. O tym, że łatwo nie było świadczą liczne uszkodzone sprzęty. Nie obyło się też bez kontuzji. Niektórych walka drogo kosztowała.
Ceremonię rozdania nagród uświetnił V-ce Burmistrz Węgorzewa. To cieszy, bo dla rozwoju tego sportu jest niezmiernie ważna aprobata władz.
Padł rekord frekwencyjny, wiele wyszło przy tym nieuniknionych sytuacji. Słowo fair-play na nowo nabrało znaczenia. Jest nas coraz więcej i od nas zależy czy będziemy się wspaniale bawić na imprezach czy po prostu się zadepczemy a lokalni mieszkańcy nas znienawidzą.

Autor tekstu: Michał Mazurek
Autor zdjęć: Jacek Trembowelski



Zobacz galerię