ATV Polska
A A A

Orzysz, III Runda Pucharu Polski w Przeprawowej Jeździe Quadami Yamaha Cup 2006 - relacja

Bartek Sołtys 24.11.2006
Czwartek wieczór był dla nas jeszcze gorącym okresem dopinania ostatnich spraw. Globo i Robo wieszali ostatnie pieczątki, Żaba organizowała sobie swoje gniazdko w recepcji. Za oknem robiło się coraz ciemniej i zimniej. Ci z uczestników, którzy dotarli do bazy za dnia mogli mówić o szczęściu. Nad resztą nieubłaganie rozwijała swój gruby płaszcz gęstniejąca mgła. Droga stawała się coraz trudniejsza do pokonania. Widoczność pogarszała się z godziny na godzinę. Zaczęły spływać do nas prośby o przedłużenie czasu otwarcia biura. Wtedy jeszcze nie przypuszczaliśmy, że mgła trochę nam pokrzyżuje szyki i, że będzie z nami do końca imprezy.
Tak zaczynała się III Runda Pucharu Polski w Przeprawowej Jeździe Quadami Yamaha Cup 2006 a czas nieubłaganie płynął.


Pierwszego dnia do rywalizacji stawiło się 40 quadów. Jak zwykle przed startem zorganizowana została odprawa, połączona z krótkimi wystąpieniami Gospodarzy terenu. Nadleśnictwo reprezentował z-ca Nadleśniczego - Pan Radosław Fuchs, a wojsko Szef Wyszkolenia - Pan Mjr Jan Koczuk. Wszyscy rajderzy zapoznani zostali ze szczegółami przebiegu imprezy i skierowali się do parku maszyn na start. Uczestnicy, po pomyślnym przejściu badania alkomatem, wyruszali na trasę zgodnie z numerami startowymi. Machina ruszyła. Na sam początek trasa opisana została, świetnie już niektórym znanym, itinererem. I tu dostrzegliśmy pewną nowość. Pierwszy raz w Polsce pojawiły się przewijarki do roadbook’ów. Niezmiernie cieszy nas, że w końcu udało się zaszczepić na naszym gruncie te sprytne maszynki. Będziemy jeszcze ten temat szeroko rozwijać. Tymczasem wracajmy na trasę. Pierwsza próba na szlaku to PP na koordynaty GPS oraz próba obserwowana. Trial był krótki, ale za to treściwy. Stromy podjazd, jazda grzbietem, dalej na trawers (krótko i stromo), ciasny skręt w prawo, jeszcze tylko pieczątka i wyjazd. Sposoby pokonywania próby przez uczestników były raczej podobne. Kto najpierw myślał, a później jechał ten miał szansę wyjechać z próby bez punktów karnych. Dalsza trasa to już standardowe klimaty poligonu orzyskiego. Jakaś górka, dołek, błotko, mostek czołgowy itp. A i pogoda dopisywała. Ciepło i słonecznie jak na listopad. Drobną niespodziankę sprawili nam tylko saperzy, zamykając niespodziewanie strefę na tzw. Saharze. Zabrali przez to kilka kratek z itinerera i trzy pieczątki. Trudno, siła wyższa. 700 kg materiału wybuchowego ma swoją moc i pieczątki trzeba było anulować. Dwie godziny później siłę wybuchu odczuliśmy aż nad jeziorem Kępno. Cóż, poligon ma swoje prawa. Wszystkie próby staraliśmy się tak skonstruować, aby zmuszały do zastanowienia. Chcieliśmy zmusić uczestników do swoistego kombinowania. Czasami pieczątka wisiała ponad 2 metry nad ziemią, zawieszona na moście czołgowym, a innym razem linka była „przypadkowo” za krótka i trzeba było quada dodatkowo przechylać. Oczywiście nie mogło zabraknąć mokrych odcinków. Z dwoma pieczątkami wiszącymi na lince nad lustrem wody nie każdy sobie poradził. Punktem kulminacyjnym tej części trasy była próba na żwirowni. 5 pieczątek, w tym tylko dwie łatwo dostępne. Reszta wymagała ciężkiej pracy. Najlepiej o skali trudności świadczy liczba tylko 4 quadów, które pokonały najcięższe pieczątki. To była próba dla ścisłej czołówki. Tu pojawia się kolejna ciekawostka. Na 4 quady dwa przepłynęły jeziorko – Mr.Quad i Krecik oraz ich słynne pomarańczowe balony. Marek z Pietrkiem pod komendą Pawła Malanowskiego postawili na sporty górskie – spacer grzbietem a później z górki na pazurki. O zalanych przekładniach i wodzie w wydechach już nie wspomnę. Z tego miejsca trasa do bazy wiodła już według waypoint’ów. Niby nic wielkiego. Dwadzieścia parę kilometrów i tylko kilka pieczątek. Jednak mgła zrobiła swoje. Telefony do mnie w stylu: Bartek, jesteśmy na waypoin’cie 0023. Stary nic nie widać. To jest łąka czy las? Nie należały do rzadkości. Trasa powrotna okazała się bardziej czasochłonna niż początkowo zakładaliśmy. Pierwotnie, po pierwszej pętli, zaplanowana była nocna próba czasowa. Jednak po oględzinach trasy podjęliśmy decyzję o przeniesieniu startu czasówki na następny dzień rano. Ściganie się po nocy, przy zerowej widoczności, uznaliśmy za zbyt niebezpieczne. Decyzja okazała się słuszna. Zwłaszcza zrozumiałem to kilkanaście godzin później widząc swoisty błysk w oczach chłopaków, którzy po czasówce dotarli do bazy po dalsze koordynaty. Ociekający wodą i szczęśliwi. Kwintesencja przeprawówki, ale po kolei. Próba czasowa miała niecałe 3 kilometry długości i poprowadzona została po prostym odcinku czołgówki. Meta, start, ratownicy na trasie i fotoreporterzy w krzakach. Wszystko niby standardowe. Za to kałuże już nie. Rewelacja. Droga wyglądała jak szlak wysepek, jak niekończący się archipelag. Smaczku dodawało to, że był to wyścig równoległy. Trzech chłopaków na starcie. Który zdąży dojechać pierwszy do płytkiego miejsca, ten ma szanse wygrać. Było dramatycznie. Czołgówka, jak błotna bogini, upomniała się o swoje ofiary. 3 quady poległy totalnie, ale problemy mieli prawie wszyscy. Tylko dwóch dojechało bez awaryjnie. Jednak to, jak Zderzak wykręcił najlepszy czas, pozostanie jego słodką tajemnicą. Po czasówce jedno jest pewne – bez korka odpływowego z przekładni, też można jechać. Woda szybciej się wylewa, Kret coś o ty wie. Najbardziej dramatycznie zrobiło się, gdy na największej kałuży poległ quad Marka Talara. Dla lidera Pucharu poważna awaria na tym etapie rajdu mogła oznaczać nieliche kłopoty. Wyniki po pierwszej pętli wcale nie były jednoznaczne i w czołówce wszystko się mogło wydarzyć. Jednak szybka naprawa w bazie rozwiała stres i, mimo sporego opóźnienia, ekipa ruszyła dalej. Druga pętla to już lajcik. Kilkanaście pieczątek rozsianych w zachodniej i centralnej części poligonu. Trochę torfu, jedna rzeczka, jeden niewybuch i kilka malowniczych miejsc. W godzinach popołudniowych pierwsze quady zaczęły zjeżdżać do bazy. Tym razem komplet pieczątek trafiał się już w większej liczbie kart. Liczenie punktów szło gładko. Pomysł dotyczący dwóch kart i podawania wyników cząstkowych okazał się bardzo wydajny. I tutaj ogromne słowa uznania dla Uczestników – karty były czyste i czytelne. Brawo, doświadczenie z poprzednich rund nie poszło w las. Wydarzyła się też inna wyjątkowa rzecz. Praktycznie nie ginęły pieczątki. Jakiś drobny incydent z saperami lub kiepski klej na gumce to wszystko. Duch sportowej rywalizacji i fair play wygrał - wielki szacunek dla rajderów.

Czas płynął dalej przybliżając nas do imprezy wieczornej i ogłoszenia wyników. Zbliżała się godzina 20. W bazie widać było jeszcze nerwową krzątaninę, wieszanie ostatnich banerów w sali konferencyjnej, ustawianie nagród. Parking maszyn już się zapełnił. W końcu nastał czas na ostatnie w tym sezonie ogłoszenie wyników i rozdanie nagród. Po części oficjalnej przyszła pora na niczym nie skrępowaną zabawę. Oczywiście nie mam na myśli tańca z gwiazdami tylko nocne Polaków rozmowy. Dla odmiany, tematem przewodnim były quady i off-road. Rozmawialiśmy o różnych sprawach imprezowych, planach na przyszłość i technice jazdy. W tym miejscu pragnę wyrazić nasz szacunek dla Krzyśka Kijowskiego Big Błoto za samotną i wytrwałą jazdę. Pokazał, że samemu z odpowiednim wyposażeniem tez można. Brawo. Toasty wznoszono hucznie. Quadóweczka lała się szerokim strumieniem. Nie zabrakło także „sarmackiego” sporu zakończonego aktorskim odejściem od stołu.;-) W końcu sala opustoszała. Zgiełk i wrzawa po bitwie ucichły. Mazury pożegnały nas jesienną mgłą zapraszając oczywiście w przyszłym roku.
Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim Uczestnikom za honorową walkę i miłą atmosferę. Sponsorom za wiarę i odwagę. Wojsku i Nadleśnictwu za zaufanie. A całej ekipie organizatorskiej za ciężką pracę. Dziękuję bardzo.

ESOX
Bartek Sołtys