ATV Polska
A A A

Przez błoto ku chwale - River Ride III

Krzysztof Wolny - Tippo 12.10.2006
Któż z was potrafi coś wysiedzieć przez 6 godzin na podnóżku Ranchera 350? Ja wysiedziałem bagna po pas, piwo i grochówkę za darmo oraz wielu nowych znajomych, a podobno to tylko rajd przeprawowy…

Tak oto w piękny piątkowy poranek, z kurtka moro pod tyłkiem, siedząc na podnóżku od TRX’a, ruszyłem na najtrudniejszą imprezę przeprawową w kraju.
Co ciekawe jechało się znośnie, a miejsce nadało się nawet do spania, brawo dla inżynierów Hondy za miękkie błotniki, na których mogłem oprzeć swą głowę. Po wielu kilometrach w końcu docieramy do Płocka. Byliśmy jednymi z pierwszych w bazie rajdu, gdzie trwały jeszcze ostatnie gorączkowe przygotowania.
Organizator jednak nie pozostał obojętny na przyjazd mój, Darka i Maćka. Jako iż koledzy startowali tam pierwszy raz, wszystko dokładnie zostało im wyjaśnione, a wszelkie wątpliwości rozwiane.
W późnych godzinach wieczornych zaczęło przybywać mężczyzn, a właściwie kobiet i mężczyzn spragnionych upodlenia się.
Przyszła pora na rozmowy, śmiechy, ogólną wymianę doświadczeń, na imprezę przybyło sporo nowych twarzy w przeprawowym światku. Wytoczono akcesoria integracyjne, więc i atmosfera zrobiła się bardziej swojska. To pierwsza impreza w jakiej miałem przyjemność uczestniczyć, na której nie zabrakło piwa. Jednakże zawodnicy pohamowali zapędy integracyjne na tyle, by być zdolnym do startu w sobotni poranek.
Sobota powitała wszystkich wymarzoną wręcz aurą do jazdy. Dojechali ostatni uczestnicy, zaczęło się ściągnie maszyn z lawet, przyczep i skrupulatne przygotowania do startu. Na twarzach większości zawodników widać skupienie i determinację, kto może jeszcze coś sprawdza, poprawia, stuka, puka i dokręca, inni znów na pełnym luzie. Jeszcze tylko plombowanie kart i pora na odprawę. Pierwsza zasada; fair play, kilka pytań i wszyscy mogą już ruszać na walkę z płockimi wąwozami, rzeczkami i bagnami. O 10 nadeszła upragniona chwila, start, ruszyli, po kolei, dostojnie, tutaj pośpiech jest niewskazany.
Ku uciesze skromnej publiczności, większość quadów 4x4 udaje się na najtrudniejszy etap rajdu czyli w dolinę Brzeźnicy. Spowodowało to, że spora grupka rzuciła się na pierwszy z brzegu punkt, który okazał się dość trudny. Szczególnie dla tych, którzy na RR debiutowali nie mówiąc o tym, że całkiem niedawno nabyli ATV. Jednak wsparcie naszych sanitariuszy w postaci udzielenia wskazówek typu: dołącz przód, zapnij blokadę, była bardzo pomocna, na szczęście podczas całej imprezy, tylko w tym musieli się realizować.
Trasa jak zawsze, łatwa nie była, szczególnie odcinki w meandrujących rzeczkach, z których ten rajd słynie. Nowością trzeciej edycji był paintball przy jednym z punktów, gdzie każdy mógł się wykazać celnością, pytania z pierwszej pomocy u obsługi karetki, oraz dodatkowe punkty za zebranie worka śmieci na trasie rajdu. Tego typu konkurencje, zapewne korzystnie wpłyną na PR środowiska quadowego, a było co zbierać, szczególnie w okolicach rzek. Na tego typu imprezach nie liczy się czas, lecz zdobyte punkty, dlatego trasa była otwarta od 10 w sobotę do 14 w niedzielę. Sporo czasu, lecz można go było roztrwonić, tutaj potrzebna była taktyka, a nie jak to mawia mój znajomy: pełen gaz i w las. Albo zdobywało się mniej, ale za to znacznie lepiej punktowanych pieczątek, albo punkty łatwiejsze, jednak znacznie mniej wartościowe. Cena tych szarych gwoździ po odrysowaniu, wahała się od 100 do 1000 punktów za sztukę, widać tu doskonale rozpiętość stopnia trudności trasy. Dlatego właśnie RR reklamuje się jako impreza dla każdego, nawet dla tych, którym trzeba mówić o włączeniu blokady cyfra, czy napędu na przód. Znaczna dowolność w wyborze trasy jest wielkim udogodnieniem dla uczestników, a zarazem wielkim utrapieniem dla fotoreportera szczególnie, jeśli nie jest on zmotoryzowany. Nic to, założyłem gumiaki lekko wsysające się w błotko, które prawie na samym początku już chciały mnie zostawić i w drogę. Nie pozostało nic innego jak polowanie na quadową zwierzynę, jednakże ta od zwierzyny polnej na szczęście jest nieco głośniejsza. Nie minęła godzina od startu, widać było po strugach potu, że kilka osób już ma dość. Nie obyło się oczywiście bez drobnych awarii i paru efektownych fikołków. Praktycznie wszyscy dzielnie walczyli aż do zmierzchu, wtedy zaczęły się pierwsze zjazdy do bazy by uzupełnić kalorie. Niektórzy przybyli wieczorem z zamiarem powrotu na trasę i zdobyciu jeszcze choćby kilku pieczątek, większość jednak późnym wieczorem myślała już raczej o niedzieli. Znalazło się tez kilku nieustraszonych, którzy jeździli praktycznie całą noc. Cechą wspólną wszystkich, którzy przyjechali na RR było jedno, walczyć, nie po to by wygrać nagrody, lecz by przetrwać starcie z ekstremalnie trudna trasa i własną słabością.
W niedziele znów rozpieszczała nas pogoda. Sporo osób wyruszyło na trasę już bladym świtem, jednakże w bazie zostali już pierwsi polegli, których albo zawiódł sprzęt, albo własne ciało. Wyraz determinacji, musiał ustąpić na rzecz bezsilności, cóż nie bez powodu samo ukończenie rajdu już jest sukcesem. Czas płynął nieubłaganie, o 14 dojeżdżały już ostatnie ekipy by oddać karty, które pod okiem niezależnej komisji zostały zweryfikowane, a następnie podliczone. Wszystko odbywało się pod czujnym okiem uczestników, czego sam doświadczyłem podliczając punkty. Po ponad dwóch godzinach oczekiwania w niepewności i problemów z drukarka, w końcu mogliśmy się dowiedzieć kto w tej edycji królował na Płockiej ziemi. Chwała zwycięzcom, a przegrani niechaj maja motywacje by walczyć na następnym River Ride.
Patrząc z boku, całą imprezę uważam za jak najbardziej udaną, mimo kilku drobnych niedociągnięć i wpadek, często nie z winy organizatora. Najlepszym dowodem na to, że było po prostu fajnie, był uśmiech, wyraz satysfakcji na twarzach tych, którzy nie bali się wystartować i to spojrzenie, spojrzenie mówiące; następnym razem będę lepszy.

Zobacz galerię