ATV Polska
A A A

Przez zaśnieżone jary - ATV Polska - Jura 2003

Arek Kwiecień "Giełda Samochodowa" 19.02.2003
Niesamowitą przygodę zafundowali sobie uczestnicy rajdu turystyczno-przeprawowego na quadach, jaki w dniach 8-9 lutego zorganizowany został pod patronatem PSC ATV Polska przez Macieja Golonkę z firmy ATV Extreme na terenie przepięknej Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Śmiałków, którzy nie przestraszyli się nie najlepszej pogody (meteorolodzy zapowiadali obfite opady śniegu oraz niskie temperatury) było kilkudziesięciu, a wśród nich wcale pokaźną grupę stanowiły przedstawicielki płci pięknej, z których niektóre stawiły się nawet na własnych quadach.

[h4]Wszyscy na starcie[/h4]
Bazą rajdu był pensjonat położony w sąsiedztwie ukrytego pod czapą śniegu zamku w Rabsztynie. Rajd, zgodnie z niepisanym, typowo polskim zwyczajem, rozpoczął się nieco opóźniony – o godzinie jedenastej, o której w założeniu planowano wyjazd na trasę, na miejscu zbiórki czekało zaledwie kilka maszyn. Z czasem jednak dojeżdżały nowe pojazdy, a gdy zaczęliśmy już poważnie martwić o kilkoro osób, okazało się, że przez pomyłkę zgromadziły się one w zupełnie innym pensjonacie, pod zupełnie innym zamczyskiem... Quad to jednak maszyna szybka i sprytna, dlatego już wczesnym popołudniem, wszyscy, którzy zapowiedzieli swoją obecność na rajdzie, obecni byli na miejscu jego startu. Tu czekała nas jeszcze krótka, nieformalna odprawa, na której sprawdzono przede wszystkim stan paliwa w pojazdach (czekała nas ponad siedemdziesięciokilometrowa trasa), rozdano mapy, a przede wszystkim uczyniono „przydział pasażerski”, czyli wytłumaczono osobom, które nie posiadały quadów, z kim mają jechać. Na rajd dotarły zaś bardzo interesujące maszyny. Oczywiście w przewadze były pojazdy wyposażone w napęd 4x4, czyli głównie Yamahy 660 i 600 Grizzly, Polarisy Sportsman 500 oraz kilka modeli Hond, ale – co ciekawe – trudne warunki przeprawowe nie przestraszyły także posiadaczy tylnoosiowych quadów sportowych – Bombardierów DS 650i Yamah 660 Raptor. Podziw budził między innymi właściciel zrobionego własnoręcznie (!) na podzespołach MZ-etki (!) czterokołowca, który, choć ma nieco „bulwarowy” wygląd, okazał się pojazdem bardzo dzielnym w terenie.

[h4]Nie było łatwo[/h4]
Nareszcie ruszamy. Około godziny pierwszej po południu kolumna ponad dwudziestu quadów przewodzona potężnym Grizzly, który kierowany jest przez naszego przewodnika – Macieja Golonkę, z rykiem silników wyjeżdża na podbój Jury. Z początku owa „kolumna” ma problemy z utrzymaniem jednolitego rytmu jazdy i nieco się rozrywa, ale z czasem wszystko się porządkuje. Nad tym, aby nikt się nie zgubił, czuwa jadący na końcu stawki Witold Kłeczek – w środowisku ATV nie byle kto, bo sam zdobywca ubiegłorocznego Pucharu PZMot w rajdach enduro.
Zasypanymi śniegiem, wąskimi dróżkami zagłębiamy się coraz bardziej w przepiękne lasy, z których słynie krakowsko-częstochowska jura. Widoki są bajeczne – quady jadą coraz szybciej, wyrzucając spod kół tumany śniegu. Prowadzący Grizzly skutecznie przeciera trasę podążającym za nim quadom sportowym, tak że nie mają one większych problemów z przejazdem. O „przeprawie” raczej nie ma mowy – nasza trasa prowadzi ścieżkami, którymi prowadzone są – częste w tej okolice – szlaki piesze i rowerowe. Są one wystarczająco szerokie dla quadów i nie sprawiają im większych kłopotów. Ale, ale... Przed nami powalony pień drzewa. Grizzly Maćka Golonki przejeżdża po nim bez kłopotu, ale następny po nim Raptor, w dodatku z dwuosobową załogą, musi już się trochę powysilać. Ryk silnika... i po problemie. Następną przeszkodą jest nasyp kolejowy, po którym biegną, chyba nieuczęszczane o tej porze roku, szyny. Tutaj zatrzymujemy się już na dłuższą chwilę, bo nie wszystkie quady radzą sobie z pokonaniem torów w poprzek. Niektórym maruderom trzeba pomóc siłowo, czasem wystarczy poinstruować, gdzie w quadzie włącza się napęd 4x4 albo reduktor...

[h4]Uroki podróży[/h4]
Po chwili znów jedziemy zwartą kolumną po lesie. Chyba mało kto koncentruje się na jeździe, bo otaczające nas drzewa, których gałęzie uginają się pod śnieżną perzyną, wyglądają czarująco, pozwalając na chwilę zapomnieć o czekających nas w tygodniu obowiązkach, interesach i innych, w gruncie rzeczy mało istotnych „sprawach”. Pęd zimnego powietrza zatyka w dech piersiach, twarze tężeją, mimo iż są chronione przez gogle i kominiarki. Jedziemy w tumanach śniegu, który nie tylko podrywany jest z ziemi przez nasze quady, ale zaczyna również coraz obficiej prószyć z nieba. O tym, że ostatnio spadło tu sporo śniegu przekonujemy się już po chwili. Jadąc wąskim, zadrzewionym jarem docieramy do granicy lasu, na której utworzyły się spore zaspy. Ponieważ nie przyjechaliśmy tu, aby tracić czas na przekopywanie się, zapada szybka decyzja o odwrocie. Po kilku minutach zmuszeni jesteśmy jeszcze raz odpuścić, kiedy to na wąskim i trudnym podjeździe w poślizg zaczynają wpadać nawet quady z napędem 4x4. Nasz przewodnik na szczęście zna wiele alternatywnych dróg przejazdu, dlatego akty kapitulacyjne przychodzą nam z wręcz zaskakującą łatwością...

[h4]Udka Podstoliny[/h4]
O godzinie piętnastej docieramy wreszcie – głodni i zziębnięci – do owianego filmową legendą Podzamcza, gdzie szybko przejmujemy we władanie tutejszy zajazd, zamawiając prawdziwą górę jedzenia. Przerwa na posiłek bardzo się wydłuża – po blisko dwugodzinnym konsumowaniu „udek Podstoliny”, „kotletów Rejenta” i innych specjałów, wytaczamy się wreszcie z restauracji. Nasz przejazd pod zamek, gdzie filmowano „Zemstę”, dla tutejszych mieszkańcach nie jest żadną sensacją, ale nic w tym dziwnego – ostatnio widywano tu przecież Polańskiego, Wajdę, Gajosa...

[h4]Ostatnie kilometry[/h4]
Po kilku pamiątkowych fotografiach, odpaleniu niesfornego Bombardiera, który w czasie naszego posiłku zamarzł, oraz pożegnaniu pechowego Polarisa, który podczas poobiednich harców połamał swoje zawieszenie, wyruszamy w drogę powrotną. Wjeżdżając znowu do lasu, otaczają już nas ciemności, które powodują, że dalsza podróż staje się jeszcze bardziej urokliwa. Jazda wśród drzew z dużą prędkością w kolumnie dwudziestu pojazdów, które rozcinają mrok światłami reflektorów, jest przeżyciem niesamowitym, ale jednocześnie odrobinę niebezpiecznym. Wiele przeszkód na drodze dostrzec można niemal w ostatnim momencie, kiedy już nie ma czasu na korektę toru jazdy. W kłopot popada nawet nasz przewodnik, który parokrotnie gubi szlak, ale tylko na chwilę. I tak – zdaniem uczestników przejazdu – należy mu się medal za niemal doskonałą znajomość topografii terenu.

[h4]Ostra końcówka[/h4]
Gdy już niemal czujemy zapach oczekującej na nas kolacji, kolumna quadów zatrzymuje się. Przed nami ostry podjazd, z którym nie wszyscy sobie radzą. Problemy mają nawet niektóre Grizzly, ale ostatecznie wszyscy, czasem wyciągani na linie, czasem popychani przez kilka par rąk pokonują stromiznę. Na dole pozostaje już tylko jeden Bombardier Baja, którego właściciel, wierząc w moc jego silnika, jeszcze raz atakuje górę. Pojazd dziarsko wspina się i już nieomal dosięga szczytu, aż tu nagle jego przód podrywa się na jednym z kamieni i quad wywija pięknego koziołka. Na szczęście, ani jemu, ani kierowcy nic się nie stało i już po chwili, przy pomocy Grizzly, Baja pozostawia przeszkodę za sobą.
Stąd do rabsztyńskiego pensjonatu jest już bardzo niedaleko – kilkanaście minut jazdy i można udać się na gorącą kąpiel. Następnego dnia uczestnicy rajdu odwiedzili na swych quadach Pustynię Błędowską. Etap ten był dużo szybszy od poprzedniego i – choć miał ponad sześćdziesiąt kilometrów – zakończył się przed zapadnięciem zmroku.
Opinie osób, które brały udział w imprezie, były bardzo jednomyślne – wszyscy twierdzili, iż takich imprez w naszym kraju po prostu brakuje. Z nostalgią wspominano zorganizowany w Bieszczadach w roku 1999 I (i jak dotąd ostatni) Quad Trophy, który miał charakter ekstremalnej imprezy przeprawowej dla czterokołowców. Rajd, który odbył się na Jurze, mimo że dużo łatwiejszy, rozbudził tylko wspomnienia... Miejmy nadzieję, że na następną tego typu przeprawówkę nie przyjdzie nam czekać kolejnych kilka lat.