ATV Polska
A A A

Reportaż z wyjazdu PingwinSquad-u do Turcji w 2012 roku.

kris_pp Krzysztof Guziński 03.10.2012
Pierwszym założeniem naszego wyjazdu w 2012 były Bałkany, a mianowicie Macedonia i Kosowo. Po przeglądnięciu map i zdjęć satelitarnych owych krajów okazało się, że może być tam zbyt dużo asfaltów i mało interesujących miejsc, a ponadto tam już ktoś był na quadach. Jako że w życiu trzeba stawiać sobie poprzeczkę zawsze jak najwyżej Daniel rzucił coś o Turcji i tak już zostało. Track został przygotowany dosłownie na styk, tuż przed naszym wyjazdem. Problemem było znalezienie odpowiedniej mapy do Garmina, ową udało się znaleźć dopiero w przeddzień wyjazdu, jak się później okazało ta mapa uratowała nam tyłki, ale o tym później. Planem wyjściowym było jechać bez mapy tylko z wgranym śladem, oczywiści takie założenie utrudnia wszelkiego rodzaju objazdy miejsc nieprzejezdnych.

Przygotowanie quadów. Jak co roku przy wyjazdach nikt z PingwinSquad-u nie oszczędza na przygotowaniu swojego rumaka. Po krótce można napisać tak: wymieniamy rzeczy dobre na nowe, to pewnie z tego powodu jedyna awaria jaka nas spotkała przy wyjeździe do Turcji, oczywiście w quadzie Daniela był wbity gwóźdź, który został odnaleziony dopiero w drodze powrotnej do Polski.


06-09-2012 To dzień wyjazdu, to dzień tak zwanej godziny X, po której nic nie ma znaczenie, po której już nic się nie liczy, po której już nic nie jest takie same, po której człowiek wie iż nastąpi przygoda, owe nieznane na które tak czekał cały rok. Wierzcie mi, na taki wyjazd czeka się 355 dni w roku, dlaczego tylko tyle? Pozostałe 10 dni to czas przygody... Oczywiście aby Daniel był Pingwinem musiał coś wykombinować tuż przed wyjazdem, kto go zna bliżej wie że zawsze u niego coś tuż przed wyjazdem się popsuje: to quad nie chce zapalić, to ręczny się zapiekł, to nie ma prądu w instalacji, ale tym razem Pingwin rozciął sobie nogę, oczywiście nie kluczem – nożem – siekierą ale butelką Whisky opisywał to wcześniej więc nie będę się powielał. Tak czy siak udało się w końcu wyjechać o planowanej godzinie 21:30.

07-09-2012 To dzień w trasie. Nasza autopomoc nie zawiodła i dowiozła nas w dwie strony, łóżko czy raczej płaskie siedzisko z tyłu na którym można było się w miarę komfortowo przespać uratowało nam życie. Trasa zajęła 36h ciągłego przebywania w aucie z przerwami tylko na tankowania i odprawy graniczne. I tutaj pierwsze schody, o ile z mniejszymi lub większymi problemami pokonywaliśmy granice typu Węgry-Serbia o tyle na przejściu Bułgaria-Turcja pojawił się duży problem. Miły celnik powiedział nam że w Turcji nie wolno poruszać się quadami po drogach publicznych i nas nie wpuści, że musimy zawrócić. Kiedy powiedzieliśmy że my tak co roku odwiedzamy jakiś kraj np.: Rumunie, Albanię odpowiedział nam że tam jest EU a tu jest Turcja i jest inne prawo. Dzięki sam nie wiem komu ….... udało nam się jednak jakim cudem wjechać do Turcji, natomiast jako chyba pokutę Tomasz musiał wjechać do strefy „X” w której promieniowanie jest tak duże, że podobno tylko Chuck Norris wyszedł z niej bez szwanku. Tomka przez następne dni swędziały klejnoty ….... ale może to nie od tego …... nie mnie tu oceniać


08-09-2012 Jesteśmy w Turcji, mijamy most na Bosforze który oddziel Europę od Azji. Później już gładko docieramy do Izmit-u skąd zaczyna się upragnione przygoda. Do celu docieramy ok 11:00, więc decydujemy że wsiadamy na quady i ruszamy. Znaleźliśmy tylko odpowiedni parking. Kierownik po krótkiej rozmowie i małym suwenirze z naszej strony łamaną angielszczyzną zaprosił nas na herbatkę i ciasteczka, a że dość długo nic nie jedliśmy ciastka pochłonęliśmy równie szybko jak herbatkę. Następnie szybkie przebieranki, ściągnięcie maszyn z autopomocy i jesteśmy gotowi.

Pierwsze kilometry od razu pokazały że owa trasa turystyczna niekoniecznie nią jest, niestety na zdjęciach satelitarnych nie widać wielkich kolein wyrzeźbionych przez wodę. I mimo tego że my byliśmy w okresie suszy, kiedy wszystkie rzeki były wyschnięte prawie do zera z pewnością tak nie jest cały rok. Po pierwszych kilometrach i sporym kurzu zaczęliśmy robić odstępy. Później stwierdziliśmy że w pewnych momentach track jest nieprzejezdny więc robimy objazdy..... i się zaczęło, ostatecznie się rozdzieliliśmy. Ja z Tomkiem razem Pingwin osobno, próby kontaktu telefonicznego bezskuteczne z powodu częstego braku zasięgu, a sms-y wysyłane dochodziły z pewnym ok pół godzinnym opóźnieniem. Z tego powodu dwie grupy myślały że się spotkają gdzie indziej, Pingwin myślał że na W1, a my na W2, niewielka różnica ok 50km trudnej trasy. Godzina 20:00 ciemno a my jesteśmy gdzie indziej, ostatecznie wróciliśmy do punktu W1 gdzie Pingwin czekał i zabawiał się w Bear Grylls-a. Na filmie jest twardy, ale myślę że w głębi duszy modlił się aby nie nocować samemu...

09-09-2012 Ruszamy po pierwszej nocy w dalsza trasę, korzystamy z wgranej mapy, ponieważ często track jest nieprzejezdny. Nad jeziorem Iznik spotykamy grupę Czechów na GS-ach. Dalej wymagający teren, mocno zalesiony. Po drodze piękne drzewo z konarem tak wielkim i wydrążonym że chowamy się tam z quadem. Następnie przejeżdżając przez jedną z wiosek i bonus!!! wbijamy się na wesele. Troszkę inne niż u nas, nie ma alkoholu, wszyscy siedzią przy herbatce, orkiestra męska, tańczą sami faceci, przy stolikach i owej herbatce również sami faceci. Zapytacie gdzie kobiety? Ściśnięte pod jakimś zadaszeniem w grupie bez owej herbatki i wygodnych krzesełek. O tamtego momentu zrozumieliśmy co znaczy w tej kulturze ze kobieta ma służyć mężczyźnie który jest głową rodziny. Całkiem inaczej niż u nas, na początku trudno było się przyzwyczaić, ale po kilu dniach stwierdziliśmy że to nie jest wcale takie złe ....... Tym bardziej, że one wydawały się szczęśliwe w takim układzie rzeczy. Na nocleg wybraliśmy mały stawik w górach. Niestety jedyne miejsce odpowiednie na nasz nocleg było zajęte przez rodzinę turecką na niedzielnym pikniku. Tylko wdzięk osobisty Tomasza i jego płynny język turecki spowodował że owe miejsce zostało zwolnione, a w dodatku zostaliśmy nakarmieni kurczakiem z grilla, zostawiono nam ryby złowione w stawie oraz pewien napój o ciemnej barwie, który wyśmienicie pasował do Whisky skrycie przetrzymywanej przez chłopaków w torbach. Wszystko było by jak w bajce gdyby nie jeden fakt. Nie wiem do dziś dlaczego stado wilków rozbiło się niedaleko nas, lub na odwrót my rozbiliśmy się niedaleko stada wilków. Tak czy siak w nocy strasznie wyły, naprawdę blisko i nawet nasz Bear Grylls bał się wyjść z namiotu.

10-09-2012 To dzień w którym byliśmy najwyżej z całego wyjazdu, piękne widoki zapierające dech w piersi. W górach na otwartych połaciach strasznie wiało, próbowałem nawet to wytłumaczyć lokalnemu mieszkańcowi koło sklepu spożywczego, ale jakoś nie pojmował o co chodzi, co prawda coś odpowiadał, ale ja go nie rozumiałem.... i tak w kółko.

Na tym etapie już wiedzieliśmy, że jak chcemy znaleźć sklep lub bar na wsi trzeba patrzeć na wierzę meczetu tam na pewno będzie skupisko ludzi, na już na 100% skupisko mężczyzn.
Nocleg miał być nad wielkim pięknym jeziorem górskim, ale ono wyschło do 1/3 swojej objętości i już nie było takie piękne i czyste. Ja z Tomkiem zdecydowaliśmy się na kąpiel. Tomek nic nie ryzykował, klejnoty cały czas od strefy X go swędziały, ja natomiast zaryzykowałem. Jak się później okazało nic nam nie było. Bear Grylls bał się o swoje i nie wszedł.... twierdził tylko że to jakaś sadzawka i on nie wchodzi.

11-09-2012 Ciąg dalszy gór, wielkich kolein, skał, półek skalnych i..... tajemniczego wąwozu oraz zapisu w nawigacji „na druga stron wąwozu, tern trudny, uważać”. Jak się okazało jeśli na zdjęciach satelitarnych nie da się znaleźć przejazdu, to w rzeczywistości też może być to skomplikowane.... Wąwóz nas pokonał ale za to byliśmy w pięknym miejscu, miejscu wyciszenie, miejscu w którym można się ukryć przed światem zewnętrznym, miejscu bez telefonów, miejscu gdzie nawet samoloty zwiadowcze miały by problem nas odnaleźć. Nie chcę nawet myśleć co by było gdybyśmy wtedy nie mieli map w Garminach tylko ślad.... Objazd wąwozu pozwolił na odwiedziny wioski w której czas się zatrzymał, w której żywi się tylko tym co się upolowało lub wyhodowało, w której jest piękno w najczystszej postaci. Wiosce do której jak wiedziesz nigdy już nie będziesz taki sam, wiosce do której warto było jechać tyle kilometrów, wiosce która potrafi pokazać co jest w życiu najważniejsze i jak ulotne są chwile......
Nocleg na strumykiem, nie był największy, ale Tomek na filmiku pokazał że może służyć do wielu czynności.

12-09-2012 Góry, ziemia troszkę inna bardziej czerwona, dziwnie czerwona. Jakby z innej planety. Owy pył strasznie utrudnia jazdę w grupie, bardzo drażni gardło i oczy, robimy duże odstępy. Trud czerwonego pyłu jednak zostaje nam wynagrodzony docieramy do pięknej jaskini, ogromnej. Wchodzimy w głąb jest naprawdę wielka i głęboka, chwila zadumy jak przyroda jest w stanie coś takiego stworzyć. Dalej zatrzymuje nas patrol, kierowca blokuje przejazd w aucie terenowym a dowodzący wraz z eskortą dwóch żandarmów z bronią podchodzi do nas. Ściągamy kaski, witamy się, pokazujemy na nawigacjach naszą trasę. Okazuje się że musieli dostać od kogoś zgłoszenie o jakiś oszołomach i nas szukali. Kilka pamiątkowych fotek i w drogę. W dalszej części drogi na obrzeżach miasteczka napotykamy na publiczny basen otwarty. Korzystamy z możliwości i się kąpiemy, facet z obsługi kiedy zobaczył ze chcemy wejść w majtach lub kąpielówkach na basen złapał się za głowę i szybko przyniósł nam szorty do ubrania, o mały włos nie zgorszyliśmy ludzi na basenie... Również tutaj udało się pierwszy raz nabyć Piwo, kelner otwierał je zębami na naszych oczach. Nocleg na szybko na jakimś polu, rozbijany po zachodzie słońca, basen nas wciągnął.....

13-09-2012 Poznajemy dalej gościnność Turków i jak dumnymi są ludźmi. Dostajemy co róż to chleb to kozi ser domowej produkcji. W ten dzień opuszczaliśmy góry i zaczynały się niżej położone tereny. Jak się okazało góry nie chciały nas tak łatwo wypuścić. Po kilkukilometrowym zjeździe, bardzo technicznym i z ogromnymi koleinami (ja zagotowałem płyn hamulcowy, na szczęście nie przód a tył) okazało się że jest na tyle wielka wyrwa że nie da się przejechać. Zawrócić też było by ciężko a dodatkowo wracać pod ta górę, nawet nie chcieliśmy myśleć o tym. Zmuszeni byliśmy do wycięcia kilku drzew aby zrobić kładkę i wydostać się ze szpon gór. Dalej szybkie szutrówki, na jednej z nich Daniel prawie co by koziołkował próbując ominąć żółwia. Na koniec dnia udało się dojechać do morza. Prywatna plaża, prywatne może to co Tygryski lubią najbardziej. Namioty rozbijaliśmy z czołówkami.

14-09-2012 Dzień wariactwa, lansu, jazdy w kapeluszu zamiast kasku. Jesteśmy na morzem, jedziemy wzdłuż plaży wolni, szczęśliwi, wyzwoleni. Hulaj dusza..... W porcie rybackim jemy pyszna rybkę. Nazwał bym to tak „niech żyje wolność, wolność i swoboda”, szlagier troszkę disco polo ale odpowiedni. W barze nad plażą pijemy chmielowy przysmak, co prawda kobiety kąpią się w sukienkach ale co tam... Na koniec dnia nie mogąc znaleźć odpowiedniego noclegu decydujemy się jechać do auta. Oczywiście tempo wówczas nadganiamy i zakładamy kaski, ale ostatecznie wszyscy szczęśliwie docieramy do bazy startowej, naszego auta.


Tekst: kris_pp Krzysztof Guziński
Reportaż Filmowy: Pingwin


Relacja dostępna również na [l=http://www.atvpolska.pl/forum/viewtopic.php?p=734408#p734408]Forum ATV Polska [/l]