ATV Polska
A A A

Romania 2008

Krzysiek 21.11.2008
Quadowa wyprawa terenami Słowacji, Węgier i Rumunii.

Dzień zero

Wyjazd z Polski. Start z garażu z Wieliczki. Tu pakujemy quady na lawetę i w drogę!

Trasa: Słowacja, Węgry, Rumunia, przejście blisko miasta Oradea, skąd było jeszcze około 200 km drogi, która w ostatnich kilometrach zamieniła się w wijące serpentyny doprowadzające nas do pierwszego pasma karpackich gór. W końcu dotarliśmy do bazy wyprawy około godziny 10:00. Na na placu stały dwa auta 4x4 i my. Dzień minął na rozpakowywaniu sprzętów i uzbrajaniu we wszystkie potrzebne "szpeje". W miarę upływu czasu zjeżdżało się coraz więcej terenówek, klimat wyprawy coraz bardziej dało sie odczuwać i przygotowania szły jak po maśle.Nastał wieczór, zaczęło się grzecznie od obiadku, "piffka", wstępne zapoznania - krótko pisząc integracja. Integrowaliśmy się bardzo intensywnie, były rozmowy o tym, co i czego się kto obawia, jak jest przygotowany, i co udało się komu osiągnąć itp. - luzik totalny.


Pierwszy dzień

Quady przygotowane dzień wcześniej więc pobudka, szybki prysznic, wmuszenie w siebie śniadania (wczorajsza integracja daje o sobie znać). Zaraz to wszystko mija i już jedziemy, przekręcamy pierwsze kartki roadbooka i lecimy wytyczoną trasą przed siebie.
Plan jest prosty - robimy w jeden dzień to, co robią auta 4x4 w dwa!

Wyzwanie podkręciło nam adrenalinę i jechaliśmy jak po sznurku. Na razie to były trasy typowo szutrowe, jako dojazdówki w głąb gór, choć zaraz po 15 km pojawiły się dość spore wyślizgane głazy, na co zwracali uwagę organizatorzy autom 4x4. Potem kolejne dojazdówki szutrami, dość długi podjazd na szczyt góry kamienistym szlakiem, który dał nam w końcu możliwość sprawdzenia naszych umiejętności balansowania upakowanymi quadami.
Szybko wyskoczyliśmy na polanę przy zagrodzie i jeszcze został nam mały kawałek do noclegu nr 1. Dla nas to było jeszcze przed południem co oznacza, że plan się sprawdza, robimy fotki, jemy coś lekkiego i w drogę. Lecimy, po chwili orientujemy się, że coś nie tak z kierunkami, więc wracamy do kratki, której jesteśmy pewni. Mijamy już po raz drugi drwali rumuńskich, po raz kolejny ich pozdrawiamy, na co oni jeszcze bardziej żywiołowo nam „kibicowali”

Zjeżdżamy z gór, coraz wygodniejszymi drogami, dojeżdżamy do miasta.
Zaopatrujemy się w gotówkę, jemy eklera, coś pijemy i przez cale miasteczko lecimy asfaltem przenosząc się na kolejne pasmo Karpat.
Jedziemy asfaltem kawałek, potem znowu szutrem i kolejny asfalt i znowu szuter, który prowadzi nas malowniczym wąwozem, gdzie co parę kilometrów spotykamy drwali zwożących drewno ciężarówkami RO-MAN, a i Romańskich extremistów spotkaliśmy szalejących dacią po szutrówce na pełnej faji (choć i tak ich przegoniliśmy).

Następnie były leśne drogi, które nas prowadzą do zapory wodnej (jednej z wielu na trasie), gdzie nieopodal jest położony motelik z lat 70'.Zadowoleni z wykonanego planu wynajmujemy pokój z TV i drzwiami z dykty. Na dole są małe altanki i tam postanawiamy coś zjeść. Odpalamy przenośną kuchenkę i robimy obiadokolację ( czytaj poniżej anegdotkę z piecem), jeszcze jakiś browar i śpimy.

p.s. Anegdotka z piecem

w trakcie przygotowywania posiłku właściciel pensjonatu przyniósł nam pod pokój trochę drewna na opał, co mnie trochę zdziwiło, bo tym drzewem mogliśmy sobie co najwyżej ognisko rozpalić. Właściciel sobie zapomniał, że dał nam pokój bez kominka, ale szybko się zreflektował i zaproponował nam grzejnik elektryczny.

Dzień drugi

Budzimy się i to, co się za oknem dzieje nie nastraja nas zbyt optymistycznie, ale cóż, jest robota do wykonania. Wstajemy, jemy, ubieramy się, jak kto może (stałem się nawet ufokiem) i jedziemy zdobywać przełęcz Urdele.

Zjeżdżamy z miejsca noclegowego w dół, a pogoda coraz gorsza . Już po chwili zaczyna padać śnieg. Jedziemy zaśnieżonym asfaltem, rooadbok pokazuje: jedź w lewo, a tam stoi znak, który mówi koniec drogi - nie ma mostu. I faktycznie kawałek dalej most zerwany, budują nowy, więc trzeba jakoś objechać to miejsce. Objeżdżamy z prawej strony. okazuje się to nawet być jakimś szlakiem. jedziemy dalej i już zaczynamy się wspinać w górę, coraz wyżej i wyżej i w tym momencie mój metromierz odmówił całkowicie posłuszeństwa. Zatrzymujemy się zatankować z kanistrów, które wozimy przytroczone do bagażników i lecimy dalej w górę. Dojeżdżamy do miejsca opisanego „w prawo 2700 przełęcz Urdele, w lewo dalsza droga”. Oczywiście jedziemy w prawo, choć pogoda coraz gorsza, jakoś nam idzie. Jadę pierwszy i co raz wpadam w większą kałuże brei, jeszcze nie zamarzniętej wody w połączeniu z zmarzniętym gęstym śniegiem unoszącym się na powierzchni kałuży i tracę jeden z cylindrów (mam dwa). jadę jeszcze 100 metrów i jestem na przełęczy. Niestety nic nie widać i w dodatku zmartwiony jestem usterką. Na szczęście okazuje się (po przejechaniu 3 km w dół, co by się choć trochę schować przed pogodą), że fajka wyskoczyła ze świecy i wystarczyło ją docisnąć i silnik już gadał jak powinien .

Ale to nie koniec przygód. Jedziemy dalej i okazuje się, że albo my ostro pomyliliśmy trasę ,albo roadbook jest tratatata - może po prostu widoczność nas pokonała...

Dojeżdżamy jakoś w tych warunkach do kolejnego szczytu a tu KQ rzyga płynem chłodniczym. W tych warunkach pogodowych okazuje się, że śnieg zabił wentylator i nie mógł ruszyć z miejsca. Łukasz odśnieża quada, a ja jadę na zwiad, gdzie ten szczyt i co z trasą dalej. Niestety pogoda robi się na tyle paskudna, że nie udaje nam się zdobyć szczytu i jedziemy w dół góry mijając tubylców zbierających pocięte drewno, widząc nas machają do nas przyjaźnie i z podziwem, co jest bardzo miłe i zachęca do dalszej walki. Zjeżdżamy na dół, kątem oka spoglądamy na motel "U Roberto" i lecimy dalej do sklepu/knajpy. Tu chwilę odpoczywamy i dalej kończąc trasę dojeżdżamy asfaltem, aż tam, gdzie rozdzielają się drogi do noclegu i do przełęczy Polydrogi.
Choć tyle za dnia przeszliśmy, to postanawiamy realizować plan i jechać dalej (takie małe ciśnienie na robienie trasy na 230%).

Wyjeżdżamy na małą przełęcz i widzimy kolesia spędzającego owce z połoniny. Nie chcąc tracić czasu lekko wbijamy się między owce i lecimy na przełęcz. Niestety pogoda zmienia się tak szybko, że po chwili jedziemy we mgle po bialutkim śniegu, który idealnie maskuje szlak, którego mamy się trzymać. Ujeżdżamy kawałek i Łukasz zarządza odwrót, co jest słuszną decyzją w tych pogarszających się warunkach. Myślę że jeszcze kilka metrów, a zostalibyśmy tam do przyszłej wiosny. Powrót jest ciężki, ślady zamiotło po 3 sekundach, pozostało się trzymać tracka z GPS'a, który jak wiadomo jest dokładny do paru metrów, ale przy takiej pogodzie do parunastu, a między szlakiem a przepaścią było 20 ale centymetrów! szok! Jakoś nam się udało i zjeżdżamy w dół. Pytamy o pierwszy nocleg i koleś stawia zaporową cenę za oferowane warunki, więc wracamy pod pensjonat wspomnianego Roberto jakieś 20 KM. Jesteśmy całkiem przemoczeni, przemarznięci i zmęczeni. Roberto przyjął nas lepiej niż się spodziewaliśmy. Kaloryfery rozgrzał do czerwoności. Idziemy spać z nadzieją na poprawę pogody.


Dzień 3

Plan zdobycia góry i nic więcej

Rano wstajemy, jemy i odpowiednio ubrani śmigamy do okolicznej wioski po paliwo i płyn do chłodnicy do Kinga. Zaczyna się hecą, bo nie do końca jesteśmy pewni jakie paliwo tankujemy, bo jest dostępne z ołowiem i bez, co niestety trudno przeczytać na ich dystrybutorach, ale w końcu zatankowani jedziemy w górę zdobyć przełęcz Polyrogi.

Warunki gorsze niż wczoraj, juz w połowie góry zalega śnieg. Na połoninie/malej przełęczy jest taki lód i wiatr, że jak się zejdzie z quada to wiatr spycha nas gdzie chce. Ale zawzięci w boju jedziemy wyżej, śnieg coraz głębszy i głębszy. Przełęcz okazuję się niedostępna.

Wracamy do stacji benzynowej, chcąc uzupełnić paliwo, które utraciliśmy po ostrej walce na próbach podjechania pod przełęcz i spotykamy pierwsze auta 4x4, które jadą asfaltem, bo niestety zostały o jeden dzień za nami. przełęcz Urdele, która nam jeszcze pozwoliła się zdobyć autom 4x4 na to nie pozwoliła . Logujemy się w pensjonacie u Roberta. Impreza i do spania. W międzyczasie Łukasz wymienia olej w KQ, a ja dokręcam przedni wahacz, który dostał luzu.

Dzień 4

Startujemy od Roberta i jedziemy 15 km w górę do bazy namiotowej. Tam spędzamy około godziny i próbujemy ostatni raz dostać się na przełęcz Polyrogi.

Niestety nie dajemy rady i omijamy szczyt, jadąc bezpośrednio w kierunku klasztoru Polyrogi. Tam się tankujemy i serwisujemy KQ w przydrożnym warsztacie (zerwany gwint korka spustowego).
Straciliśmy około 1 ½ H, ale naprawa się udała i jedziemy dalej, mijamy nocleg dla aut 4x4 bokiem i śmigamy dalej robiąc plan jak zwykle.
Pogoda coraz lepsza, już nie pada, nie ma śniegu, cud miód, wiec mamy energię na pokonanie kolejnych kilometrów. Podjeżdżamy na kolejną górę i natrafiamy na zwalone drzewo. Łukasz swoim KQ przejeżdża pod drzewem, ja niestety się nie mieszczę, więc zjeżdżam w dół, co jest mało rozsądne z ładunkiem, który mam na quadzie, ale celując asekuracyjnie w drzewo udaje mi się na nim zaparkować. Po czym nawrotka na trawersie i wyciąganko na linie z dwoma przepinkami ,co zabiera nam prawie ½ godziny.

Wyjeżdżamy poza obszar lasu i tu udaje nam się zgubić, bo pojechaliśmy na azymut, a nie za roadbookiem. Jak się okazuje nasza trasa przebiega około 2 KM na prawo, ale innymi szczytami gór, a my polecieliśmy na przełaj po lasach, które Lukasz określił lasami NIEDŹWIEDZIA. Na szczęście były koordynaty kolejnego punktu i tak nastawiliśmy nasze GPS'y. W tym wszystkim trafiamy na zablokowaną drogę przez drwala w podeszłym wieku, któremu w koło furmanki wbił się kawałek gałęzi, która spadła z jego własnego wozu drabiniastego. Droga jest całkowicie zablokowana, ale wspólnymi siłami uwalniamy furmankę z tego niefartu. Niestety przejeżdżając wystraszyliśmy quadami zaprzężone konie – konie uciekają z całym tym drzewem w krzaki...upsss. Dalej zjazd do wsi i jazda asfaltem, po drodze mijamy skansen z dawną wsią. Niestety późna pora nie pozwala nam na odwiedzenie tego miejsca. Z asfaltu wjeżdżamy znowu na szutr i kamienie, po chwili docieramy no noclegu nr 5 na polanie. Choć już się zmierzcha postanawiamy pokonać jeszcze kolejne wzniesienie, co okazuje się prawie ponad nasze możliwości, bo na połoninach w pełnym zmroku dojeżdża nas mgła czy tam chmura i trudno jest w tych warunkach dostrzec trasę po której mamy jechać. Zero orientacji w terenie. Na szczęście możemy liczyć na wskazania naszych GPS'ów. w końcu udaje nam się jakoś przebrnąć przez to małe piekiełko i zjeżdżamy ze szlaku do cywilizacji, przejeżdżamy dość duże miasto i lecimy w kierunku motelu Willa de Pesti. Zmęczenie daje o sobie znać, jednak pokonujemy asfaltówkę dość szybko i podjeżdżamy pod motel który okazuje się ogromnym budynkiem bez żadnego zapalonego światła, co nas niepokoi. Jednak po chwili wychodzi lekko zawiany (chyba stróż) i już po chwili parkujemy nasze quady tuż na środku wejścia, zaczynamy przenosić nasz dobytek na drugie piętro do pokoju bez łazienki i bez kaloryferów, ale za to mamy dach nad głową choć tynk sypie nam się z niego na głowy.

Robimy jedzenie. staramy się jakoś się rozgrzać w panującej w pokoju temperaturze 5 stopni i planujemy kolejny dzień podróży.


Dzień 5

Start z motelu w/g roadbooka przewiduje pokonanie 90 km asfaltem w kierunku kolejnego postoju w pobliżu miasta Baile Herculaine, asfalt nam szkodzi więc próbujemy się przedostać górami. Po pokonaniu około 20 km i błądzeniu tu i tam odpuszczamy i wracamy do asfaltu i pędzimy do kolejnego motelu. Dzień zrobiliśmy bardzo szybko i po zalogowaniu się w hotelu pojechaliśmy do rzeki umyć quady i zrobić trochę fotek.
Po kąpaniu zastrajkowała suzi ale szybkie oczyszczenie klem akumulatora rozwiązało problem. To był bardzo krótki dzień patrząc na samą jazdę ale za to dotarliśmy do kolejnego pasma gór.


Dzień 6

Wcześnie rano wstajemy z zamiarem pokonania góry Tarcu i dojechania jeszcze tego samego dnia do naszego startu czyli około 100 km terenem przez górę Tarcu i prawie 200 asfaltami do startu wyprawy. Ech ten asfalt.

Plan się udał. Wstaliśmy wcześnie i jazda. Trochę kilometrów asfaltem i zaraz wbijamy sie w góry. Jedziemy przez wioski, gdzie ludzie przyzwyczajeni do enduro i quadów (teren enduromanii) machają nam przyjaźnie, a dzieci wyciągają dłonie, aby im przybić piątkę ,co chętnie robimy (pewnie ich to bolało). Opuszczamy wioski i zaczynają się połoniny, z których widać lekko ośnieżoną górę Tarcu. Widoki super, do przejechania jeszcze około 20 KM, a Tarcu jest tuż na wyciągnięcie ręki. Jedziemy dalej trzymając się roadbooka i dziwimy sie, jak te terenówki zrobią dość ostry wąski zjazd po trawersie, nam się udaje bez problemów.

jeszcze kawałek szlakiem i docieramy do schroniska usytuowanego pod szczytem góry . Tam się rozdzielamy i próbujemy różnych podejść pod szczyt, gdyż szlak jest zasypany śniegiem i nie da się nim jechać.
Góry jak to góry zgubne są i po 1/2 H jazdy tracimy ze sobą kontakt wzrokowy i zaczynamy działać na własną rękę, co sprawia że po chwili czekania na kompana wracam po niego kierując się drugim zboczem góry gdzie zaczyna mnie przerastać nachylenie zbocza i z wielkim trudem udaje mi się opanować zsuwającego się quada po zboczu. Jakoś jednak daję radę i jadę dalej. Docieram do bardziej otwartej przestrzeni i widzę Łukasza podążającego moim poprzednim szlakiem, co mnie bardzo ucieszyło, bo już miałem czarne myśli.

Tarcu nas pokonała, jako druga góra, której nie zdobyliśmy podczas całego wyjazdu. Taki lajf i nie ma się co załamywać więc jedziemy do noclegu nr 7. Tam chwile odpoczywamy i podejmujemy walkę z asfaltem.
Zjeżdżamy w dół góry. Jedziemy kawałek asfaltem, tankowanie i dalej kolejne 80 Km asfaltów. Mamy już serdecznie dość asfaltów. W końcu decydujemy się rozdzielić i ja postanawiam jechać jeszcze kawałek asfaltem i potem szutrem. Jakoś dotrzeć do bazy, a Łukasz na pewniaka che śmigać asfaltem do końca.

GPS pokazuje mi około 100 km do celu, Łukaszowi 160. Rozdzielamy się i każdy jedzie w swoim kierunku. Ja bez rejestracji tylko z samą zieloną kartą przebijam się przez kolejne miasteczka i jedno duże miasto, gdzie wszyscy patrzą na mnie jak na dziwadło. Ale jakoś unikam policjantów itp. Jadę tak jak mi GPS wskazuje i wjeżdżam w coraz to węższe drogi, które prowadzą mnie wzdłuż potoku pomiędzy samymi szczytami gór. Po chwili GPS oznajmia brak tras do przejechania choć patrząc na drogę na azymut mam tylko 20 kilometrów do bazy. Zaczynam mieć lekką głupawkę ale znajduję drogę na szczyt i pnę się jakieś 15 minut, gdzie spotykam tubylców pracujących w polu i pytam o asfalt. W odpowiedzi widzę tylko ich śmiejące się twarze, że tu nie ma żadnego asfaltu w pobliżu. Jednak nie poddaję się i brnę dalej. Już teraz w/g wskazań mojej intuicji i w końcu docieram do miejsca, gdzie krzyżuje się moja droga z przebytym pierwszego dnia szlakiem. Tam już pewny siebie. Jadę kolejne 20 km po przebytej parę dni wcześniej trasie i docieram do celu. Okazuje się,że Lukasz dotarł dokładnie 5 minut wcześniej i z radością przybijamy sobie piątkę na znak pokonanych Karpackich trudów podróży.

Trasę pokonywali
Łukasz Dawidowski vel Carreone na KQ 750 AXI
Krzysiek Sanowski vel Sanol na Polaris SP 700 EFI

Chciałbym jeszcze podziękować mojej Pani za pomoc w przygotowaniach mnie do całego tego zamieszania i dla mojego partnera Łukasza za rozwagę i bezciśnieniowe przebycie całego wypadu. A także dla Marka za użyczenie czujnika, dla Michała M. Za diagnozę usterki ON-LINE
i wszystkim tym którzy mieli coś z całym tym wypadem wspólnego.