ATV Polska
A A A

Rumunia

Łukasz_P 31.07.2009
Dzień 0
Umawiamy się około godziny siódmej wieczorem w Wieliczce. Sanol z Pacią (KingQuad), Tomek (Outlander), Jurek i Marcin (Rincon i Grizzly) już na mnie czekają. Do grupy dołączam wraz ze swoim Grizzly ok. 19:40 tłumacząc się remontami na obwodnicy Krakowa =) . Czym prędzej pakujemy quady i resztę gratów. Chwila rozmowy, kilka zdjęć i w końcu ruszamy w kierunku Słowackiej granicy. Niestety około godziny po jej przekroczeniu napotykamy pierwsze trudności. Zatrzymuje nas kilka słowackich radiowozów i trzyma nas około 20 minut nie tłumacząc powodu zatrzymania. Całość wygląda nieciekawie. W końcu wszystko staje się jasne. Dzień wcześniej kilka quadów zostało skradzionych z okolic Nowego Sącza przez co działania słowackiej policji ograniczały się do sprawdzenia dokumentów naszych i naszych quadów. Myśl o rozpoczęciu tak fantastycznej wyprawy pozwoliła nam zachować dobry humor mimo 1,5 godziny straconej na policyjnej kontroli w środku nocy. Dalsza część drogi przebiegła szybko i bezproblemowo. O godzinie 12-tej meldujemy się w naszej bazie w Rumunii. Żar dosłownie leje się z nieba. Temperatura w słońcu dochodzi do 35-tej kreski. Jemy zasłużony obiad i resztę dnia spędzamy na odpoczynku nad pobliską rzeczką. Po południu Sanolowi wraz z Marcinem i Tomkiem udaje się umieścić KingQuada na kładce dla pieszych nad wspomnianą rzeczą. Pierwszy raz użyta zostaje wyciągarka = ). Niestety mimo wcześniejszej rezerwacji pokoi, dzisiejszą noc prześpimy w samochodach. Musimy się wyspać bo jutro rozpoczyna się prawdziwa przygoda.


Dzień 1
Pierwszy dzień wita nas deszczem i chłodnym powietrzem. Niezła odmiana w porównaniu do dnia wczorajszego. Jemy jajecznicę, która wygląda jak jajka sadzone, przebieramy się w ciuchy quadowe i w zasadzie jesteśmy gotowi do jazdy. Pozostaje tylko ten deszcz… Odczekaliśmy 15 minut i jak na zawołanie deszcz przestaje padać. Później okazuje się, że był to pierwszy i ostatni deszcz jaki zastał nas w Rumunii. Po kilku kilometrach pierwszego odcinka napotykamy dość trudny technicznie podjazd usiany wielkimi głazami. Podjazd utrudnia fakt, że jeszcze 20 minut wcześniej padał wspomniany już deszcz. Podjazd po chwili zostaje pokonany. Strat zero za to uśmiechy na twarzach zdają się być coraz większe. Pogoda znacznie się poprawia i ruszamy w dalszą drogę. Przed nami jeszcze sporo kilometrów. Mijamy kilka pierwszych rumuńskich wsi. Miejscowi bardzo entuzjastycznie reagują gdy tylko pojawiamy się w ich okolicy. To bardzo miła odmiana w porównaniu do tego co ma miejsce w naszym kraju. Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach docieramy na malowniczą polanę gdzie robimy pół godzinną przerwę. Po chwili dołączają do nas krowy, którym wyraźnie spodobał się Outlander Tomka. Zjeżdżamy w dół do miasta. Trasa jest naprawdę przepiękna. Wąskie szutrówki, przejazdy przez przełęcze i liczne rzeczki no porostu żyć nie umierać. Docieramy do miasta gdzie w bardzo prowizorycznych warunkach dokonujemy pierwszego tankowania. Jedziemy dalej i prawie bez zatrzymania docieramy do miejsca pierwszego noclegu na wysokości 1250 m n.p.m. Licznik dziennego przebiegu pokazuje 191 kilometrów. W hotelu nie ma ani jednego wolnego pokoju więc rozbijamy namioty na pobliskim polu namiotowym. Po oględzinach quadów okazuje się, że Marcin skrzywił nieco felgę. Szybki posiłek, ognisko i spać bo jutro szykują się fantastyczne widoki.


Dzień 2
Budzi nas słońce, które sprawia, że wnętrze namiotu zamienia się w saunę. Szybka toaleta później śniadanie i o 9:30 cała ekipa jest gotowa do dalszej jazdy. Zmierzamy w kierunku przełęczy Urdele do której droga prowadzi przez asfalty i bardzo szerokie szutrówki, na których napotykamy dziesiątki ciężarówek budujących drogi zapewne z dotacji Unijnych. Po długim wyścigu z ciężarówkami i stosunkowo krótkim podjeździe docieramy na przełęcz Urdele. Miejsce to jest tak niesamowicie piękne i malownicze, że każdemu z nas zaparło dech w piersiach. Emocje wzmaga fakt, że znajdujemy się na wysokości 2110 m n.p.m. Widok na górskie szczyty i krystalicznie czyste górskie jeziora sprawia, że spędzamy tam dobre pół godziny. Robimy dziesiątki zdjęć a Tomek kręci krótki film. Wszyscy jesteśmy bardzo zauroczeni tym miejscem mimo to musimy jechać dalej. Po krótkim zjeździe robimy przerwę na dotankowanie z kanistrów i ruszamy w dalszą drogę. Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów przepiękną trasą poprowadzoną wzdłuż urwiska dość wąską szutrówką. Docieramy do kolejnego szczytu gdzie spędzamy kolejne pół godziny. Piękne widoki i rumuńskie słońce rozleniwiło nas tak, że zjazd z gór zdawał się dłużyć w nieskończoność. W końcu docieramy do pensjonatu u Roberto gdzie okazuje się jednak, że i tutaj wolnych miejsc nie ma. Po tankowaniu i zakupach w Vajoneze a także po długich i burzliwych negocjacjach decydujemy się ponownie nocować pod chmurką. Mimo mojego niezadowolenia tym faktem przyznać muszę, że miejsce naszego noclegu jest bardzo malownicze. Dzisiaj zrobiliśmy jedynie 121 kilometrów. Jurek, Marcin i Sanol długo rozpalają ognisko. Drewno jest mokre a z każdą godziną wilgoć jest coraz większa. Nic dziwnego w końcu śpimy nad rzeką. Dzisiaj strat ani uszkodzeń nie było, każdy zdrowy a quady tylko „lekko” się przybrudziły. Wieczorem przypadkowo dołącza do nas dwójka naszych rodaków z Warszawy, którzy podróżują po Rumunii starym Defenderem. Nocnym rozmowom nie ma końca…

Dzień 3
Dzisiaj nieco zaspaliśmy przez co cały wyjazd opóźnił nam się o dobre pół godziny. Po szybkim śniadaniu i spakowaniu manatków ruszamy w długą trasę, która dzisiaj ma być wyjątkowo skomplikowana. Słońce od samego początku daje się we znaki. Po kilku kilometrowym podjeździe drogą „zrywkową” napotykamy pierwsze trudności - Outlander Tomka się zagrzał. Nie przejmujemy się tym zbytnio i po odczekaniu aż Bomba ostygnie jedziemy dalej. Ja, Marcin, Sanol i Pacia gnamy ostro do przodu. Na wysokości ok. 2000 m n.p.m. orientujemy się, że Jurek i Tomek zostali daleko z tyłu. Po chwili zza wzgórza wyłania się Jurek holujący Tomka i jego Outlandera swoją Hondą. Nie wróży to nic dobrego. Okazuje się, że w Outlanderze Tomka chłodnica odmówiła posłuszeństwa wylewając cały płyn chłodniczy pod siebie. Z pękniętą chłodnicą nie da się jechać więc postanawiamy holować Tomka do najbliższego miasta. Z racji, że Na KingQuadzie siedzą dwie osoby a Honda mocą nie grzeszy pada na Grizzly. Przez góry Tomka holuje Marcin całość idzie całkiem sprawnie bo tylko raz urywa się lina a średnia prędkość spadła nam drastycznie. Po kilkudziesięciu kilometrach dojeżdżamy do asfaltu i od tej pory Tomka holować mam ja. Temperatura powietrza rośnie dużo powyżej 30 stopni i po 15 kilometrach mój Grizzly z zabrudzoną chłodnicą holujący Bombę z Tomkiem i pełnym obciąeniem zaczyna się gotować. Gdy sytuacja się powtarza przepinamy Tomka z powrotem do Grizzly Marcina, dla którego holowanie pół tony w takim upalnie nie stanowi problemu. Po około 1,5 h jazdy asfaltami i szybkim dotankowaniu na stacji docieramy do miejscowego mechanika. Idziemy z Pacią i Jurkiem po coś zimnego do picia a gdy wracamy chłodnica jest już wyjęta i zaczęło się jej oczyszczenie. Po krótkim posiłku zaczynam rajd po mieście w poszukiwaniu płynu chłodniczego. Udaje mi się go znaleźć gdyż z pomocą przychodzi mi miejscowy człowiek, który jak się później okazuje również jeździ na quadzie. Naprawa trwa ok. 2,5 godziny, po których w końcu możemy ruszyć dalej. Jedziemy malowniczą trasą koło rzeki i dojeżdżamy do bardzo stromego podjazdu usianego luźnymi kamieniami. W między czasie Bomba grzeje się kilka razy. Podjazd choć krótki zajmuje nam ok. 1 godziny. Mój Grizzly grzeję się na owym podjeździe kilkakrotnie a Tomek dość ostro przypala pasek w Outlanderze. Studzimy moją Yamahę i ruszamy dalej. Mimo kilkugodzinnego opóźnienia postanawiamy nie spać w lesie tylko dojechać do zapuszczonego hotelu. Krótko mówiąc trzymamy się planu. Do „hotelu” dojeżdżamy około godziny dwunastej po kilkugodzinnej nocnej jeździe połoninami i szczytami gór. Bomba przez cały czas grzała się systematycznie co kilka kilometrów. Hotel to jedna wielka masakra. Nie ma jednak co się rozpisywać ważne, że jest łóżko i, że na głowę nie kapie. Po kolacji opartej głównie na konserwach idziemy spać. Po tak wykańczającym dniu (zrobiliśmy dzisiaj 202 kilometry) każdy zasypia niemal natychmiastowo.

Dzień 4
Wstajemy ok. 9:30 i czym prędzej uciekamy z naszego „hotelu”. Myjemy chłodnice i ruszamy w drogę. Trasa jest przepiękna. 25 kilometrów jedziemy wąską szutrówką wzdłuż rzeki. Jest bardzo gorąco więc kurzy się niemiłosiernie. W pewnym momencie zjeżdżamy nad rzekę na pół godzinny odpoczynek. Myjemy quady w rzeczce. Po kilku minutach zabawy w wodzie Ciapek (Marcin) Trafia na dół na dnie rzeki i wraz ze swoim Grizzly idą ostro na bok. Wyciągamy Marcina i jego Grizzly na brzeg. Szybka diagnoza i okazuje się, że air box jest suchy ale woda dostała się do cylindra przez wydech. Doprowadzenie Grizzly do stanu używalności zajmuje nam około 25 minut po czym ruszamy dalej. 10 kilometrów później dojeżdżamy do asfaltu, który towarzyszy nam już praktycznie do końca dnia. W połowie odcinka jemy obiad w przydrożnym pensjonacie i około godziny 21 meldujemy się pod Tarcu. Dziś znów śpimy na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Miejsce naszego noclegu jest po prostu nie do opisania szczególnie o zachodzie słońca. Zgodnie uznaliśmy, że po takie widoki przyjeżdża się do Rumunii. Nudne przejazdy asfaltami i na liczniku pokazuje się205 przejechanych kilometrów.

Dzień 5
Ostatniego dnia zostajemy obudzeni o 7:30 przez stado galopujących przez połoninę koni. Słońce jest już wysoko na niebie więc zbieramy się dość ospale i po 1,5 godziny jesteśmy gotowi stawić czoła górze Tarcu czyli Rumuńskiej mecce off roadowców. Dojazd na Tarcu jest jest miejscami bardzo trudny technicznie. Strome wzniesienia, wąska droga i sterta luźnych wielkich kamieni. Całość działa na naszą wyobraźnię. Po 1,5 godziny meldujemy się na samym szczycie. Ojj warto było pokonać trudności drogi. Widok jest niesamowity. Jesteśmy na wysokości 2190 m.n.p.m. I można powiedzieć, że jesteśmy w niebie. Nawet Tomkowi udaje się wjechać mimo tego, że jego Outlander grzeję się co 10 minut. Na szczycie spędzamy prawie godzinę po czym zjeżdżamy z powrotem do schroniska. Później jeszcze 30 kilometrów i docieramy do asfaltu, którym dojedziemy już praktycznie do samej bazy. Tak więc przed nami prawie 200 kilometrów asfaltu. Outlander grzeję się co chwilę więc po kilkudziesięciu kilometrach decydujemy się odłączyć od Tomka. Dajemy mu mapę i kierujemy się do bazy. 30 kilometrów przed końcem robimy przerwę nad brzegiem rzeki. Pech chciał, że wykonałem podobną ewolucję do tej jaką wykonał wczoraj Marcin czyli wpadłem w dziurę na dnie rzeki i tym samym utopiłem quada. Szybkie wyciąganie, suszenie filtra i po 30 minutach jedziemy dalej. 1,5 godziny później docieramy do bazy cali i zdrowi i szczęśliwi. Po 3 godzinach dołącza do nas Tomek. Wszyscy w komplecie „oblewamy” udany wyjazd i do późnej nocy oglądamy zdjęcia. W 5 dni zrobiliśmy prawie 1100 kilometrów po fantastycznych i zróżnicowanych terenach. Wyprawa do Rumunii do najpięknijesza wycieczka jaką do tej pory odbyłem na qudzie.

Następnego dnia o 12 ruszamy z powrotem do Polski.

Na zakończenie mojej relacji chciałbym bardzo podziękować całej ekipie za fantastyczny wyjazd. Cały czas towarzyszył nam dobry humor a to jest chyba najważniejsze. Szczególne podziękowania należą się przewodnikowi grupy czyli Sanolwi, dzięki Krzychu = )

Autorem relacji jest Łukasz Palma (Łukasz_P)

Zapraszamy do wątku o wyprawie do Rumunii na [l=http://www.atvpolska.pl/forum/viewtopic.php?f=62&t=22762] Forum ATV Polska [/l].