ATV Polska
A A A

Siedmiu wspaniałych - Kozackie Wertepy 2004

Mariusz Kulak "Off Road Pl" 02.04.2004
Na Kozackie Wertepy na Ukrainę postanowiłem pojechać mimo opowieści o szalejącej „Czarnej Wołdze” i ludziach, co z gór schodzą i ołowiu nie żałują. Na umówioną, nie raz zmienianą godzinę spotkania w Przemyślu zjawiło się siedmiu właścicieli różnej maści quadów. Po odprawie, z pięknie położonego nieopodal dworca baru mlecznego „Miś” wyruszyliśmy na granicę naszej ojczyzny.

Pierwszą atrakcją wyprawy jest bezsensowny postój na przejściu granicznym związany z niedyspozycją jakiegoś tam Saszy, co wcześniej miał imieniny. W myśl znanej piosenki „Stary niedźwiedź mocno śpi” uzbrajamy się w cierpliwość, aż wreszcie po pięciu godzinach wyruszamy na podbój ukraińskich Karpat. Nękani po drodze licznymi posterunkami milicji, późną nocą docieramy do bazy. A tu niespodzianka - właściciel zarezerwowanego hotelu zapił i zgubił klucze. Jest ekstra: ognisko, rzeka, namioty i minus sześć stopni Celsjusza. Pierwsza noc udowadnia kilku uczestnikom, że śpiworów nie kupuje się w hipermarkecie.

[h4]Wszechstronność Raptora[/h4]
Nasz ukraiński organizator zwany dalej Denisem przygotował nam trasę po tak zwanej dziczy leśnej położonej wysoko w górach przy granicy ukraińsko-słowackiej. Uzbrojeni w komplet map i pozwoleń od różnych instytucji, ruszamy pełni optymizmu na pierwszy z wyznaczonych odcinków o długości 120 kilometrów. Po dziewiątym kilometrze przedzierania się przez gęsty las, utykamy na zboczu nikomu nieznanej góry. Przez kilka godzin podziwiamy piękno ukraińskiej, górskiej przyrody i zastanawiamy się jak wybrnąć z opresji. Kiedy kończy nam się kawa, ruszamy do boju. Pięćsetmetrowy odcinek pokonujemy błyskawicznie w cztery godziny. W trakcie walki z terenem, jeden z nas o dźwięcznym imieniu Krzysio prezentuje nam swoją Yamahę Raptor w efektownej figurze znanej powszechnie jako „fikoł”, przy okazji nie łamiąc kości, czym wprawia nas w niemałe zdumienie. Późnym wieczorem, z pomocą GPS, odnajdujemy górską osadę drwali leśnych, co już nie jedno w życiu widzieli - oprócz zaciapanych błotem quadów. Sympatyczni i pozytywnie nastawieni mieszkańcy wskazują nam alternatywną drogę powrotną.
Po kilku godzinach jazdy prostymi duktami leśnymi, docieramy do umówionego miejsca. Cieszymy się jak dzieci, widząc naszych opiekunów i przydrożny bar, w którym mamy nadzieję podreperować wnętrzności. Jest tylko wódka i... wódka. Po kolacji - jest godzina 23 - czeka nas jeszcze 40-kilometrowa trasa. Prowadzeni przez Land Rovera jedziemy dalej ku naszemu przeznaczeniu. Denis wyznacza miejsce na biwak, to tylko 1800 m n.p.m. Jadąc z przymarzniętymi palcami do kierownicy, rozmyślam o tym, jak przyjemnie będzie rozbić namiot na szczycie góry. Przejeżdżając przez miasteczko, którego nazwy nie sposób zapamiętać, zauważamy rozświetlony obiekt. To hotel! Są wolne pokoje, przesmaczne pierogi, sympatyczna obsługa, ciepła woda i zimna wódka. Zmiana planu - zostajemy.

[h4]Gdzie Land Rover nie da rady[/h4]
Drugiego dnia, wypoczęci i najedzeni, gotowi jesteśmy na dalsze wyzwania losu. Musimy udowodnić sobie i światu, że jesteśmy twardzi i miłujemy pokój - dzisiaj towarzyszy nam ekipa ukraińskiej telewizji. Wyznaczona trasa biegnie malowniczo wśród górskich wąwozów. Przed kamerą popisujemy się, przejeżdżając efektownie górską rzekę. Pokazujemy wyższość terenową quada nad towarzyszącym nam Land Roverem legendarnego Moliego. Łowimy pstrągi, jemy chrupki, pijemy herbatę - jest sielsko i anielsko. Za zgodą miejscowych władz wkraczamy na tereny parku narodowego (byłem tak zauroczony pięknem krajobrazu, że zapomniałem jego nazwy). Po kilkunastu kilometrach jazdy pod górę jeden z Grizzly pada. Szmaty, drut i końskie łajno ratują sytuację - jedziemy dalej. W samo południe docieramy na połoninę. Widok zapiera dech w piersiach. Na wysokości 1600 metrów n.p.m. odwiedzamy pozostałości rosyjskiej bazy rakietowej, które rozsiane są w promieniu trzech kilometrów (czerwonoarmiści wraz z nastaniem pierestrojki wysadzili w powietrze całą infrastrukturę, po czym bez pożegnania wyjechali uprawiać handel na dalekiej Syberii).
Dalszy odcinek okazuje się nieprzejezdny dla towarzyszących nam terenówek; jedziemy więc sami, bez mapy, ufając tylko naszemu instynktowi, by nie wpakować się w kłopoty. Po długim, stromym i błotnistym zboczu docieramy do góralskiej wioski. Krótki odpoczynek, grupowe zdjęcie z pasącą się ukraińską kozą i przeprawa przez rzekę. Dojazd do najbliższej miejscowości zajmuje nam kilka spokojnych, turystycznych godzin. Jest niedziela, słoneczne i ciepłe popołudnie. „Siedmiu wspaniałych” na swych czterokołowych rumakach w tumanach kurzu wkracza do miasteczka pełnego odświętnie ubranych mieszkańców. Nasze ubłocone postacie kontrastują z nienaganną bielą miejscowych, olbrzymich, podskakujących biustonoszy, budząc ogromne zainteresowanie. Cała populacja czeka na nas przed tutejszą restauracją. Opowiadamy, pokazujemy i szpanujemy swoimi umiejętnościami ku uciesze sporej widowni. Po części artystycznej zasiadamy do stołu. Mamy pecha, wczoraj była impreza i goście weselni zjedli całe zapasy. Przemiła Natasza, właścicielka pechowej jadłodajni biegiem uderza do sąsiadki i ratuje nas kanapkami ze swojską garmażerką. Czas nagli, ruszamy w drogę, do umówionego punktu spotkania jeszcze kilka kilometrów. Na rozległych, górskich pastwiskach, między krowimi talerzami spotykamy naszych zakręconych opiekunów. Do bazy na torfowisku docieramy wieczorem. Rozbijamy namioty, palimy ognisko i degustując ukraińskie wynalazki, słuchamy, jak niektórzy z nas opowiadają dyrdymały. Gęsta mgła a potem mróz - pierwszy raz śpię w zamarzniętym śpiworze. Sen o gołych babkach pomaga dotrwać do rana.

[h4]Przyjaciół nie zostawia się w biedzie[/h4]
Wczesnym rankiem budzi nas służba leśna - starszy mężczyzna o rumianej twarzy z ogromnym karminowym nosem, wymachuje kończynami, miota się między namiotami i coś tam w swojej urzędniczej gwarze pomrukuje - jest zły. Wychowany na amerykańskich westernach, przekazuję mu znak pokoju i czekam z innymi, przerażonymi na dalszy bieg zdarzeń. Magiczne nazwisko z ust Denisa, niczym „Jan Winnicki” z kultowego serialu sprawia, że rozjuszony mundurowy zmienia front i czapkując, znika w zaroślach. Otrzymujemy wytyczne i ruszamy leśnymi ścieżkami na spotkanie z jesienną, ukraińską przyrodą. Bagnisty teren, skały, strome podjazdy i inne atrakcje terenowe towarzyszą nam przez cały dzień. Przemierzając górskie tereny, tracimy orientację, bo przecież to nienormalne, że pewnego grzybiarza napotykamy kilka razy. Wieczorem, podczas szalonego przejazdu przez leśną gęstwinę, Piotr na Kawasaki przeżywa bliskie spotkanie z jednym z drzew. Zapinanie rozporka w czasie jazdy okazało się fatalne w skutkach, rozbity quad nie nadaje się do dalszej jazdy. Potrzebujemy pomocy, a nasze GSM-y nie mają zasięgu. Telefon satelitarny byłby doskonałym rozwiązaniem. Nieodpowiedzialnie zostawiamy Piotra samego w lesie i jedziemy szukać pomocy do najbliższej osady. Po czterdziestu kilometrach górskich bezdroży wpadamy na asfaltową drogę, która przez następne 50 kilometrów doprowadza nas do cywilizacji. Dzwonimy po pomoc, podajemy namiary GPS i spokojnie, rozkoszując się smakiem pierogów w towarzystwie miejscowych blond-piękności, czekamy na Piotra. Przed północą nasz rozbitek cudem nawiązuje z nami łączność, jest sam, rozpalił ognisko i czeka. Doskonale wiedząc o rozpasanych seksualnie drwalach mieszkających głęboko w lesie, ruszamy koledze na ratunek. Zagrożenie wydaje się poważne, przecież chodzi o godność naszego rodaka. Grubo po dwunastej jesteśmy w komplecie, nawiązujemy kontakt z ekipą Moliego i gdzieś o piątej nad ranem cali i zdrowi lądujemy w łóżkach sympatycznego pensjonatu.

[h4]Witaj Polsko![/h4]
Czwarty dzień to zabawa w strugach deszczu. Wylały górskie potoki, a wąwozy wypełniły się półmetrową warstwą błotnej mazi. Taplamy się w tym „czymś”, ciesząc się przy tym jak mali chłopcy. Błotną eskapadę kończymy późnym wieczorem. Mimo braku wody w hotelu, szczęśliwi kładziemy się spać. Nazajutrz wspólne fotografie, wymiana adresów i powrót do domu. Na granicy pusto, wprowadzone wizy ostudziły turystyczny zapał strony ukraińskiej. Za polskim pasiastym szlabanem całujemy ziemię, zjawia się celnik, są kłopoty. Nie mamy „wyjazdówki” - za quady każe płacić cło i podatek VAT... Ach, jak ja kocham naszą ojczyznę...

[h4]UCZESTNICY:[/h4]

  • Jarek Witas - Honda TRX 400

  • Mariusz Kulak - Honda Foreman 450 ES

  • Marek Garboliński - Honda Rincon 660

  • Maciej Golonka - Yamaha Grizzly 660

  • Krzysztof Pomarański - Yamaha Raptor 660

  • Piotr Czajkowski - Kawasaki Prairie KVF 700

  • Łukasz Tomkiewicz - Yamaha Grizzly 660