ATV Polska
A A A

Ślizgu - ślizgu, plusku – plusku czyli przedwiośnie według nieŻeromskiego - o enduro w Obornikach Wlkp. 2006

Jacek Konieczny 15.05.2006
W dniu 24 marca 2006 ruszyła karuzela rajdów enduro w kategorii motocykli i quadów. Oborniki Wielkopolskie stały się areną walki między zawodnikami oraz zmagań z naturą – do ostatniej chwili nie było wiadomo czy zima nie wygra z organizatorami w przedbiegach...


Bazę rajdu zlokalizowano w bezpośrednim sąsiedztwie toru motokrosowego znanego doskonale wszystkim amatorom sportów terenowo-warczących.
Biorąc po uwagę niedawne przebudzenie się zawodników i ich maszyn ze snu zimowego sędziowie postanowili, że w pierwszym okrążeniu próby czasowe nie będą klasyfikowane. I chwała im za to, bo wielką ilość kończyn wszelakich decyzją swą od niechybnej kontuzji uratowali...

Na potrzeby zawodów enduro tor został nieco przedłużony i poprowadzony przez bardziej malownicze zakątki nieopodal rzeczki. Pewną niespodzianką okazała się również hopa usypana na samym środku zapewne ręką olbrzyma-złośliwca w kształcie piaskowej babki i wysokości czterech Giertychów i Jan Marii w kapeluszu...

Po opuszczeniu „placu zabaw” przejechaliśmy asfaltem na drugą stronę gościnnego miasteczka i zagłębiliśmy się w lasy. W powietrzu pachniało już przedwiośniem (nie mylić z wiosną!), ale koła naszych pojazdów zupełnie nie podzielały opinii nozdrzy... Wszystkie dukty pokryte były grubą warstwą lodu i/lub zajeżdżonego śniegu. Monotonię tych ekstra śliskich gładzi przerywały co kilkanaście metrów kałuże – wszelkich możliwych kształtów, głębokości, szerokości i konsystencji. Dla zawodników quadów z napędem na tylną oś rodzaj bieżnika w zasadzie nie miał większego znaczenia – i tak większość trasy pokonywali malowniczymi, bocznymi ślizgami. Nie mniejszą radość sprawiało im również wjeżdżanie z pełnym impetem w przeszkody wodne, powodujące lokalne podtopienia w wiewiórczych dziuplach, ptasich gniazdach i własnych spodniach. W kilku przypadkach przedwiosenne rozgorączkowanie ostudzić zdołało dopiero wspólne rolowanie jeźdźca i rumaka w leśnym rozlewisku... Zawodnicy pojazdów z napędem na cztery koła byli natomiast rozdarci pomiędzy dwa sprzeczne uczucia – zazdrości i poczucia wyższości. Patrząc jak ich „bracia lżejsi” radośnie dokazują przemieszczali się w śliskiej przestrzeni z dostojną poprawnością pojazdów szynowych.

Na pierwszym PKCu wszyscy (a raczej prawie wszyscy, ale o tym potem...) zameldowali się kilkanaście minut przed czasem. Chwila odpoczynku, łyk batonika, kilka kęsów mineralnej, pieczątka w karcie kontrolnej i wjazd na próbę. Walka z czasem na trawiastej polanie okazała się nad wyraz przyjemna. Dobrze wyprofilowane zakręty, kilka ładnych prostych (brrrruummm!!!) i trzy przyjemne hooopki sprawiły, że zabawa była przednia. Zdyszany rzut oka na zegar i jedziemy dalej... do lodolasu (lub lasolodu – jak kto woli). Po kolejnych piętnastu kilometrach dojazd do bazy, tankowanie, zmiana bielizny na mniej mokrą i zaczynamy drugie kółeczko...

Do mety pierwszego dnia z 25-ciu startujących nie dojechało trzech zawodników – posłuszeństwa odmówiły jeden wahacz przedni, jeden tylni i jeden... obojczyk.

Podczas pierwszego okrążenia liczne były przypadki zagubienia trasy (podobno słabo widocznej przez... oblodzone gogle). Część zawodników wpadała w takie poślizgi, że omijała pewien skręt w prawo (prowadzący do PKCa i próby czasowej) i łapała przyczepność dopiero kilkadziesiąt metrów dalej... znowu na właściwej trasie. A na półmetku była konsternacja, mocne słowa i gonitwa za utraconym czasem. Wielu startujących mogło się pochwalić zrobieniem jednego okrążenia więcej niż przewidywał regulamin zawodów... Oj, dostało się wieczorem organizatorom...

Poranek dnia następnego przyniósł „lekką” (!) mgiełkę po całonocnych opadach deszczu. Nasz ulubiony tor mokrosowy pokazał swoje drugie oblicze – okazał się żarłoczną bestią zasysającą wszystko co na czterech kołach, ze szczególnym uwzględnieniem pojazdów 2k.

Jazda okrężna tego dnia miała dwa aspekty: totalnie błotny w terenie polno-łąkowym i motorowodny na odcinkach leśnych. Kto nie został wchłonięty przez wielkopolskie żyzne gleby ten miał okazję zakosztować nurkowania w przeremblach u gajowego... No i ta wszechobecna mgiełka spowijająca lasy, pola i gogle zawodników...

Drugi dzień zawodów zdołał pokonać tylko jednego (znowu obojczyk!) z 22-ch startujących.
Ciekawym novum tej edycji rajdów enduro była możliwość śledzenia zmagań zawodników na torze motokrosowym w internecie za pośrednictwem łącza satelitarnego. Miejmy nadzieję, że stanie się to nową, świecką tradycją...

Na koniec w imieniu wszystkich startujących wielkie podziękowania publiczności za liczne przybycie, policjantom i strażakom za zabezpieczenie trasy oraz organizatorom za doskonały całokształt i definitywne przegnanie zimy.

Zobacz galerię