ATV Polska
A A A

SSQuad Integracja 2006 – relacja

Marcin Stachura 06.11.2006
To miała być pierwsza z tych sobót, które rozpoczną jesień i całą tą nieprzyjemną pluchę. Natura dała nam jednak szansę, ale postawiła warunek: „albo pogoda, albo Cichy” – pozwoliliśmy zatem Cichemu iść na zajęcia, niech się chłopak pouczy. I tak dzięki ofiarności Cichego, to była wymarzona sobota do jazdy quad’em, nie za zimno, nie za ciepło, a w sam raz.

Integracją żyłem już od tygodnia. Nogi mi chodziły na samą myśl o spotkaniu, musiałem przecież dopiąć jeszcze kilka, tzw. ostatnich guzików. Dzięki sponsorom udało się przygotować nagrody dla wszystkich uczestników oraz zabezpieczyć catering na dzień i na noc. Ktoś to musiał jeszcze popakować porozstawiać stoły, przetestować urządzenia multimedialne, że o wytyczeniu trasy i przygotowaniu ogniska nie wspomnę…


Rano wstałem już o szóstej, pogoniłem trochę rodzinkę i już od 8.30 zaczęliśmy przyjmować wszystkich gości. Parking trochę był przymały, ale jakoś udało się wszystkich poukładać dzięki pomysłowości i współpracy uczestników oczywiście. Quadzik przy tym zdążył walnąć ze 100 zdjęć. O dziwo planowany start na 10.00 przesunął się tylko o 10 minut!!! coś niesamowitego, wszyscy się spięli i wystartowali… Ludzie podzielili się na grupki ze względu na zasobność w urządzenia GPS.

Około 11.30 ruszyliśmy w celu przygotowania ogniska, po drodze odebraliśmy spóźnialskiego quad’owca, a gdy jechaliśmy drogą, w oddali słychać było przemiły mruk „misiów” tych dużych i tych maluśkich… jak było na trasie, nie wiem, bo nie byłem, napiszę jednak, co zasłyszałem…

Na „ostro” zatopiły się trzy maszyny” Kymco MXeR 150, Bruin (na amen) oraz chyba czyjaś „Suzi”… nie wszyscy niestety polecieli do końca przygotowanej trasy, większość dojechała do PP10, polatała po plaży, poskakała, pomyła sprzęty i przyjechała na posiłek. Śmiałkowie, którzy dojechali do końca: Seba, sXat, Włodek oraz chyba e2rd okupili swoje męki prawie pustymi żołądkami, przyjechali na sam koniec ogniska. I tak ominęła ich kiełbaska oraz gorąca fasolka prosto z patelni… Wjazd na samo ognisko był ciekawy, zwłaszcza, iż reszta imprezy odbywała się na „ptasiej wyspie”, na którą dojazd był możliwy tylko dzięki niskiemu stanowi wody, i już po pokonaniu prawie pionowego zjazdu z wysokości metra, można było biesiadować.


Mariusz, który jest naszym SSQuad’owym Medykiem strasznie narzekał, że znowu nie ma co robić, zapewniłem go, iż to akurat dobrze i przekonałem, że może się sprawdzić kuchni, co też niezwłocznie uczynił.

Dla tych, którzy się już posilili wystartowała konkurencja, przejazd 1000 metrową, przygotowana trasą… Generalnie nie chcieliśmy tworzyć ciśnienia, wiec punktacja była integracyjna, a nie rajdowa J. Po chwili Johnder znalazł coś do pisania, zabrał komuś zegarek i zaczął na tacce notować czas… niby nic, ale każdy chciał zaokrąglić czas na swój sposób. Niewątpliwie triumfatorami czasowymi, byli Mirek, Maciek i Grzegorz, którzy kibicowali sobie siedząc jeden drugiemu na ogonie… ostatecznie panowie zeszli poniżej 3 minut… Nie możemy jednak zapomnieć o Tomku, który to mikserem, razem z Kołkiem na Bruin'ie, wykręcił lepszy czas niż wielka trójka za pierwszym razem… Tomek zdezorientowany, nie wiedział, czy śmiejemy się z niego, że taki słaby wynik, czy z jego quad’a, na swoją obronę, pogłaśniając tylko nasz rechot, powiedział, iż pojechałby szybciej, ale przez zalanie wodą, dławił mu się sprzęt na wysokich obrotach. Komizm artystyczny!

Najedzeni, wybawieni i napojeni (bezalkoholowo) ruszyliśmy zwarcie do „beczki błota”. Super było widzieć w tyle rząd quad’ów. Ogarnął mnie lęk tylko w jednym momencie, kiedy to w miejscu, gdzie przed chwilą widziałem pomarańczowy kask Marty, pojawiła się w ułamku sekundy ośka jej 300-tki. Dziewczyna skróciła sobie drogę, co by być trochę szybciej J i wpadła w mega zarośnięty rów przecinający poprzecznie jej drogę. Jak na kobietę przystało winą obarczyła oczywiście sprzęt, którym jechała…

„Beczka błota” na początku nie była wyzwaniem dla nikogo, na pytanie, czy wjeżdżał ktoś już tam, krótko odparłem, nikt, co najmniej od jakichś 30 lat… J Już po pierwszym przejeździe okazało się, że pod miękką warstwą trawy, jest jeszcze jedna warstwa, ale gęstego błota i to tak z 50 cm, co najmniej. Wkrótce zobaczyłem, iż każdy ma swoją koncepcje na pokonanie wyznaczonej taśmami trasy. Tutaj Agnieszka z Quadzik.pl miała dużo roboty. W ruch poszły aparaty i kamera, a efekty jej pracy mogliśmy oglądać już wieczorem.

Ostatecznie zdominował sposób na tzw. „bombę” opracowany w laboratorium MaćkaP. Patent ten wykorzystał Mirek, który dał sobie radę z przejazdem prawie bez problemu… cała próba polegała na tym, aby pojechać po otaśmowanej trasie i przejechać ją bez niczyjej pomocy oraz bez pomocy wyciągarek. Ten motyw udał się tylko dwóm osobom, wspomnianemu już Mirkowi oraz naszemu niezastąpionemu Tokowi, który to po dokładnym wymieszaniu wody wiślanej z olejem w mikserze, stwierdził, iż tę próbę pokona dla odmiany SSQuad’owym BearTracker’em. Jak powiedział, tak zrobił.

Na koniec została jeszcze konkurencja niespodzianka. Tu niezastąpiony był Kołek, który z małą pomocą Johndra zdobył zawieszoną na końcu bagna taśmę niespodziankę, za którą była nagroda. Do próby mocno przymierzali się Jarys, Grzegorz oraz Mirek, zrobili parę kilometrów, już byli „w ogródku”, ale niestety Kołek był szybszy o jakąś chwilę…

Przed 18-stą zjechaliśmy do bazy, Ci, co musieli jechać, niestety pojechali, Ci, co mogli zostać, zbierali się powoli do integracji stacjonarnej. Około 19-stej zeszliśmy do starych piwnic ośrodka, w którym nocowaliśmy i rozpoczęliśmy kominkowe grillowanie. Była kaszanka, kiełbaska, jakieś ciastka, czekolada Seby, której zapomniałem wystawić, (sorry Seba) piwo i gorzałka… Po jakichś trzech browarach przystąpiliśmy do ostatniej próby, którą zaplanowałem. Był to nocny trial. Z uwagi na fakt, iż wszyscy dla równych szans jechali tym samym sprzętem, którego nie znali, oraz byli, że tak powiem, trochę wstawieni, nikt nie ukończył trialu… Uniemożliwiło to wyłonienie zwycięzcy, przez co musi nastąpić wkrótce dogrywka pomiędzy Mirkiem a Tomkiem, bo to właśnie oni zdobyli najwięcej punktów. Przypomnę tylko, iż konkurencje były integracyjne, nie rajdowe i liczyła się przede wszystkim dobra zabawa…


Dla tych, którzy dotrwali do końca mego opowiadania, powiem, iż maszyną, jaką jeździli uczestnicy SSQuad Integracja 2006 podczas trialu był sportowy chiński quad elektryczny w skali 1:16, a tor był narysowany markerem na dużej tekturze, po której poruszała się zabawka.

Podsumowując, było trochę jazdy, zabawy, błota, rywalizacji, zabawy oraz integracji. Z przygotowanej prezentacji dowiedzieliśmy się trochę o sobie, obejrzeliśmy filmy, jak to SSQuad, i na czym, jeździł 4 lata temu, trochę wspomnień było… ach… mamy już swoją historię… za rok będzie jeszcze bogatsza, wierzę w to!


Jeszcze raz, niniejszym dziękuję wszystkim za przybycie i zapraszam na kolejne edycje…



Autorem tekstu jest Marcin Stachura
[l=http://www.ssquad.pl/]www.SSQuad.pl[/l]


Zobacz galerię