ATV Polska
A A A

Wiatr, mróz i łzy

Krzysztof Wolny (Tippo) 01.03.2007
Quadowcy bynajmniej nie płakali, lecz mróz w porywach sięgający 20 stopni potrafi wycisnąć łzy nawet z oczu największego twardziela. To właśnie aura okazała się największym wyzwaniem tej imprezy.

Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie, ot 4 stopnie na plusie, gdy wyjeżdżałem jeszcze nocą w mą 12-sto godzinną podróż. Tym razem już nie na błotniku od Ranchera, lecz PKP, z którego przesiadłem się na znacznie bardziej wygodną kanapę samochodu. Im dalej na północ, to na postojach coraz mniej chciało mi się wyłazić z wozu. Było coraz zimniej! Potem już tylko pola, jeziora, lasy i jesteśmy na miejscu. Muszę przyznać, że w Kielicach na nowo odkryłem znaczenie słowa „odludzie”, choć na usta cisnęło się nieco mocniejsze porównanie. Jednak cóż może być lepsze na rajd przeprawowy niż miejsce delikatnie mówiąc na uboczu? Późnym popołudniem quadowa ekipa zaczęła nabierać konkretnych rozmiarów, a nawet rozmiarów ogromnych, bo największych w organizowanych dotychczas tego typu imprezach. Maszyn pojawiła się ponad setka, rekord pobity bezapelacyjnie!


O godzinie 20 krótka odprawa zawodników. Uczestnicy uzbrojeni w kalesony, kominiarki i co tylko nadaje się do okrycia wyruszyli na start, notabene bardzo medialny. Wszyscy ustawieni w rzędzie, niczym konie do gonitwy i start przed siebie na prolog. Mróz jednak wielu quadziarzom szybko ostudził zapał, wielu złożyło broń już po 2 godzinach, niektórzy w ogóle odpuścili sobie nocną jazdę. Z racji tego, że wszystko zostało skute mrozem, dla wprawnego jeźdźca nocny odcinek był do przejechania nawet ośką. Pogoda okazała się tutaj sprzymierzeńcem dla sprzętu zamiast człowieka. Przez owo utwardzenie trasy, rajd stał się łatwiejszy pod względem trakcji, lecz znacznie trudniejszy dla kierowcy. Miłośnicy jazdy figurowej na okolicznych bajorkach, rzeczkach i stawach byli bardzo zadowoleni, do pełni szczęścia zabrakło jednak jak w ubiegłym roku, jazdy po jeziorach.
Nadeszła północ, ostatnia szansa na zdanie kart, więc niedobitki wracają z trasy. Twarze ogorzałe, jak u sybirskich drwali, ręce zgrabiałe. Chyba każdy marzy o ciepłym posiłku i kąpieli. Integracja w barze była bardzo krótka, jutro z rana właściwa część rajdu dlatego nikt nie trwoni sił.
Rankiem pogoda, przynajmniej pod względem zachmurzenia dopisuje, znów dokucza jednak wiatr i mróz, kto żyw grzeje maszynę i po odprawie rusza zbierać punkty. Miejsc do sprawdzenia siebie i maszyny było sporo, gdyż trasa liczyła ponad 100 kilometrów. Stopień trudności ich zdobycia był bardzo zróżnicowany, jednak w ujęciu całości impreza nie należała do najcięższych, takie zresztą też było założenie organizatora. Były blaszki, które wymagały pracy zespołowej, były też takie, które wymagały nieco sprytu a nie pełnego gazu. Ciekawym urozmaiceniem był jeden z odcinków rajdu, do przejechania którego potrzebny był roadbook. Ten odcinek wymagał od uczestników dobrej orientacji, metromierza i noktowizora, bo większość z uczestników pokonywała tą część trasy po zmierzchu. W czasie dziennego etapu miało być więcej zabawy, mniej hardcore’u, wyszło jednak troszkę inaczej, a to za sprawą wspomnianej pogody. Oczywiście, gorący napój, różnego rodzaju ogrzewacze chemiczne, wszystko jakoś pomaga, jednak przegrana w walce z mrozem jest tylko kwestią czasu. Moment porażki w walce z zimnem, to już wypadkowa determinacji i wytrzymałości każdego z uczestników. Ci najbardziej zaprawieni w bojach, wytrwali praktycznie do zamknięcia trasy, czyli do godziny 20:30. To wtedy właśnie do bazy rajdu zjeżdżali się i weterani przeprawówek, osoby mniej doświadczone zaczęły powracać tuż po zachodzie słońca. Widać było, że każdy dostał w kość od Dziadka Mroza. Wszyscy zdradzali typowe objawy przemarznięcia; brak czucia w palcach, twarze w odcieniach fioletu i purpury, nieco drewniane ruchy. Jednak na sinych obliczach malował się wyraz satysfakcji pomieszany z euforia. To znak, że zabawa była przednia. Teraz pora na odpoczynek, o 23 upragnione wyniki i nagrody, po których integracja miała trwać do oporu. Jednak towarzystwo rozpierzchło się szybciej niż wieczoru ubiegłego. Wielu już wyjechało do stęsknionych kobiet, a reszta była po prostu zbyt wyczerpana na długie biesiadowanie.

Rankiem, a raczej w południe byliśmy gotowi do wyjazdu i znów 12 godzin podróży przede mną… Choć nie wszystkim podobały się wyniki rywalizacji, sama impreza spotkała się z bardzo dużym entuzjazmem uczestników. Frekwencja dopisała, było wiele nowych twarzy, osób początkujących. Siłą rzeczy więc nie udało się uniknąć kilku incydentów, niegroźnych jednak dla życia i sprzętu uczestników. Przeprawowy Puchar ATV Polska - Mamry Challenge to specyficzna impreza, ze względu na lokalizację i charakterystykę trasy, ale to właśnie ta odmienność, jak widać przyciąga rzesze miłośników quadowania.




Autorem tekstu jest Krzysztof Wolny-Tippo


Zobacz galerię