ATV Polska
A A A

Wrota Afryki - Maroko off-road 2006 cz. 1

Pawel Deżakowski – Zdeżak, Zdjęcia: Autor, Brzoza, Grzesiu, Pershing 07.05.2007
Rok wcześniej zostaliśmy zaproszeni przez naszego znajomego do Maroka. Po tym, co zobaczyliśmy, podjąłem decyzję, że muszę tam wrócić ze swoim quadem. Zacząłem zbierać ekipę i w końcu zostało nas czterech: Brzoza, Pershing, Grzesiu i Zdeżak.

Wzięliśmy się do przygotowywania sprzętu. Opracowałem patent na tylny bagażnik, umożliwiający dobre umiejscowienie dwóch kanistrów 22-litrowych. Zrobiłem listę najbardziej potrzebnych rzeczy i stwierdziłem, że najlepiej będzie wszystko upchnąć do dwóch worków wodoszczelnych. Ustaliliśmy wyposażenie. Każdy z nas zabierze dwie opony, dwa kanistry, wspólne zestawy naprawcze, olej, filtry oleju, trzy namioty, śpiwory, kuchenki i trochę jedzenia. Oczywiście nie zapomnieliśmy o nawigacji, bez której ani rusz.
Wyruszyliśmy z bazy w Sosnowcu. Bez dłuższych przerw jechaliśmy non stop przez Niemcy, Francję do Hiszpanii do Algeciras, gdzie wykupiliśmy bilety na prom do Ceuty za niebagatelną kwotę 480 euro za samochód z przyczepą i 4 osoby.


1 dzień
Przejazd Ceuta – Tanger – Rabat. Po wyjeździe z promu przejechaliśmy hiszpańskie miasto i dotarliśmy do granicy, gdzie spędziliśmy trochę czasu, zaznajamiając się z marokańską biurokracją i systemem łapówkowym. Zaraz pojawił się koleś, proponujący nam sprawne załatwienie odprawy, po chwili namysłu skorzystaliśmy z pomocy. Wypełniliśmy kilka formularzy na wszystkie quady, przyczepę, samochód i oddaliśmy kolesiowi, który miał układ z celnikami – po kilku problemach puścili nas.
Nasz VW Synhro dzielnie pokonywał strome podjazdy i niezliczone serpentyny nadmorskiej drogi. Cały czas rozglądaliśmy się, podziwiając pierwsze kilometry Maroka i zapoznając się z folklorem. Uprzedziłem Brzozę o zasadach jazdy w Maroku i kiedy dojechaliśmy do Tangeru i pierwszego ronda – oszalał!
Po dotarciu do centrum Rabatu, gdzie mieliśmy załatwiony garaż na nasz samochód i przyczepę, okazało się, że jest to podziemny garaż z bardzo stromym zjazdem! W tym momencie Brzoza przypomniał sobie, że wiezie jakieś pakunki dla znajomej swojej koleżanki, mieszkającej na obrzeżach Rabatu. Pojechaliśmy do niej, rezygnując z parkingu. Udało nam się z nią dogadać i zostawiamy zestaw u niej na osiedlu.

2 dzień
Rabat – Sidi Bettache –El Khatouat – Qued Zem – El Ksiba. Rankiem dokonujemy załadunku i ruszamy. Pierwsze tankowanie na przedmieściach stolicy. Szybko opracowuję trasę, mając do dyspozycji tylko mapę w skali 1:600000, a w nawigacji ogólną mapę świata. Nie jest łatwo, ale obieram drogę na południowy zachód. Ze wskazań mapy wygląda, że za kilka kilometrów zaczną się szutry, a przecież o to chodzi, żeby jak najmniej jechać asfaltowymi drogami, których przybywa z roku na rok.
Lecimy ze średnią 80km/h, kurzy się niesamowicie – chłopcy za mną nic nie widzą. Wjeżdżamy w teren górski, wspaniała kraina z rzadką roślinnością i łysymi szczytami wzniesień. Staram się trochę zjechać z trasy. Wjeżdżamy na szczyt, wspaniały widok. Decyduję się na zjazd ze wzniesienia. Dużo tu głazów i wypłukanych bruzd. Grzesiu jedzie za mną, w pewnym momencie trawersuje, koło wpada mu w wypłukaną bruzdę. Maszyna się przewraca i zaczyna koziołkować w dół. Obserwuję to z dołu, wiedząc, że nie mogę pomóc! Przed oczami mam koniec wyprawy, a przejechaliśmy zaledwie 70 km! Grzesiu dzielnie walczy, quad nabiera prędkości, ale on się nie poddaje, łapie maszynę za koło i próbuje zatrzymać. Uff, udaje mu się. W dół jest jeszcze jakieś 100 m. Podbiegamy do niego i stawiamy quada na koła. Straty są niewielkie, przedziurawił się tylko jeden kanister. Honda jest cała, uchroniły ją bagaże. Ruszamy dalej wspaniałą drogą szutrową. Widać, że przygotowano ją pod asfalt. Nawigacja nie wychodzi źle, dojeżdżamy do Qued Zem. To większe miasteczko na skrzyżowaniu głównych dróg regionu. Stąd dalej na południowy zachód do Kasba Tadla – tu już asfalt, ale staramy się jechać równoległą drogą pomiędzy polami a asfaltem. Kurz niemiłosierny. To już podnóża Moyen Atlas. Przed nami 2 tysiączniki. Kierujemy się do El Ksiby. Zachodzi słońce. Szukamy ustronnego miejsca na nocleg. Odbijam w prawo w górska dróżkę, pniemy się do góry. Po chwili dojeżdżamy do czegoś, co przypomina garaż. Nie spodziewałem się, że będzie ktoś tam mieszkał, tymczasem zostajemy serdecznie powitani przez tubylca. Po rozmowie proponuje nam nocleg na swoim terenie. Rozbijamy nasze namioty, przygotowujemy kolację i robimy krótki przegląd maszyn. Dom, w którym mieszka Marokańczyk, jest dwustanowiskowym garażem bez okien, wyjścia skierowane są na dolinę. Nie ma bieżącej wody i toalet, wszystko przypomina niedokończoną budowę, a co najlepsze, koleś mieszkał 15 lat we Włoszech w cywilizowanych warunkach, a jednak wrócił tutaj! Mówi, że tu się urodził, kocha tę ziemię i ten widok.
Zaczyna padać i zrywa się silny wiatr, a my pełni wrażeń idziemy spać.

3 dzień
El ksiba – Imilchil – Agoudal – Gorges Du Todra. Rankiem pada deszcz. Przed naszymi oczami rozciąga się widok na dolinę i parujące szczyty Atlasu. Zjeżdżamy w dół do wioski, tankujemy maszyny, wszędzie wzbudzając zdziwienie i zainteresowanie lokalnej ludności. Przejeżdżamy przez targowisko i kierujemy się w góry Atlasu do słynnej miejscowości Imilchil, gdzie co roku odbywa się targ i młodzi specjalnie przyjeżdżają szukać swojej drugiej życiowej polowy. Coraz bardziej pada, z każdym kilometrem jest coraz zimniej, wkładamy więc zimowe ciuchy. Jedziemy asfaltową drogą w górę. Po chwili zaczyna padać śnieg z deszczem, a w końcu śnieg – a spodziewaliśmy się raczej palm, piasku i ciepełka! Wspinamy się wyżej, sypie coraz intensywniej, temperatura spada do zera. Nasze rękawiczki nie są na to przygotowane, co kilka minut zatrzymujemy się i grzejemy skostniale ręce o blok silnika lub podstawiając pod rurę wydechowa. Jak to bywa w Maroku, w pewnym momencie pojawia się człowiek znikąd, opatulony w niebieską pelerynę, no i ze wspaniałym uśmiechem! Na drodze kilkanaście centymetrów śniegu i śnieżyca. Powoli osiągamy Imilchil. Wpadamy do hoteliku zasypani śniegiem i zamawiamy jajecznicę oraz marokańską herbatę!
Po dłuższej przerwie wznawiamy wyprawę, kierując się na Agoudal i dalej na przełęcz Tizi-Tirherhouzine 2700 m n.p.m. Przejaśniło się i wyszło słońce, widoki są fantastyczne. Zatrzymujemy się przed przełęczą i podziwiamy potężne zbocza, tworzące Kanion Dades.
Przejeżdżamy przełęcz i zjeżdżamy krętą górską drogą do doliny, a tu jakby inny świat. O śniegu nikt chyba nie słyszał, w dolinie rozciągają się wspaniale pola uprawne, a kolory czerwonawych gór i zielonej roślinności są tak intensywne, jakby ktoś wszystko przerobił w Photoshopie! Pierwszy raz widzę takie kolory! Po drodze mijamy kilka samochodów terenowych, które ugrzęzły na górskiej drodze. Omijamy je z łatwością i pędzimy w kierunku Kanionu Todra.
Kanion o kilkusetmetrowych ścianach robi naprawdę imponujące wrażenie. W połowie znajduje się wspaniały hotel wykuty w skale. Tu już komercyjnie. Sporo turystów. Wyjeżdżamy z kanionu i szukamy miejsca na nocleg, chłopcy chcą po tak ciężkim dniu zahaczyć o jakiś hotel. Zamawiamy kolację i kilka piw tak trudno dostępnych na odludziu. Po kolacji idziemy do swoich pokoi, mnie przypadła noc z Grzesiem w łożu małżeńskim. Kładziemy się i nagle łóżko łamie się wpół! Widać zaprojektowane na wychudzonych niemieckich turystów, a nie na polskich rycerzy. Ściągamy materac i nocka na ziemi.

4 dzień
Gorges du Todra – Tinerhir – Alnif – Rissani – Merzouga. To jeden z dłuższych odcinków. Wyjechaliśmy z przepięknego kanionu Todra i przybyliśmy do Tinerhir. Tu uzupełniliśmy paliwo, wodę oraz fundusze (ratując się bankomatem). Przedzieraliśmy się wąskimi piaszczystymi dróżkami pomiędzy ubogimi zabudowaniami, cały czas starając się obierać tę właściwą drogę, choć nikt naprawdę nie wiedział, która jest to. Po chwili dobrnęliśmy do końca i wyjechaliśmy na asfalt. Po szybkiej nawrotce udało się trafić do pisty odchodzącej na północ, która prowadziła do Alnif. To typowa marokańska droga przez góry: kręta, kamienista, ale przyjemna; leży na pograniczu masywu Jebel Sarhro oraz Jebel Ougnat. Po około 50 km szybkiej przejażdżki dotarliśmy do Alnif i większej cywilizacji na szlaku komunikacyjnym Agdz-Rissani-Erfoud. Tutaj mały „reścik”, kawiarenka przydrożna, marokańska herbatka i dalej w stronę Rissani – niestety, już asfaltem. To ten najmniej ciekawy odcinek naszej podróży, liczący około 90 km. Prosta asfaltowa szosa. Staraliśmy się jak najwięcej jechać poboczem, co jakiś czas zjeżdżając w bok i jadąc rozległymi polami wzdłuż asfaltu.
Ten odcinek odbił się na naszym ogumieniu. Grzesiu miał źle ustawioną zbieżność, tak że z minuty na minutę było widać, jak bardzo szybko ściera się opona Ohtsu na asfalcie przy tak wysokiej temperaturze.
Dojeżdżamy do Rissani – ostatnie tankowanie przed kultowym odcinkiem Merzouga-Zagora. Przejeżdżamy centrum i kierujemy się ku Merzoudze, jednemu z najczęściej odwiedzanych miejsc w Maroku – nie ze względu na zabytki czy uroki starych miejskich Medyn, lecz ze względu na ponad 200-metrowe wydmy. To jedno z nielicznych, wbrew pozorom, miejsc w Maroku, gdzie można zobaczyć piaszczysty erg. W przeważającej części kraju dominuje kamienista pustynia hamada. Jedziemy z prędkością 90 km//h wzdłuż asfaltowej drogi. Przed nami niczym wielka piaszczysta wyspa wyłania się Erg Chebbi. Mijamy zabudowania Merzougi i wjeżdżamy na wydmy. Tutaj chwila przerwy, wyjmujemy aparaty, kamery i zasuwamy po wydmach. Nie mija kilka minut, jak pojawia się lokalny biznesmen i rozkłada swój niewielki straganik z wieloma rodzajami błyskotek i naszyjników. Po dłuższej przerwie ruszamy szukać bazy na nocleg. Nie planujemy spania na wydmach, marzy nam się ciężko dostępny browar i towarzystwo. Po przejechaniu kilkuset metrów wybieramy dość przyzwoity kamping na skraju ergu. Właścicielami są Francuzi, co od razu widać po zorganizowaniu i obsłudze.
Rozbijamy namioty, chłopcy poprawiają zbieżność w maszynie Grzegorza.
Zbliża się wieczór. Pershing postanowił pojechać na erg na zachód słońca. Chłopcy powoli ściągają ekwipunek z quadów. Mają plan poszaleć około 6 rano po wspaniałych, 200-metrowych wydmach. Ja się nie przyłączam, przede mną największe wyzwanie nawigacyjne na tej wyprawie. Doczytuję jeszcze wskazówki z „biblii” Chrisa Scotta odnośnie opisów waypoint’ów i wklepuję do nawigacji kilkadziesiąt punktów, które łącze w trasę. Nie mamy dokładnych tracków, jedynie punkty co kilka kilometrów, wiec rożne przeszkody możemy napotkać na trasie jadąc najkrótsza drogą.

5 dzień
Merzouga – Taouz – Tagounite – Zagora to ponad 300 km przez piaski, wyschnięte jeziora i kamieniste góry; wspaniały odcinek, na którym odbywa się rajd Dakar. Pewna część trasy wiedzie już po stronie algierskiej, tak wskazuje nawigacja. Jestem podekscytowany i niepewny, jeśli chodzi o nawigację; mój GPS co jakiś czas wyłącza się na wybojach – chyba ma jakąś wadę.
Grzegorz, Brzoza i Pershing wracają z porannego upalania na wydmach, sklecili niezły materiał zdjęciowo-filmowy. Powoli przygotowujemy się do odjazdu. Robi się coraz cieplej, kierujemy się jeszcze do Merzougi w poszukiwaniu paliwa, okazuje się, że tu nie ma stacji. Paliwa powinno starczyć, ale zawsze dobrze mieć większą ilość w razie zgubienia trasy.
Najpierw kilka kilometrów asfaltem do Taouz. Tutaj ostatnia osada z posterunkiem wojskowym. Mijamy ją z prawej i wjeżdżamy na pistę, trochę odkręcamy, mijając po drodze niemiecką rodzinkę w terenówce. Wjeżdżamy w piasek. Dalej ślady samochodów rozchodzą się. Z namiaru kolejnego waypoint’a wynika, że obydwie drogi mogą iść w dobrą stronę. Wybieramy jednak odbicie w lewo. Jest już naprawdę gorąco; jedziemy dróżką w wyżłobionym korytarzu. W pewnym momencie quad Grzesia się grzeje, skacze temperatura i nie chodzi wentylator. Oczywiście mechanik w serwisie coś sknocił w instalacji. Z Brzozą udaje nam się usunąć usterkę. Wyjeżdżamy z korytarza na bardziej płaską część trasy, tu ślady rozjeżdżają się. Każdy biegnie troszkę inaczej. My slalomikiem pomiędzy krzewami. W oddali po lewej stronie równolegle do nas w odległości około 1 km pojawia się kilka terenówek. Domyślam się, że obrali inna drogę od Taouz. Ominęli miasto z lewej. Dojeżdżamy do głównego szlaku, dokręcamy do 90 km/h. Na razie nie ma problemu z nawigacją. Zbliżamy się do niskiego budynku – lokalne cafe, pijemy herbatkę, kilka fotek i dalej w drogę. Trasa wiedzie przez teren pagórkowaty, rozległe wyschnięte jeziora, gdzie gnamy prawie 100 km/h, jeden koło drugiego, przez wydmy. W pewnym momencie dojeżdżamy do rozwidlenia dróg. Kolejny punkt na wprost kilka kilometrów przed nami; wybieram lewą odnogę. W pewnym momencie po niedługiej wspinaczce stwierdzamy mały błąd. Przed nami strome ściany wzniesień, przedzieramy się na przestrzał przez przełęcz, znów zjeżdżamy na płaskowyż. Po jakimś czasie dojeżdżamy do „Beskidów z piasku”. Wspaniałe wzniesienia ze skał, przysypane niewyobrażalną ilością piasku. Odbijamy z drogi i próbujemy podjazdów. Z mapy wynika, że jesteśmy już na terenie Algierii.
Dajemy dalej przed siebie, mijając kilka zabudowań. Robimy przerwę, musimy trochę odpocząć. Skwar leje się z nieba, dobrze, że wieje dość silny wiatr. Cały czas w ciemnych goglach; tutaj słońce naprawdę piecze. Na horyzoncie mija nas wcześniej widziana Toyota Hilux. Koleś nieźle wkręca z rodzinką. Leci ponad 120 km/h, co jakiś czas unosząc się w powietrze. Ruszamy. Niepokoi nas mocno zachmurzone niebo przed nami. Na pewno nie jest to chmura deszczowa. Może zwiastować jedynie burze piaskową. Jadę cały czas pierwszy, tak że nie zmagam się z piaskiem podnoszonym przez poruszające się maszyny. Pył wdziera się wszędzie pomimo masek na twarzach i specjalnych gogli z membraną. Totalnie nic nie widać. Niedługo powinniśmy się zbliżać do pierwszej oazy...

Tekst publikowany w numerze 4 (80) 2007 OFF-ROAD PL.
Dalszy ciąg marokańskiej przygody w numerze majowym OFF-ROAD PL


Autor: Paweł Deżakowski – Zdeżak (www.hurtownia-adrenaliny.pl), Zdjęcia: Autor, Brzoza, Grzesiu, Pershing