ATV Polska
A A A

Wygrać ze sobą samym ...moja przygoda z 1 rundą Przeprawowego Pucharu ATV Polska

BARTEK BUCHERT „STRONG-MAN” 22.10.2012
Tak naprawdę, to nie pamiętam kiedy się to wszystko zaczęło. Nie było to w momencie kiedy ruszyliśmy na jego trasę, tylko o wiele wcześniej. Czytając forum wpadłem na ogłoszenie promujące I rundę Przeprawowego Pucharu ATV Polska. Z racji, że miała się odbyć tuż pod moim nosem, pomyślałem, że po 4 latach jazdy na quadzie, czas na nowe doświadczenie, na coś co, jak się później okaże, zmieniło mnie już na zawsze.

No i zaczęło się, szybki telefon do Zbira, mojego wspólnika, przyjaciela – i teraz już mogę powiedzieć – TEAM Partnera. Krótka rozmowa i decyzja – jedziemy. Mamy mnóstwo czasu na przygotowania, damy radę.
Wypełniając formularz zgłoszeniowy, nagle pojawia się klasa w której mamy wystartować: Extreme – chyba jestem za cienki w uszach, może Open, a może jednak Weteran – w końcu 4 lata na quadzie to całkiem niezły okres, by móc nazwać się weteranem jazdy na quadzie. Po dokładnym przestudiowaniu znaczenia klasy Weteran nasz wybór pada jednak na klasę Open. Zgłoszenia poszły, pierwsza adrenalinka i podniecenie, że jadę w rajdzie, mijają. Emocje opadają.


Czas rozpocząć przygotowania

Sprzęty do rajdu muszą być troszkę inaczej przygotowane niż do weekendowej przeprawowej turystyki. W naszym warsztacie zaczynają pojawiać się gadżety: nowe skrzynki (przecież musimy mieć gdzie bezpiecznie przechowywać karty drogowe), nawigacja z nowym uchwytem (przecież trasa będzie po traku), nowe zestawy kół błotnych (przecież te z turystyki się nie nadają), nowe lampy led (przecież będzie etap nocny), dodatkowe termometry do monitorowania temperatur paska i płynu chłodniczego. Można by było wymieniać jeszcze wiele innych rzeczy, ale nasze żony też mogą czytać ten artykuł... Po co je denerwować.
Po paru dniach przychodzi propozycja od organizatora całego przedsięwzięcia, abyśmy (z związku z prowadzoną przez nas działalnością) zabezpieczyli serwisowo całą imprezę. Początkowo niestety odmawiamy, gdyż chcemy ugryźć tego rajdowego chleba, chcemy pojechać w rajdzie. Ostatecznie uginamy się pod „presją” Pani Prezes Doroty Lechowicz-Gustab i po troszku dajemy się namówić na jedno i drugie.
Czas mija nieubłaganie, termin rajdu zbliża się wielkimi krokami. Maszyny przechodzą generalne remonty i przeglądy. A my, czytając forum i studiując miedzy innymi Quadzikowe porady Jacka Bujańskiego, nabieramy „teoretycznie” rajdowego doświadczenia. W międzyczasie udaje mi się nawiązać kontakt z Waldo – człowiekiem znanym w środowisku quadowym, bardzo doświadczonym riderem, triumfatorem wielu poważnych imprez przeprawowych. Zamęczam go pytaniami, to na forum, to na PW, to na telefon. Waldo przepraszam i dziękuję, bo to Twoja wiedza okazała się tą najważniejszą, najbardziej przydatną.
Mijają kolejne dni, a my uczymy się technik alpinistycznych, korzystania z ósemki, wiązania węzłów żeglarskich, nabieramy wprawy. Jesteśmy coraz lepsi, w teorii jesteśmy już wytrawnymi rajdowcami. Co do praktyki, to dopiero raczkujemy. Niestety jest jedna rzecz, którą traktujemy po macoszemu, a która, jak się później okaże, odegra bardzo ważną rolę w rajdzie.

Nadchodzi upragniony czas wyjazdu
Piątek, godzina 8, spakowane maszyny dumnie prężą się na lawecie w świetle promieni słonecznych. Ruszamy, 2 wozy serwisowe i nasze quady, nie wiedzące jeszcze co je czeka. Jedziemy przez cały Poznań budząc podziw (choć u niektórych zazdrość lub może nawet nienawiść, ale to temat na inny artykuł). Po zatankowaniu maszyn i dodatkowego paliwa docieramy na miejsce do Pałacu Biedrusko, mającego bardzo ciekawą historię. Wypakowujemy się wraz z liczną ekipą z Holandii, która przybyła, jak się później okazało, w celu typowego pojeżdżenia z przewodnikiem, a nie chęcią brania udziału w rajdzie. Trzeba im jednak przyznać, że oprócz najgłośniejszych wydechów, mieli zawsze uśmiechnięte twarze.
Po zrzuceniu quadów jedziemy starodawnym traktem, który pamięta pewnie kopyta konia jakiegoś księcia Habburskiego, mieszkającego niegdyś w tym Pałacu. Docieramy do Amfiteatru, gdzie znajduje się parking dla wszystkich maszyn. Rozbijamy się z naszą strefą noclegowo-serwisową. Co chwilę dojeżdżają nowe maszyny, co jakiś czas wpada ktoś znajomy lub pożyczyć klucz, dopompować koło. Czas płynie coraz szybciej, serce zaczyna pompować adrenalinę przedstartową. W bazie rajdu meldujemy się jako jedni z pierwszych, wypełniamy oświadczenia, przechodzimy przez odprawę papierową, Patryk (WOZNY) razem z Markusem wgrywają nam traka. Losujemy godziny startów. I tak naprawdę jesteśmy gotowi do przygody.
Zbyszek (ZBIR) szczęśliwa ręka, losuje dla nas godzinę 20:40 jako start do etapu nocnego i 10:00 do etapu dziennego. Mamy czas wolny, oczywiście tylko teoretycznie wolny, bo co chwilę spotykamy mnóstwo znajomych twarzy – tu minutka, tam chwilka i tak ucieka kilka godzin. Docieramy w końcu do naszego namiotu i po raz kolejny sprawdzamy w quadach oleje i wszystkie płyny, ciśnienie w oponach – w sumie nie wiem po co, przecież wczoraj przed wyjazdem też to sprawdzaliśmy, ale to chyba efekt stresu przedstartowego. W międzyczasie wpadają chłopaki na montaż kart drogowych i odbiór techniczny pojazdów. Krótka pogawędka, ale szczegółów trasy zdradzić nam nie chcą – może i dobrze, po co mieli nas straszyć!

Odprawa
Dochodzi 19, wyruszamy na odprawę do etapu nocnego. Krótką pogawędką wita nas komandor rajdu – Jacek Bujański i następnie przekazuje mikrofon WOZNEMU – człowiekowi dzięki któremu udało się tę imprezę zorganizować, to znany w środowisku off-roadowym organizator wielu imprez, między innymi Murowana Trophy. Dokładnie omawia nam trasę nocną, informując że będzie lajcikowo, że snorkele nie będą potrzebne, że ogólnie trasa ma 30 km i na jej przejechanie mamy 3 godziny czasu. Szybka kalkulacja w głowie – średnia prędkość to 10 km/h, czyli luzik. Oddalamy się do swoich maszyn nabierając małego niepokoju – kurczę, o co chodzi z tą nawigacją, ona działa zupełnie inaczej niż ta używana na co dzień w samochodach. I to jest właśnie to, co zaniedbaliśmy w przygotowaniach do rajdu. Okazuje się, że z nawigowania to jesteśmy totalne nogi, i na dodatek obie lewe.
Wypytujemy wśród znajomych o co chodzi z tym nawigowaniem, każdy coś pogrzebie w nawigacji i pokaże, dziwne tylko, że każdy coś innego. Głowy nie ogarniają nadmiaru przekazywanej wiedzy, stwierdzamy więc, że co ma być, to będzie. Rośnie adrenalina przedstartowa i dodatkowo ciśnienie spowodowane brakiem umiejętności nawigowania. Zbliża się 20:00, maszyny rozgrzewają się, a my kończymy ubieranie – skoro ma być lajtowo, to jedziemy jak na normalną niedzielną wyprawę, dla zachowania komfortu obwiązujemy jednak wodoodporną taśmą buty ze spodniami.

Odcinek nocny
Adrenalina osiąga apogeum – to, do czego przygotowywaliśmy się ostatnimi miesiącami, zacznie się już za chwilę. Podjeżdżamy na rampę startową, sędzia wpisuje godzinę startu w kartę drogową. W międzyczasie, podchodzi mały chłopczyk z tatą pytając, czy może zrobić sobie zdjęcie na quadzie: – Oczywiście że możesz – odpowiadam i jednocześnie przychodzi chwila nostalgii... Przecież mam syna w jego wieku, więc dlaczego ja to robię, dlaczego nie jestem teraz z nim tylko stoję na linii startu jakiegoś niebezpiecznego rajdu. Do dziś nie potrafię sam sobie na to pytanie odpowiedzieć.
Startujemy w 4 maszyny – 2 w klasie Open i 2 w klasie Extreme. Przepuszczamy chłopaków z Extreme jako pierwszych, bo widzimy, że mają ciśnienie. Nagle rozlega się dźwięk syreny alarmowej i sędzia daje znak flagą do startu. Ruszamy, zaczęła się przygoda życia i nie ma już odwrotu. Żona wspólnika błyska nam fleszem z aparatu, mijamy tłum zgromadzonych kibiców, dalej ogień na tłoki i do przodu. Po przejechaniu kilku kilometrów potwierdzają się obawy, że nawigowanie jest naszą pietą achillesową. Zastanawiamy się w prawo czy w lewo... W końcu odnajdujemy się i jadąc po traku docieramy do pierwszej pieczątki – zaliczona bezproblemowo. Mkniemy dalej, w końcu zjeżdżamy z dróg publicznych i dojeżdżamy do trzcin. Trasa zaczyna prowadzić nas między taśmami... no i zaczęło się. Stromy zjazd i mój Polaris wpada w szuwary aż po sam bagażnik, ale twardo przedziera się do przodu. Nagle zawiesza się, tu już nie ma żartów, do zassania wody brakuje jeszcze 30 cm więc wolę nie ryzykować i zeskakuję z maszyny. Woda po pachy, a ja z ledwością sięgam do cyngla gazu. Jakoś prowadzę maszynę, cały czas informując Team Partnera przez intercom czego ma się spodziewać. Zaczynam wygrzebywać się na powierzchnię wody, jest coraz płycej, ale to jeszcze nie koniec. Zaczyna się błoto, maszyna zawiesza się na podwoziu, ale widzę światełko w tunelu – to strażacy zabezpieczający trasę rajdu krzyczą, żebym podpiął się wyciągarką pod drzewo – uwierzcie, w nocy, nawet w światłach lamp led, nie widać drzewa stojącego 5 metrów po twojej lewej lub prawej stronie. Podczepiam linę i po paru chwilach jestem już na suchym lądzie. Rusza Zbyszek, asekurujemy jego Kawasaki we dwóch, cały czas pilnując aby quad trzymał się lewej strony trzcin. Idzie dzielnie i wydostaje się na brzeg. Strażacy informują nas, że Zbyszek jako pierwszy przejechał ten odcinek bez wyciągarki. Mój Team Partner rośnie w dumę. Szybkie podziękowania dla strażaków i jedziemy dalej. Trafiamy na kolejne jezioro, więc już wiem , że nie będzie tak, jak opowiadał WOZNY na odprawie. Wodę mam już wszędzie, więc wpadam do jeziora bez maszyny i brodząc sprawdzam jak jest głęboko i gdzie można jechać. Ruszamy, zdobywamy następne pieczątki. Jest super. W międzyczasie dołącza do nas chłopak (imienia nie pamiętam) na czerwonym King Quadzie, żaląc się że jego dokooptowany w bazie rajdu Team Partner pojechał ze swoimi kumplami zostawiając go samego na pastwę losu. Przygarniamy go. W końcu ktoś, kto umie nawigować – myślimy. Niestety, nasz nowy kompan stwierdza, że pierwszy raz w życiu ma GPS’a na quadzie. No to świetnie, jest nas trzech nieprzygotowanych z nawigacji.
Co jakiś czas gubimy trasę, ale jakoś poruszamy się do przodu zaliczając następne pieczątki i przemierzając kolejne przeszkody z wodą po pas i błotem do ud. Mijają godziny, a my mamy przejechane 14 km i prawie wszystkie pieczątki – jesteśmy zadowoleni. Mam cały czas uczucie, że jeździmy w kółko, ale zaliczamy kolejne pieczątki, więc jest dobrze. Nagle kolejny rowek do przejechania. Zbyszek idzie Kawą na pierwszy ogień, jednak wpada tak, że oba bagażniki są zalane, a do zassania wody brakuje około 10 cm. Chce wspomóc się wyciągarką, by kołami nie kopać głębszej dziury, ale pojawia się problem, bo w okolicy brak drzew. Wszyscy wskakujemy do wody i jak Strongman'i wyciągamy Kawasaki na drugi brzeg. Uff... Udało się. Ale to dopiero 1/3 sukcesu jeszcze dwie maszyny pozostały po drugiej stronie. Sprawdzam rów organoleptycznie w wodzie po pachy, krzycząc w niebogłosy: – Gdzie są moje wodery, dlaczego zaufałem Woznemu i zostawiłem je w aucie serwisowym. Po kilku minutach znajduję miejsce i przeprawiamy się bez większych trudności. Do limitu czasu zostało nam 30 minut, ale do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze 2 pieczątek. Napieramy do przodu jak Rudy 102. Jest następna pieczątka i następna... ogień na tłoki i linia mety. Mieścimy się w limicie czasowym, a sędzia poklepuje nas mówiąc: – Jesteście pierwsi z kompletem pieczątek. Pękamy z dumy. To nasz pierwszy zaliczony w życiu etap rajdu, i to nie byle jakiego rajdu.
Niestety chłopak, który jechał z nami, potraktował nas tak, jak sam został potraktowany i po przejechaniu linii mety ulotnił się w ciemnościach bez jakiegokolwiek słowa dziękuję. No cóż, może nie miał wszystkich pieczątek i jego nie pochwalono na linii mety. Trudno, jego sprawa. Niestety nasz czas, który poświęciliśmy mu na trasie, mógł nam dać dodatkowe punkty w klasyfikacji, i poprawić miejsce po etapie nocnym.

Wpadamy na ciepły posiłek...
...przygotowany przez organizatora rajdu. Zjadamy szybką kiełbasę z ogniska zagryzając chlebem ze smalcem oraz popijając ciepłą herbatą. Mija powoli adrenalina, która towarzyszyła nam przez cały etap nocny, zaczyna być zimno i nieprzyjemnie mokro. Wsiadamy na maszyny i podążamy do bazy rajdu zaliczając po drodze myjnię. Tam spotykam pierwszy raz w realu Waldo. Witamy się jak starzy dobrzy kumple, wymieniamy wrażeniami z trasy, myjemy maszyny i podążamy do bazy rajdu. Jesteśmy na miejscu około 1 w nocy. Szybka toaleta i wpadamy na chwilę do wesołego Campera Aliny (kto nie zna Aliny niech żałuje), gdzie integracja trwa w najlepsze. Idziemy spać, jest 3 w nocy.

Poranek rajdowy
Budzik dzwoni o 6:30. Wstaję lekko oszołomiony, jak bym był w innym świecie. Szybki przegląd maszyn i ocena strat. Mam jedną przekręconą manszetę i urwany kierunkowskaz. Zdejmuję koło i po paru minutach manszeta wraca na swoje miejsce. Sprawdzam oleje i płyny, wszystko w porządku – maszyna dzielnie przeżyła pierwszy w swoim życiu etap rajdu. Jestem bardzo zadowolony z mojego quadzika, pieszczotliwie nazywanego ZIŁ-em.
W miedzy czasie wpada Jarys ze swoim UTV i sprawdzamy dlaczego nie działa jego grzechotnik (znawcy tematu wiedzą, że to pewien model wyciągarki Warn). Diagnoza – uszkodzony silnik. Na szczęście jeden ze sponsorów rajdu ma silnik, który po małych modyfikacjach pasuje do Jarysowej wyciągarki i jego UTV może jechać dalej.
Nagle do naszych głów dociera, że startujemy o 10:00, czyli jako pierwsza załoga dnia dzisiejszego. Niby fajnie, bo trasa nie będzie rozryta, ale jesteśmy nogi z nawigowania, a liczyliśmy, że będziemy wspomagać się śladami pozostawionymi przez inne quady. Wpadamy na odprawę i tu szok. Po etapie nocnym jesteśmy na 4 pozycji. Czyżby szczęście debiutanta?

Odcinek dzienny
Podbudowani wynikami udajemy się na linię startu, tu znowu plombowanie kart drogowych. Dziś będzie sucho, bo mam wodery, i co najważniejsze, widno. Flaga w dół i ruszamy. Pędzimy ile mocy w silnikach. „Dolatujemy” do drogi a tam brak przejazdu – trwają roboty drogowe. Informujemy, że rajd, i że trasa tędy ma prowadzić. Całe szczęście robotnicy zwijają barykadę i puszczają nas dalej trasą rajdu. Zdobywamy kilka pieczątek. Wciąż idzie nam dobrze. W pewnym momencie, trasy Extreme i Open zaczynają się pokrywać. Pionowy zjazd w dół i spuszczamy się z asekuracją w stawik, na szczęście z nie za głęboką wodą. Jedziemy dalej, błoto coraz większe, Polaris staje, wyciągarka w ruch – przepinka, jedno drzewo, drugie, trzecie i nagle co? Okazuje się, że jesteśmy na trasie Extreme i tracimy czas. Zawracamy. Po około 45 minutach jesteśmy ponownie na odpowiedniej trasie. Mamy 1,5 godziny niepotrzebnej straty czasowej. Jesteśmy wściekli na siebie, że daliśmy ciała – takie życie debiutanta. Nie ma co płakać, rajd trwa nadal. Zdobywamy kolejne pieczątki zarówno te łatwiejsze, jak i te trudniejsze. W końcu dojeżdżamy do chyba najlepszego fragmentu rajdu (kto był uczestnikiem, wie o czym mówię) i również najtrudniejszego – samo błoto, błoto i jeszcze raz błoto, sięgające miejscami do pasa. Poruszamy się miedzy taśmami, jest mega ciężko, ale dajemy radę. Nagle okazuje się, że mój Polaris traci napęd na tylne lewe koło. Od tego momentu jestem liderem klasy 3x4. Idzie nam całkiem sprawnie, doganiamy ekipę z Żywca. Sympatyczni górale stwierdzają, że Big Horny nie nadają się na takie błota. Pomagamy im przejechać chyba najtrudniejszy odcinek tego miejsca. Miałem okazję poprowadzić (dosłownie poprowadzić) najnowszego Outlandera 1000 w błocie sięgającym do pach. Było tak głęboko, że miałem problem by dosięgnąć cyngiel gazu, ale udaje się. Teraz my. Polaris zatrzymuje się, znów wyciągarka i kolejne drzewo, jedno, drugie, trzecie... Po około godzinie jesteśmy na końcu tego odcinka. Ulga, zadowolenie, chwila na odpoczynek i ocenę strat. Okazuje się, że w Polarisie ukręcił się wieloklin na przegubie. Podejmujemy decyzję, że jedziemy dalej. Mijają kolejne pieczątki. Jazda uszkodzonym Polarisem to wyższa szkoła jazdy – każdorazowe szybki dodanie gazu przenosi napęd tylko na jedno tylne koło, co powoduje stawianie quada bokiem. Większość trasy muszę jechać z napędem na wszystkie koła. Czas płynie nieubłaganie. Dojeżdżamy do odcinka specjalnego, gdzie mamy pomiar czasu. Decydujemy ze Zbyszkiem, że nie będę go spowalniał i niech jedzie szybciej ten odcinek. Ruszamy. Zbir „wydziera” do przodu i słyszę w intercomie: – Uważaj, same hopki. Jadę równo choć nie za szybko. Nagle słyszę słowa, których nie przytoczę – Zbir uderza swoim quadem w prawie metrowej głębokości rów o mało nie wysiadając z Kawy przez kierownicę. Słyszę przez intercom, że maszynie pogięły się drążki kierownicze. Kończymy odcinek specjalny, koła w Kawasaki mają chyba z 15 cm rozbieżności. Decyzja? Jedziemy, do mety pozostało 11 km. Na asfalcie kierowanie Kawą przysparza Zbyszkowi wiele problemów, ale z uporem muła brniemy do mety. Zdobywamy kolejne pieczątki, nagle pionowy zjazd w dół – daję radę i jestem na dole. Tam odnajdujemy pieczątkę i droga powrotna tą samą trasą. Zbyszek odwija manetkę i już jest na górze. Ja z napędem na 3 koła i brakiem miejsca na rozpęd, mam obawy. W końcu jadę, już jestem prawie na szczycie, kiedy przednie koła wyskakują nad brzeg skarpy i tracę jakikolwiek napęd. Maszyna zaczyna się cofać, serce wali jak dzwon, a ja już widzę rolkę i to konkretną. Nagle mój Team Partner chwyta za bagażnik i sprowadza Ziła na właściwą drogę. Uff, co za ulga.
Zostają nam 3 pieczątki i 15 minut do limitu czasowego. Szybka decyzja i pędzimy do mety. Wpadamy niecałe 5 minut przed końcem czasu. Opada cała adrenalina, mija stres, nadchodzi chwila zadumania. Zsiadamy z maszyn i dociera do nas, że to już, że nasz pierwszy raz już się zakończył, że to już nigdy się nie powtórzy, już nigdy nie będzie tego uczucia, które nam towarzyszyło przez ostatnie tygodnie. Widzę swoją żonę, jest uśmiechnięta i szczęśliwa, że przeżyłem i dotarłem do mety w jednym kawałku. Ja także jestem szczęśliwy. Dojeżdżają kolejne załogi. W bazie rajdu spotykamy tych, którym nie udało się dojechać, tych którzy mieli problemy sprzętowe oraz znajomych. Szybka kąpiel i wracamy do żywych. Spotykamy się w kręgu znajomych z ATV.POZNAŃ.TEAM – dyskutujemy, wymieniamy doświadczenia, przeżywamy jeszcze raz cały rajd.

Wyniki
Następny etap to oficjalny bankiet i ogłoszenie wyników. Zabawa przednia, znów poznajemy nowych ludzi, dyskutujemy, biesiadujemy. Nagle Jacek Bujański zaprasza wszystkich na ogłoszenie wyników. Na wywieszonej klasyfikacji generalnej jesteśmy na 7 pozycji. Znowu szok – nie spodziewaliśmy się tak dobrego wyniku na 35 maszyn. Naszym założeniem było dojechać do mety i przeżyć, no i może nie być ostatnim.

Co zmieniło się po przejechaniu rajdu?
Już wiem, że rajdy przeprawowe to jest to, czego szukałem w jeździe na quadzie. Tylko tam poznam wszystkie swoje słabości, niedociągnięcia kondycyjne, braki silnej psychiki, no i mnóstwo nowych, ciekawych znajomych. Dowiedziałem się również, że w terenie sam nie istnieję, że bez swojego Team Partnera nie mam prawa jechać, i że w niektórych momentach jestem zdany tylko i wyłącznie na niego, a on na mnie. Wiem, że jeśli tylko poprawimy nawigowanie, to zabawa będzie jeszcze lepsza. A jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Korzystając z okazji chciałem złożyć najszczersze podziękowania dla wszystkich organizatorów I rundy Przeprawowego Pucharu ATV Polska – Biedrusko 2012.



Tekst: BARTEK BUCHERT „STRONG-MAN”
Zdjęcia: Dorota Lechowicz-Gustab