ATV Polska
A A A

Zlot "Świętokrzyski początek lata" 2005

Krz. 15.06.2005
Kolejny zlot organizowany przez Kielecki Klub Motorowy PTTK „Na cztery Koła” pod nazwą "Świętokrzyski początek lata" (11-12 czerwca 2005 r.) lato miał niestety tylko w nazwie. Wiszące nad Cedzyną, gdzie znajdowała się baza zlotu, czarne chmury nie pozostawiały złudzeń, że prędzej czy później uczestnicy nieco zmokną…

W bazie stawiło się 12 quadów (w tym 3 quady 2K) oraz kilka załóg tych szczęśliwców, którzy mieli dach nad głową, czyli samochodów terenowych.

Mimo podziału uczestników na drużyny oraz dwóch tras do wyboru – turystycznej bądź ekstremalnej już po niemal 3 kilometrach wszystkie quady spotkały się przy pierwszym zakopanym w leśnym błocie samochodzie skutecznie blokującym dalszy przejazd. To jednak dla nas nie był problem i już po kilku minutach całą grupą ruszyliśmy dalej, oczywiście trasą ekstremalną, powodując lekki niepokój wśród „turystów”.

Celem niemal 130 kilometrowej wyprawy była miejscowość Opatów i jej atrakcje turystyczne, których zwiedzanie rozpocząć się miało o godzinie 14.30. Niestety, jeden przeoczony zakręt w leśną drogę przeniósł quadową grupę kilka kilometrów od trasy przejazdu, dopiero po uważnym przejrzeniu mapy i roadbooka udało się powrócić do punktu „zero”. Szybki przejazd jeszcze przyjemnymi leśnymi drogami pozwolił dogonić grupkę samochodów terenowych i ich załogi konsultujące z tubylcami dalszą drogę.

Dalej było już mniej przyjemnie. Jak można było się spodziewać w strugach ulewnego deszczu, polnymi drogami, przemoczona kolumna dotarła do sporego i dość głębokiego rozlewiska w lesie gdzie koledzy 4x4 (również Ci z samochodów) mogli troszkę poszaleć, a mniej odważni podziwiać kilkumetrowe fontanny błota. Potem jeszcze kilka kilometrów coraz bardziej błotnistymi, ale wciąż przyjemnymi drogami i pojawił się pierwszy problem. Stacja benzynowa była poza naszym zasięgiem, przed nami najtrudniejszy odcinek, a w niektórych bakach powoli widać było dno. Dotarliśmy do najbliższej miejscowości Widełki gdzie miejscowi bez problemu wskazali nam gospodarstwo, w którym znaleźliśmy ratunek. Przedsiębiorcza pani domu wyniosła paliwo w 5-litrowych butlach po wodzie mineralnej, lejek a nawet własnoręcznie zatankowała co niektóre pojazdy. Cena 4,40 za litr wcale nie komercyjna, szczególnie, że co niektórzy nie mając wyjścia zapłaciliby i dwa razy tyle. Każdy bak został uzupełniony o piątkę i mogliśmy ruszać dalej.

Już po kilku minutach drogi zaczął się raj dla quadów 4x4 i małe piekiełko dla trzech samotnych 2K. Rozjeżdżone przez ciężki sprzęt leśny (właśnie prowadzona jest wycinka), zalane kilkudniowym deszczem pełne zbyt głębokich kolein wypełnionych płynnym błotem drogi zmuszały do wjeżdżania siłą rozpędu, co i tak nie raz kończyło się zsunięciem i zawieszeniem na podwoziu lub chwilowym zakończeniem jazdy spowodowanym nieprzewidzianym spotkaniem wahacza z ukrytym w gęstej trawie pobocza pieńkiem. Pierwsze takie postoje dwóch pozostałych w tyle i chwilowo niezauważonych przez innych 2K wymagały sporo wysiłku podczas ręcznego wyciągania pojazdów zassanych w błotnej zupie sięgającej tylko troszkę poniżej kolan.

Na szczęście pozostałym nie udało się uciec daleko, 5 minut szybszej jazdy chwilowo lepszym odcinkiem lasu i już trafiliśmy na urokliwy leśny wąwóz a w nim kilkunastoosobowy piknik quadowo – samochodowy, którego główną atrakcją i centralnym punktem stał się leżący na boku w wąwozie terenowy Mercedes ( i kto mówił, że quady są niebezpieczne?). Kilkanaście minut kombinacji za pomocą rąk, liny oraz drugiego samochodu i zaskakująco mało pokiereszowany Mercedes razem z pozostałymi mógł ruszać w dalszą drogę.

A dalsza droga to kolejne odcinki głębokiego błota i kolein, kilkukrotne własnoręczne wyciąganie z nich pojazdów, momentami holowanie 2K przez kolegów 4K. Przejechanie trudniejszych fragmentów trasy quadem z napędem na jedną oś stawało się coraz trudniejsze z powodu braku widoczności. Na tym etapie od góry do dołu nie mieliśmy nawet fragmentu czegokolwiek, co nie byłoby oblepione błotem, więc wycieranie szybki gogli przynosiło skutek odwrotny do zamierzonego, tymczasem skuteczne przejechanie przez zalane głębokim błotem koleiny wymagało wjechania w nie z dość dużą prędkością. Kiedy niewiele widać trudno w sekundę prawidłowo ocenić sytuację i wybrać tor jazdy dający najwięcej szans na przejechanie odcinka. Po kolejnym ugrzęźnięciu błoto tak skutecznie wchodzi wszędzie, że od tej pory zaczęła się nauka jazdy bez hamulców, które odmówiły posłuszeństwa. W końcu posłuszeństwa odmówiła również skrzynia biegów Raptorka i następne kilka kilometrów Rapi zmuszony był pokonywać na holu.

No, ale wszystko, co złe kiedyś musiało się skończyć, po dłuższych zmaganiach z błotnymi kąpielami wreszcie zaczęły się normalne leśne bezdroża. Z tego szczęścia nawet Rapiemu zaczęły wchodzić biegi -dalej mógł pojechać już o własnych siłach. Mały postój na przegląd mapy, i poproszony na konsultację nieletni tubylec napotkany na skraju lasu szybko sprowadził nas na ziemię. Do Opatowa pozostało około 20 kilometrów, do najbliższej stacji benzynowej nie mniej, tymczasem w połowie pojazdów znów zaczęło być widać dno baku. W dodatku na zegarku godzina 17.30 - według planu atrakcje turystyczne Opatowa powinny być zwiedzone , zamówiony w Opatowie obiad zjedzony, a ostatnie osoby powinny 30 minut temu wyruszyć krótszą już trasą powrotną do bazy.

Cel był teraz jeden – stacja paliw możliwie najkrótsza drogą. Asfaltem wpadamy do jakiejś mieściny (nazwa nieznana) i tu niespodzianka. Remiza, w niej sklep spożywczy, a w nim bułki i kiełbasa (czasami do szczęścia potrzeba tak niewiele). Przedwczesna radość jest czasem jednak niewskazana, niewiele brakowało a kiełbasa byłaby niedostępna – ekspedientka nie miała drobnych, aby wydać resztę, 200 złotych w jednym banknocie to problem nie do przeskoczenia. Na szczęście udało się uzbierać trochę monet, bo jak nic mielibyśmy przywłaszczenie mienia w postaci kiełbasy.

Krótki posiłek i znów asfaltową drogą dotarliśmy do Łagowa a potem do Złotej Wody gdzie znajduje się upragniona stacja paliw. Tankowanie, gorąca herbatka w przyległym barze i trochę dodatkowej adrenalinki, kiedy na parking zajeżdżają 2 autobusy kibiców. Na szczęście w głowie nawet nie zdążyła pojawić się wizja quadów wywracanych do góry kołami (faktycznie tego dnia „kibice” zdewastowali trochę centrum Kielc). Za autobusami wpada kilka wyjących radiowozów i przy pomocy pałek chłopcy zostają szybko wpędzeni z powrotem do autobusów. Część naszej ekipy zdecydowała się pojechać na planowany kilka godzin wcześniej obiad do Opatowa a ponieważ minęła 19ta, lekko zmęczona większość (niektórzy totalnie przemoczeni) postanowiła wracać 40 kilometrów drogą Kielce-Lublin, licząc, że się uda nie napotkać po drodze żadnego radiowozu. Udało się, może dzięki kibicom. Godzina 20ta. Jesteśmy w domu. Ci, którzy skusili się na obiad docierają już dobrze po zmroku.

Organizator – p.Wojtek jest pełen podziwu dla determinacji uczestników. Trasa po kilkudniowych opadach zmieniła się nie do poznania a jednak mimo trudności niemal wszyscy z uporem pchali się w coraz bardziej niedostępne odcinki. Warto było…
Krzysztof Syska
fot. Autor